W ekwadorskiej dżungli: rozumne rośliny, różowe delfiny, śmierdzące indyki, szaman-gringo i ekologiczni Indianie

Szaman mówi, że on leczy tylko choroby „amazońskie”. Złe oko, ukąszenie węża czy pająka, problemy żołądkowe, padaczkę. Ale z chorobami białego człowieka, takimi jak nowotwór, wysyła do szpitala.

Piotr Mateusz Bobołowicz

Inia i inni mieszkańcy dżungli amazońskiej

W podeschniętym mule ciągnie się szeroki na kilkadziesiąt centymetrów ślad, znikający w wodzie. Anakonda. Szukamy jej już od godziny. A właściwie nie tej, tylko mniejszej, która wczoraj wieczorem spała w pniaku złamanego drzewa kilkadziesiąt metrów dalej. Niski stan wody daje możliwość wypatrywania śladów – po całonocnym deszczu woda się podniesie i znalezienie węża będzie zależeć tylko od szczęścia. My go mieć nie będziemy – a może właśnie tak – bo anakondy nie zobaczymy. Nie tym razem.

Reserva de Producción de Fauna Cuyabeno, czyli Rezerwat Dzikich Zwierząt Cuyabeno położony jest w prowincji Sucumbíos na północnym wschodzie Ekwadoru na ponad sześciu tysiącach kilometrów kwadratowych. Początkowo obejmował jedynie dolinę rzeki Cuyabeno, jednak obecnie w jego skład wchodzi także spora część rzeki Aguarico, która wpada potem do Napo, a ta do Amazonki. Objęty ochroną fragment deszczowego lasu równikowego jest jednym z najbardziej zróżnicowanych biologicznie obszarów na całej planecie.

Można wymienić co najmniej pół tysiąca żyjących tam gatunków ptaków, około trzystu pięćdziesięciu gatunków ryb i przede wszystkim imponującą liczbę ponad dwunastu tysięcy gatunków roślin. Oprócz tego licznie występują tam gady, w tym kajmany i anakondy, płazy, ssaki – takie jak leniwce, kilka gatunków małp, tapiry czy emblematyczne zwierzę parku – inia amazońska i oczywiście owady, o których nie sposób zapomnieć w dżungli.

Inii amazońskiej, po hiszpańsku zwanej różowym delfinem, mieliśmy nie zobaczyć ze względu na niski stan wody. Od początku czterodniowej wycieczki padało i mała plaża, przy której kąpaliśmy się pierwszego wieczoru, powoli znikała. Trzeciego dnia wracaliśmy właśnie do naszego miejsca zakwaterowania, gdy przewodnik na długo przed nami dojrzał ruch w wodzie. Delfiny. Nie tak duże, jak te morskie i nie tak pełne gracji. Wyskakiwały z wody raczej oszczędnie i krótko, w sposób nieregularny, tylko po to, by zaczerpnąć powietrza. Nie dało się nawet zrobić im zdjęcia, bo nie można było przewidzieć, gdzie się wynurzą. Rzeczywiście miały bladoróżowy kolor, przynajmniej częściowo. Mimo braku dokładnych danych o jego liczebności, gatunek został wpisany w 2008 roku do Czerwonej Księgi Gatunków Zagrożonych ze względu na niszczenie jego habitatu – puszczy amazońskiej – i zanieczyszczenie rzek.

W dżungli ziemia należy do Indian. Jeżeli agencja turystyczna chce zbudować tam swoją lodge, czyli ekologiczny hotel, najczęściej z drewna i kryty strzechą, musi nie tylko uzyskać pozwolenia od rządu, ale także płacić za dzierżawę któremuś z trzech ludów żyjących na terenie rezerwatu. Kiedyś były tylko dwa – Siona-Secoya i Kofán, ale Siona i Secoya podzielili się. Przyczyna rozłamu była czysto pragmatyczna – dofinansowania rządowe dla rdzennych ludów były przyznawane niezależnie od liczebności, a dla poszczególnych grup etnicznych. Mówią praktycznie tym samym językiem, posiadają wspólne wierzenia i obyczaje. W wiosce Sionów mieszka trzech braci-szamanów. Każdy na nauce spędził długie lata, podczas których musiał odbyć praktyki u szamanów w okolicznych wioskach Indian Siona i Secoya.

