Wałęsa myślał hasłowo i sloganowo i faktycznie był dość naiwny / Andrzej Świdlicki, „Kurier WNET” 87/2021

Czym wytłumaczyć to, że jesienią 1985 roku brytyjski ambasador John Morgan trafnie rozpoznał, że czas wielkiego elektryka minął, a Polacy, by się o tym przekonać, musieli go wybrać prezydentem?

Andrzej Świdlicki

Wczorajszy człowiek na nowe czasy

„Czuł się niewygodnie, odpowiadając na szczegółowe pytania w sprawach gospodarczych i faktycznie był dość naiwny” – podsumował Lecha Wałęsę brytyjski ambasador w Warszawie John Morgan w sprawozdaniu dla Foreign Office z datą 24 października 1985 r.

Było to pierwsze spotkanie Wałęsy z ambasadorem kraju EWG po zwolnieniu go z internowania z końcem 1982 r. Odbyło się w zakrystii bazyliki św. Brygidy w Gdańsku 16 października, tuż po wyborach do Sejmu, a jego gospodarzem był ks. prałat Henryk Jankowski.

Oficjalnie ambasador wraz z sekretarzem ambasady w towarzystwie żon wybrali się do Gdańska na otwarcie honorowego konsulatu, a do św. Brygidy zawitali przejazdem w drodze powrotnej. Oprócz Lecha Wałęsy ich rozmówcą był Tadeusz Mazowiecki. Postanowiono zachować dyskrecję – nie nagłaśniać spotkania, ale też mu nie zaprzeczać, gdyby władze PRL okazały się dociekliwe, choć bez ujawniania treści rozmów. Konspiracja okazała się niepotrzebna, władze PRL nie zareagowały. Być może nie wiedziały, a może przyjęły do wiadomości nową brytyjską politykę otwarcia na Wschód po wyborze Michaiła Gorbaczowa na sekretarza generalnego KPZR.

Było to spotkanie z gatunku ważnych dlatego, że się odbyło, a nie z racji wyników, jakie przyniosło. Wpisuje się w ówczesną politykę dwutorowości Londynu wobec władz PRL – utrzymywania oficjalnych stosunków z komunistami i podtrzymywania nieformalnych kontaktów z opozycją. Wcześniej, w kwietniu 1985 r., jej wyrazem było przyjęcie doradców Solidarności przez ministra spraw zagranicznych Geoffreya Howe’a w ambasadzie brytyjskiej w Warszawie.

Jesienią 1985 r. na rozmowy komunistów z przedstawicielami zdelegalizowanego związku nie zanosiło się, w gospodarce panował marazm, a w społeczeństwie apatia.

Stopa inflacji przekroczyła 15%. Spadek PKB zwiększył obciążenie obsługi długu zagranicznego. Rząd nie wywiązał się z zobowiązań wynikających z przedpłat samochodowych, był zmuszony rewaloryzować oszczędności na książeczkach mieszkaniowych, a na rynku wystąpiły niedobory.

We wrześniu 1985 r. Wojciech Jaruzelski wprosił się do Nowego Jorku na spotkanie ze znanym finansistą i globalistą Davidem Rockefellerem. Generał „przyjechał (…) wynegocjować godziwe warunki kapitulacji na swoim »odcinku frontu«” (L. Szymowski, Operacja „Okrągły Stół”, Capital, Warszawa 2021, s. 48–50). Przymierzając się teoretycznie do transformacji, scedował opracowanie jej założeń na międzynarodowy kapitał, który po 1989 r. przejął polską gospodarkę na swoich warunkach.

W październiku 1985 r. w Gdańsku szczegóły „dogaworu” Rockefellera z Jaruzelskim nie były znane, ale Tadeusz Mazowiecki wraz z Bronisławem Geremkiem byli już po słowie z generałami Jaruzelskim i Kiszczakiem. W reakcji na aresztowanie trzech funkcjonariuszy SB podejrzanych o zabójstwo ks. Jerzego Popiełuszki doradcy Solidarności uznali, że zachowanie władz po zabójstwie popularnego kapelana uwiarygodniła je i mogą być partnerem w dialogu (tamże, s. 33–34). Mazowiecki i Geremek zaproponowali generałom segregację opozycji na konstruktywną, która w zamian za dopuszczenie do rozmów gotowa była uznać mandat komunistów do rządzenia, i destruktywną (antykomunistyczną, niepodległościową), którą należało represjonować i marginalizować. Polska była w tym czasie krajem więźniów politycznych, stosunki władz z Kościołem utknęły w martwym punkcie z powodu blokowania Fundacji Rolniczej Episkopatu Polski, nadal obowiązywały sankcje rządu USA, a oba kraje nie miały reprezentacji na szczeblu ambasadorów. Kilka miesięcy wcześniej władze PRL wydaliły z kraju trzech amerykańskich dyplomatów. Tyle dla naświetlenia kontekstu sytuacyjnego spotkania.

