Irlandzcy turyści mogą na razie odetchnąć z ulgą, ponieważ masowego chaosu na lotniskach tego lata prawdopodobnie nie będzie. Jednak branża lotnicza wysyła już wyraźny sygnał, że tanie paliwo odleciało w siną dal, a ceny biletów mogą wkrótce ruszyć za nim.
Globalny sektor lotniczy znalazł się pod ogromną presją po gwałtownym wzroście cen paliwa lotniczego wywołanym konfliktem USA i Izraela z Iranem. Wojna zachwiała rynkiem ropy, a skutki odczuwają linie lotnicze na całym świecie. Tylko w ciągu ostatnich dwóch tygodni przewoźnicy skasowali około dwóch milionów miejsc w samolotach zaplanowanych na ten miesiąc. Według danych firmy analitycznej Cirium odwołano już ponad 13 tys. lotów na świecie. Największe cięcia dotknęły przewoźników obsługujących dalekie trasy. Niemiecka Lufthansa zlikwidowała 20 tys. lotów między majem a październikiem, a chińska Air China wycofała pół miliona miejsc.
Na tle światowych problemów sytuacja w Irlandii wygląda jednak zaskakująco spokojnie. Dane pokazują, że skala odwołań pozostaje minimalna. Spośród 3558 zaplanowanych w maju lotów z Irlandii odwołano jedynie pięć, więc zaledwie 0,14 proc. W przypadku lotów do Irlandii anulowano cztery z 3560 połączeń, czyli około 0,11 proc. To wynik niemal spokojny, jak na realia branży, która jeszcze niedawno żyła pandemią, strajkami i kryzysami kadrowymi.
Szefowie sektora lotniczego zapewniają, że lato nie jest zagrożone. Operator lotniska w Dublinie, DAA, deklaruje wręcz, że irlandzkie lotniska szykują się na „najbardziej pracowite lato w historii”. Podobny ton przyjęły linie Aer Lingus, które próbują uspokoić pasażerów po fali medialnych doniesień o odwołaniach lotów.
„Twój letni lot? To się dzieje”, przekazał przewoźnik w mediach społecznościowych, zapewniając jednoczenie klientów, że mogą rezerwować wakacje bez obaw.
Problem jednak nie zniknął, bo został jedynie chwilowo odroczony. Przed wybuchem wojny z Iranem baryłka paliwa lotniczego kosztowała około 85 euro. Na początku kwietnia cena wystrzeliła chwilowo do 179 euro za baryłkę, a dopiero rozmowy pokojowe częściowo uspokoiły rynek. Dla linii lotniczych paliwo to nie mało znaczący koszt, lecz fundament całego biznesu. W przypadku lotów długodystansowych może odpowiadać nawet za jedną trzecią wydatków operacyjnych.
Najbardziej ucierpiały więc połączenia przez Bliski Wschód i nie tylko dlatego, że wymagają ogromnych ilości paliwa, ale również dlatego, że wiele biletów sprzedano jeszcze według „starych”, znacznie niższych cen ropy. To oznacza, że przewoźnicy zaczęli latać z coraz cieńszą marżą.
Prezes Ryanair Michael O’Leary, przyznał, że jego linia wciąż korzysta z dużych zapasów paliwa kupionego po niższych cenach, ale nawet on ostrzegł, że jeśli konflikt będzie się przeciągał, problemy mogą pojawić się za kilka miesięcy. Właśnie tutaj kryje się sedno sprawy, czyli dzisiejszy spokój może być jedynie ciszą przed podwyżkami. Linie lotnicze zabezpieczają ceny paliwa z wyprzedzeniem, lecz hedging działa tylko przez pewien czas. Kiedy tańsze zapasy się skończą, rachunek trafi do pasażerów. Najpierw dyskretnie, czyli droższym bagażem, wyższą opłatą serwisową czy mniej atrakcyjnymi promocjami. Potem brutalniej, więc po prostu droższymi biletami.
Era absurdalnie taniego latania i weekendów „za 19,99 euro” już wcześniej zaczęła się kończyć przez inflację i koszty klimatyczne. Kryzys paliwowy może ten proces tylko przyspieszyć. To oznacza, że współczesne lotnictwo, mimo całej technologicznej magii, nadal działa według bardzo starej zasady, że kiedy drożeje ropa, świat staje się mniejszy, ale podróżowanie większym luksusem.
Bogdan Feręc
Źr. Business Plus
Photo by Keith Chan on Unsplash