W jednej z nich mieszka bardzo specyficzny szaman – gringo. Przybył przed laty i chciał nauczyć się fachu. Pozwolono mu, bo oprócz rygorystycznej diety, wstrzemięźliwości seksualnej i abstynencji podczas kilkuletniego okresu nauki nie ma żadnych obostrzeń dotyczących pochodzenia, wieku czy płci. Za żonę wziął kobietę z ludu Secoya i mieszka gdzieś w głębi dżungli.

Fot. P.M. Bobołowicz

Szaman przedstawia turystom rytuał oczyszczenia. Opisuje także proces przygotowania ayahuaski – mieszaniny wyciągów z roślin, używanej podczas obrzędów. Liana, z której pozyskuje się główny składnik, jest blisko spokrewniona z kurarą – rośliną będącą źródłem neurotoksyny używanej przez rdzenne ludy Amazonii do polowania i walki. Pokrywa się nią małe, ostre strzałki, które wydmuchane z drewnianej tuby wbijają się w ciało ofiary i wprowadzają truciznę do krwiobiegu. Po chwili cel leży sparaliżowany. Turyści mogą postrzelać z tej broni – bez trucizny – do owocu leżącego na ziemi. Spotkanie z szamanem odbywa się w casa maloca, tradycyjnym domu służącym do celów rytualnych. Zbudowany został niedawno. Szaman z dumą pokazuje dach i mówi słabym hiszpańskim: „To z plastiku z recyklingu”. Niegdyś domy kryto strzechą, ale Indianie XXI wieku są ekologiczni – wolą recyklingowany plastik niż strzechę, którą trzeba zmieniać co kilka lat, wycinając przy tym wiele palm.

Ekologiczni są także w wiosce – segregują śmieci. Od kilku lat mają zainstalowane baterie słoneczne, kupione za dotacje rządowe. Wcześniej prąd był trzy godziny dziennie, od osiemnastej do dwudziestej pierwszej, z agregatora diselowego. W ostatnich latach rząd ufundował także szkołę i przychodnię. Szaman mówi, że on leczy tylko choroby „amazońskie”. Złe oko, ukąszenie węża czy pająka, problemy żołądkowe, padaczkę. Ale na choroby białego człowieka, takie jak nowotwór, nie pomoże. Nie waha się wysyłać ludzi do szpitala do miasta, jeżeli zachodzi taka potrzeba.

Wioska leży nad rzeką. W okolicy nie ma dróg, cała komunikacja odbywa się za pomocą długich łodzi z silnikami spalinowymi. To, co trzeba dowieźć, przywożone jest rzeką z miejsca znanego po prostu jako most. Jakieś dwie godziny w górę rzeki. Dlatego podstawę jedzenia stanowi yuca, maniok. Przyrządza się z niego chleb zwany cassabe. Do tego ciemna, pikantna pasta i ryby. Indianie polują także na pekari i hodują drób. W drodze powrotnej z wioski przewodnik wskazuje na czubek wysokiego drzewa. Podaje nam lornetkę. Ta kula wokół pnia to leniwiec. Ledwo go widać. Mało się rusza. W koronach drzew wypatrzeć można dużo więcej. Węże, małpy, ale przede wszystkim ptaki. Przewodnik widzi, pokazuje. Naszym nienawykłym do dżungli oczom ciężko jest wypatrzeć skryte w listowiu zwierzęta nawet po wskazaniu. Ptaki najmniej się kryją.

Potężne hoacyny siedzą na gałęziach zwisających nad rzeką. Miejscowi nazywają je śmierdzącymi indykami. Nazwę zawdzięczają specyficznemu układowi trawiennemu. Żywią się liśćmi (co w ogóle jest wyjątkowe dla ptaków), które trawione są przez bakterie w wolu. Stąd wydzielany przez nie charakterystyczny zapach zgnilizny i fermentacji. Hoacyny wyróżniają się spośród innych ptaków, przypominając przodków – ogniwo między latającymi jaszczurami i współczesnymi ptakami.