Wałęsa wydał się ambasadorowi brytyjskiemu człowiekiem skromnym i niepozornym, ale posiadającym naturalny autorytet wyraziciela aspiracji i wiary ludzi pracy.

Elektryk reperujący wózki akumulatorowe, bez formalnego wykształcenia, który stał się jedną z czołowych postaci XX wieku, zrobił na nim wrażenie, ale wyczuł wokół niego aurę patosu. Stwierdził, że pod wieloma względami Wałęsa nie nadążał za wydarzeniami i sam przyznał, że młodzi ludzie widzieli w nim starego mięczaka.

Dyplomata, który ze spotkania napisał telegram, list i sprawozdanie, zaznaczył, że Wałęsa „sprawiał wrażenie dobrze przygotowanego do dialogu z władzami” i że „wykluczenie go byłoby tragedią dla Polski”. Z drugiej jednak strony konstatował, że nie był przygotowany do rozmów o gospodarce, a „jego pomysły były niedowarzone i naiwne”: „Przez trzy godziny mówił szybkim żargonem, prawdopodobnie wyuczonym w okresie Solidarności, często się powtarzając i stale wracając do kilku głównych wątków: potrzeby pluralizmu, znaczenia reformy gospodarczej, potrzeby współpracy z Zachodem, zaprzeczania, że Solidarność popełniła błędy, determinacji”.

Wałęsa, aczkolwiek wylewny w słowach, „był mocniejszy w retoryce niż w treści” – napisał w konkluzji swego raportu Morgan: „Kilkakrotnie akcentował, że nie jest ekspertem [od gospodarki], ale wyraził nadzieję, że ambasador omówi sprawy gospodarki z jego doradcami, które gotów był zaaranżować samemu, będąc przy tym do dyspozycji, gdyby była taka potrzeba”. Odesłał rozmówcę do przygotowywanej drugiej części opracowanego przez Geremka, Mazowieckiego i Wielowieyskiego raportu Polska w 5 lat po sierpniu, która miała zawierać radykalne postulaty gospodarcze. Dziś wiadomo, że zapowiedziana druga część raportu nigdy nie powstała.

„Wałęsa kilkakrotnie dawał wyraz nadziei na gospodarczą współpracę z Zachodem. Sugerował, że Wielka Brytania może zaspokoić polskie zapotrzebowanie na samochody silnikowe, z korzyścią dla brytyjskiego problemu bezrobocia. Ambasador odpowiedział, że nie wygląda mu to na owocną dziedzinę współpracy. Wałęsa ponownie zaznaczył, że nie jest ekspertem od gospodarki”.

Morgan stwierdził z żalem, że rozmowa z liderem rozwiązanego związku umocniła go w pierwszym wrażeniu, iż miał do czynienia z kimś, kogo czas minął (yesterday’s man). Wyraził zarazem nadzieję, że wrażenie to okaże się błędne, bo Polska należy do grupy państw najbardziej nieprzewidywalnych. Zastrzegł zarazem, iż wątpi, by tak się stało.

O gospodarzu spotkania, ks. Jankowskim, ambasador napisał, że „stroi się jak średniowieczny kardynał w ciężki, haftowany złotem mucet, prowadzi wystawne gospodarstwo, żyje wśród monumentalnych, rzeźbionych mebli [gdańskich kredensów]”. I dalej: „Na naszym stole jadalnym stała wielkich rozmiarów srebrna kościelna misa, jedna z największych, jakie widziałem, o średnicy 122 centymetrów. Wypełniały ją różne mięsne delikatesy, jak też winogrona – rzadki w Polsce przysmak. Wiele kartek na żywność, a także transakcji z czarnego rynku złożyło się na nasz posiłek. Jankowski obiecał, że następnym razem bardziej się postara (…) Do stołu podawali młodzi ludzie, których wziąłem za ochroniarzy Wałęsy”.

