Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Wielki Konstruktor Micheál Martin przeniósł irlandzkie mieszkalnictwo w wymiar równoległy

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Gdyby statystyka była dyscypliną olimpijską, a optymizm polityczny paliwem rakietowym, irlandzki rząd pod światłym przewodnictwem Micheála Martina już dawno wylądowałby na Marsie, a i wydał pozwolenia na budowę domów.

Lider Fianna Fáil po raz kolejny postanowił udowodnić mieszkańcom Szmaragdowej Wyspy, że ich oczy po prostu kłamią, a kryzys mieszkaniowy w Irlandii to w gruncie rzeczy olbrzymi, nieprzerwany sukces architektoniczny. Podczas wystąpienia na antenie stacji News Talk premier z powagą godną lepszej sprawy obwieścił światu, że w dziedzinie budownictwa Irlandia stała się niedoścignionym wzorem dla reszty globu, a przynajmniej Europy.

Zacznijmy jednak od mocnego uderzenia, bo i Pan premier nie cackał się w środkach stylistycznych. Z ust szefa rządu padły słowa, które w tutejszych realiach brzmią niemal jak scenariusz do filmu science fiction. „Przede wszystkim mamy najszybsze budownictwo mieszkaniowe w Europie, a tempo, w jakim budujemy, jest dwukrotnie wyższe od europejskiej średniej” – obwieścił dumny z siebie Micheál Martin.

Można by w tym miejscu chwycić za łopatę i pędzić szukać tych placów budowy, gdyby nie twarde dane, które z tym wirtualnym placem boju, zderzają się bezlitośnie. Zeszłoroczny raport maklerski firmy Davy jednoznacznie wskazuje, że na rynku brakuje około 230 000 mieszkań. Tymczasem w całym 2025 roku zdołano wysmażyć zaledwie 36 284 nowe nieruchomości. Przy takim „dwukrotnym przebiciu średniej europejskiej” zlikwidowanie bezdennych braków lokalowych zajmie rządowi zaledwie… parę ładnych dekad.

Ale co tam fakty, skoro tempo jest rekordowe.

Lider Fianna Fáil na tym nie skończył i niczym Sztukmistrz z Dublina wyciągł z rękawa kolejne karty, czyli liczby, jakby licytował na aukcji charytatywnej: „Mamy jeszcze dużo do zrobienia; w zeszłym roku wybudowaliśmy na przykład ponad 9000 domów socjalnych. Mamy najwyższe bezpośrednie wydatki na mieszkalnictwo w Europie. W pierwszej połowie 2025 roku zaciągnięto 21 000 kredytów hipotecznych, to wzrost o 5%, a zatrudnienie i sektor budownictwa mieszkaniowego wzrosły o 14%”.

Nic, tylko otwierać szampana i świętować.

Jednak cały dowcip polega na tym, że rekordowe wydatki z budżetu państwa i ilość wydawanych pozwoleń na budowy, wcale nie przekładają się na rekordowo oddawane do użytku osiedla, a jedynie na rekordowe koszty stawiania metra kwadratowego. Ale przecież liczy się gest, bo wydajemy najwięcej, więc z pewnością jesteśmy najlepsi.

Ambitne plany rządu z początku 2025 roku zakładają wybudowanie okazałych 300 000 mieszkań do końca 2030 roku. Prognozy firmy EY ostrożnie szacują, że po zeszłorocznych 36 tysiącach dobijemy do 40 tysięcy w tym roku, 43 tysięcy w 2027 i mozołem osiągniemy 47 tysięcy w roku 2028. Do upragnionych 50 tysięcy rocznie wciąż trochę brakuje, ale zdaniem premier Martina, koła zamachowe postępu ruszyło już na dobre.