Fot. P.M. Bobołowicz

Wieczorem wypływamy szukać kajmanów. Ich oczy odbijają światła latarki. Podpływamy bliżej, by zobaczyć łeb na moment, nim schowa się pod wodą. Brzegi rzeki świecą się blaskiem ślepi. Gady te przypominają krokodyle czy aligatory, ale są dużo mniejsze – większość nie przekracza dwóch i pół metra; tylko niektóre gatunki osiągają cztery. Przybiliśmy łódką do odsłoniętej przez rzekę połaci mułu i wyszliśmy na ląd szukać kajmanów. Jest. Leży. Nie rusza się. Podchodzimy na niecały metr. Przewodnik świeci na niego, żebyśmy mogli zrobić zdjęcia. Potem bierze patyk i próbuje zmusić go do aktywności. Zwierzę przyjęło taktykę ignorowania natrętnych ludzi. Jednak nie wytrzymało, gdy przewodnik uniósł jego ogon – z szeroko rozstawionymi łapami kajman pobiegł do wody z prędkością zawodowego sprintera.

W wodach dopływów Amazonki żyje jeszcze jedno wyjątkowe stworzenie – wydra olbrzymia. Rzadko można je dojrzeć, gdyż są bardzo płochliwe. Tym razem jednak się udało. Całym stadkiem pływały, szukając ryb w mętnej wodzie. Nie są to małe wydry znane z Polski – osiągają długość ponad półtora metra, prawie dwóch, i masę nawet ponad czterdziestu kilogramów.

Diego jest przewodnikiem od kilku lat. Ktoś z grupy spytał, czy widział jaguara. „Raz. Trzeba mieć szczęście”. Ale szczęście nie jest potrzebne, by spotkać małpy. Przyszły całym stadem na drzewo naprzeciwko jadalni w porze śniadania. Siadły na gałęzi i zaczęły nas obserwować. To my byliśmy zwierzętami w zoo, one przyszły zwiedzać.

Na przystani przy moście grupa celników sprawdza towar pakowany na łodzie. W dżungli nie ma posterunków ani słupów granicznych. Niedaleko stąd do granicy z Kolumbią i z Peru. Ale las nie puści byle kogo. Trzeba znać ścieżki i umieć w nim przeżyć. Diego opowiada o znajomym przewodniku, który się zgubił. Wyszedł robić zdjęcia z rana, ze sobą miał tylko kanapkę i małą butelkę wody. Odnalazł się dwa dni później, kilkaset metrów od ośrodka. Ale jak dziwić się zgubieniu drogi we wnętrzu żywego organizmu, jakim jest dżungla?

Nawet roślinność zdaje się żyć rozumnie. Silne, spłukujące wszystko deszcze sprawiły, że jeden z gatunków wykształcił umiejętność łapania spadających z drzew liści, które potem kompostuje, by się nimi żywić. Inne drzewo nauczyło się chodzić – w zależności od potrzeby wyrastają mu nowe korzenie, a stare odpadają. W ten sposób może przemieścić się nawet o kilka metrów w ciągu dwóch lat, by wyjść z cienia większych roślin.

Cztery dni w dżungli minęły szybko. Dziwnie było wrócić do świata pełnego samochodów i asfaltowych dróg, znowu mieć zasięg w telefonie (chociaż telefon ledwo przetrwał wyjazd – odmówiła posłuszeństwa połowa ekranu). Nie zobaczyłem anakondy – poza tą wypchaną w muzeum na równiku w Quito przy okazji innej wizyty.

Artykuł Piotra Mateusza Bobołowicza pt. „Inia i inni mieszkańcy dżungli amazońskiej” znajduje się na s. 15 majowego „Kuriera WNET” nr 59/2019, gumroad.com.

Podziel się:

Sklepy Auchan w cał
Aneta Awtoniuk: Adop
Translate »
Translate »