Nad Szmaragdową Wyspą ponownie gęstnieją chmury, a ich ciemny odcień nie zwiastuje tym razem deszczu, lecz dym z rur wydechowych tysięcy maszyn, które mogą wkrótce zablokować drogi. Ruch „People of Ireland Against Fuel Prices”, który jeszcze niedawno rzucił wyzwanie władzy, przejmując kontrolę nad kluczowymi portami i jedyną w kraju rafinerią w Whitegate, ogłosił właśnie ostateczne ultimatum.
To nie są już tylko ciche pomruki niezadowolenia na internetowych forach, lecz precyzyjnie zaplanowana operacja, za którą stoją ci, od których zależy codzienne funkcjonowanie państwa, więc zawodowi kierowcy, rolnicy, przewoźnicy i operatorzy ciężkiego sprzętu.
Obraz kraju sprzed kilku tygodni wciąż pozostaje żywy w pamięci obywateli, a były to puste dystrybutory na stacjach benzynowych i O’Connell Street w Dublinie, która zamiast tętnić życiem, stała się symbolem obywatelskiego oporu. Ówczesne wydarzenia premier Micheál Martin określił mianem „narodowego sabotażu”, co jedynie dolało oliwy do ognia i pogłębiło przepaść między rządem a ludźmi, dla których cena benzyny i oleju napędowego nie jest kwestią statystyki, lecz walki o przetrwanie. Atmosfera polityczna w Dublinie jest wciąż gęsta od napięcia, a rząd, choć przetrwał wotum nieufności zgłoszone przez Sinn Féin, wyszedł z tej potyczki osłabiony, tracąc poparcie wpływowych niezależnych posłów i musiał desperacko szukać finansowych rozwiązań, by uśmierzyć gniew ulicy.
Obecnie trwa odliczanie, czas zawieszenia broni, który grupa protestacyjna wykorzystuje na zwieranie szeregów. W różnych zakątkach Irlandii odbywają się spotkania, na których zapadać będą decyzje o skali i formie nadchodzącego uderzenia. Organizatorzy podkreślają, że paliwo to nie luksus, lecz prawo do pracy i godnego życia, a dotychczasowe pakiety pomocowe rzędu setek milionów euro, choć znaczące, okazały się jedynie doraźnym opatrunkiem na głęboką ranę inflacji.
Dla tysięcy taksówkarzy czy właścicieli firm transportowych każda kolejna podwyżka podatku od emisji dwutlenku węgla jest wyrokiem, którego nie zamierzają zaakceptować.
Jeśli do 2 maja rząd nie przedstawi konkretnych propozycji, które realnie odciążą portfele mieszkańców, Irlandia może stanąć w miejscu, ale tym razem na dobre. Zapowiadane „pokojowe protesty piesze” w głównych miastach to tylko jedna strona medalu, bo za nimi stoi determinacja ludzi, którzy już raz pokazali, że potrafią odciąć dostawy paliwa do całych regionów.
To będzie wówczas walka o coś więcej niż tylko centy na litrze, bo przeistoczy się w walkę o szacunek i zrozumienie realiów życia poza murami rządowych budynków. Początek maja może stać się momentem, w którym irlandzkie drogi zamiast łączyć, staną się areną bezprecedensowej konfrontacji, niosącej ze sobą jasny przekaz, iż obecny stan rzeczy jest nie do utrzymania, a cierpliwość społeczeństwa właśnie już na dobre się wyczerpała.
Bogdan Feręc
Źr. The Mirror
Fot. Katarzyna Sudak