Były wprawdzie mocne trunki, ale popijano rozcieńczony owocowy koncentrat o smaku czarnej porzeczki, który ambasadorowi skojarzył się z angielską Ribeną. Wałęsa w kraciastej koszuli z wpiętą emaliowaną broszką jasnogórskiej Madonny palił jednego papierosa za drugim. Pies wielkości owczarka szetlandzkiego regularnie obchodził stół, liżąc po rękach sekretarza ambasady. Na pamiątkę spotkania sfotografowano się na tle obrazu MB Częstochowskiej.

Raport ambasadora Morgana dowodzi, że Wałęsa myślał hasłowo i sloganowo, parł do rozmów z władzami, nie będąc do nich przygotowany. Miał słabe rozeznanie w gospodarce i mgliste wyobrażenie o roli Zachodu w jej przebudowie.

Atmosferę spotkania oddałby Federico Fellini lub Jacek Kaczmarski, ale – jak mawiał płk Zbigniew Mikołajewski, zastępca naczelnika wydziału VIII Dep. I MSW – „sprawa jest nie do śmiechu”.

Wałęsa był na fasadzie walki o pluralizm związkowy i polityczny, ale nie on sterował procesem dochodzenia do rozmów z komunistami, lecz jego doradcy. Mazowiecki, Geremek, Wielowieyski i Kuroń stawiali na tzw. reformatorów drugiej strony i dobrze się z nimi rozumieli, choćby z racji pokrewieństwa biografii.

Wałęsa był użyteczny, bo jak Atlas kulę ziemską podtrzymywał legendę sierpnia 1980 r., by wydawała się tym, czym nie była, i mówił językiem ludzi pracy, którego nie znali skupieni wokół niego intelektualiści. Był do przyjęcia dla władz PRL, z którymi przed sierpniem współpracował jako TW „Bolek”. Nie orientował się w sprawach gospodarczych, więc do zagranicznego kapitału miał taki sam stosunek jak Konrad Mazowiecki do zaproszenia Krzyżaków.

W ostatecznym rozrachunku procesem transformacji nie kierował Wałęsa, jego doradcy, laicka lewica, katolicki laikat ani nawet profesorstwo na usługach komunistów, lecz służby specjalne gen. Kiszczaka i Wall Street.

Strona społeczna czy solidarnościowo-opozycyjna, jak ją nazywano, przystąpiła do rozmów okrągłego stołu nie uzależniając swego udziału od uprzedniego zalegalizowania NSZZ Solidarność. Zrobiła to pod presją płacowych strajków z maja 1988 r., które wykazały, że inicjatywę polityczną przejmowali młodzi działacze robotniczy, dla których Solidarność nie była już punktem odniesienia.

Okrągły stół był także przypomnieniem Wałęsy i skupionej wokół niego frakcji Solidarności – że istnieli i byli do wzięcia. Komuniści przystali na dialog, bo potrzebowali pochłaniacza żywiołowego społecznego protestu, który mógł ich zdmuchnąć.

Po okrągłym stole Wałęsa wciąż udowadniał sobie i innym, że jego czas się nie skończył. Wprowadził do Sejmu swoją „drużynę”, wzniecił wojnę na górze, nie godząc się na zmarginalizowanie przez rząd Tadeusza Mazowieckiego, został pierwszym wybranym w powszechnych wyborach niekomunistycznym prezydentem RP. Ale jego legenda przywódcy strajku z sierpnia 1980 r. i lidera 10-milionowego związku wypaliła się, a pomysły w rodzaju stu milionów dla każdego były desperacką próbą utrzymania się na powierzchni wydarzeń. Z czasem wyszła na jaw współpraca z tajnymi służbami i nie mógł dłużej udawać, że był odpowiedni na nowe czasy.

Czym wytłumaczyć to, że jesienią 1985 r. brytyjski dyplomata trafnie rozpoznał, że czas wielkiego elektryka minął, a Polacy, by się o tym przekonać, musieli go wybrać prezydentem?

Artykuł Andrzeja Świdlickiego pt. „Wczorajszy człowiek na nowe czasy” znajduje się na s. 2 wrześniowego „Kuriera WNET” nr 87/2021.

Polska-IE - © MATERIAŁ CHRONIONY PRAWEM AUTORSKIM
Siedem grzechów pro
Poland reports 540 n
EnglishIrishPolishRussian
EnglishIrishPolishRussian