Kluczową kwestią dla nas jest teraz utrzymanie dynamiki, która niewątpliwie istnieje” – przekonywał zapalczywie wódz całego kraju – kreśląc budowlaną przyszłość i dodając bez mrugnięcia oka: „Wiele osób z branży to dostrzega i potwierdza, że działania, które podjęliśmy w ciągu ostatnich 12 miesięcy, w połączeniu ze wzrostem nakładów, przynoszą owoce. Kiedy obejmowałem urząd w 2020 roku, w budowie było 20 000 domów”.

Wzrost nakładów i przy okazji cen metra kwadratowego przynoszący owoce to niewątpliwie nowatorska koncepcja ekonomiczna, zwłaszcza dla młodych ludzi, których nie stać nawet na wynajem pokoju na przedmieściach.

Gdyby ktoś jednak chciał rozliczać premiera z obietnic i zapytać, dlaczego te mistrzowskie plany idą tak opornie, Micheál Martin ma pod ręką pełen zestaw dyżurnych winowajców. Przeszkodziło dosłownie wszystko, z wyjątkiem samych decyzji politycznych. „Jeśli pamiętasz, musieliśmy dwukrotnie wstrzymać budowę domów podczas lockdownów” – tłumaczył premier.

Mieliśmy wojnę na Ukrainie, która stworzyła kryzys energetyczny, teraz mamy wojnę na Bliskim Wschodzie, która jeszcze bardziej podniosła ceny materiałów budowlanych itd.”.

Aż strach pomyśleć, co stanie się z irlandzkim placem budowy, gdy niebo zasłoni nieoczekiwana chmura albo spadnie nieco obfitszy deszcz.

Co ciekawe, premier sam w pewnym momencie dostrzega osobliwość własnego modelu sukcesu. „Powiedziawszy to, jeśli chodzi o poziom interwencji rządu, jedyną charakterystyczną rzeczą, która wydarzyła się od 2020 r., była skala interwencji rządu w mieszkalnictwo. Prawie 80% wszystkich domów, które obecnie korzystają ze wsparcia rządu, nie jest rozwiązaniem zrównoważonym w perspektywie długoterminowej. Chcemy przejść na silniejszy sektor budownictwa mieszkaniowego oparty na sektorze prywatnym, ponieważ dzięki temu będzie on bardziej zrównoważony w perspektywie najbliższej dekady”.

Innymi słowy: wpompowaliśmy miliardy, stworzyliśmy niespójny i sekciarski system, który sam szef rządu uważa za niezrównoważony, ale spokojnie, kiedyś znowu przejmie to prywatna deweloperka i jakoś to będzie, czyli wrócimy do tego, co już było.

Podsumowując całą tę pasjonującą opowieść, taoiseach Martin z dumą przypieczętował wywiad konkluzją, że ogólnie rzecz biorąc „poczyniono postęp”, choć łaskawie przyznał, iż ceny na rynku pozostają „wysokie”. „Wszystko, co robiliśmy w ramach polityki, miało na celu zwiększenie podaży i wybudowanie większej liczby domów” – podsumował samokrytycznie.

*

Słuchając tych wywodów o europejskich rekordach, gigantycznej dynamice i niebywałym rozmachu irlandzkiej machiny budowlanej, człowiek łapie się za głowę i zastanawia, w jakiej rzeczywistości żyją urzędnicy na Merrion Street. Jeśli szef rządu w Dublinie naprawdę wierzy, że oddawanie kilkudziesięciu tysięcy nieruchomości rocznie na całą wyspę w warunkach permanentnego kryzysu, to jest w tym techniczny majstersztyk, ale chyba najwyższa pora zmienić układ punktów odniesienia.

Zapraszam serdecznie szefa gabinetu z Dublina do Łodzi. Wtedy Pan premier będzie mógł na własne oczy zobaczyć, jak i to w krótkim czasie, bo około 5 lat, buduje się całe osiedla od zera. Co ciekawe, są one z pełną infrastrukturą, bez zasłaniania się światowymi konfliktami i układem gwiazd na niebie. A to tylko Łódź.

Bogdan Feręc

Źr. News Talk

Fot. X – Micheal Martin TD

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version