Choć wicepremier uspokaja, że „to nie jest rok 2008”, a irlandzka gospodarka stoi dziś na znacznie mocniejszych fundamentach niż przed globalnym kryzysem finansowym, sygnały płynące z Departamentu Finansów są równie chłodne, co bezlitosne. Wybrzmiewa w nich coś na kształt ostrzeżenia, że nadciągająca inflacja to nie abstrakcja, lecz realny scenariusz i to taki, który może rozwinąć się szybciej, niż wielu chce przyznać.
Główny ekonomista departamentu John McCarthy nie próbował łagodzić wymowy faktów. Powiedział wprost, że „niemożliwe” jest dziś przypisywanie jakiegokolwiek prawdopodobieństwa recesji, a nie dlatego, że jej nie będzie, lecz dlatego, że nie da się jej sensownie przewidzieć wobec skutków wojny z Iranem. Jak zaznaczył, jest pewne, że wszystkie drogi prowadzą do wyższej inflacji.
To odbiera złudzenia. Jeszcze chwilę temu wielu liczyło na „krótki, gwałtowny szok”, coś, co można by odchorować i ruszyć dalej. Tymczasem McCarthy przyznał, że ten wariant staje się „coraz mniej prawdopodobny” i jeśli konflikt dopadnie światową infrastrukturę energetyczną lub kluczowe szlaki morskie, bo tego wciąż nie można wykluczyć, cenowa fala będzie nieunikniona i wysoka.
Simon Harris prezentując wyniki gospodarcze za pierwszy kwartał również mówił o tym z pewnym ciężarem. Nie dramatyzował, ale też nie owijał w ładny papier: jeśli eskalacja potrwa, czekają nas globalne konsekwencje gospodarcze o trudnej do przewidzenia skali. Żaden rząd nie zdoła ochronić obywateli przed takim wstrząsem w pełni, Irlandia – utrzymywał – jest w lepszej kondycji niż wiele innych państw. Zatrudnienie jest wysokie, gospodarka rozwija się stabilnie, a finanse publiczne są uporządkowane i dają „zdolność fiskalną do reagowania”.
McCarthy dodaje do tego jeszcze jeden element układanki, czyli bilanse rządu, gospodarstw domowych i firm są dziś znacznie zdrowsze niż w 2008 r. Teoretycznie więc kraj ma poduszkę amortyzującą, ale nawet ona nie powstrzyma wzrostu cen energii, jeśli ropa poszybuje w kierunku 100 lub 150 dolarów za baryłkę, a oba scenariusze Departament Finansów bierze pod uwagę. Ten drugi, choć skrajny, nie brzmi już jak niemożliwy, lecz jak realna hipoteza.
Tymczasem dane budżetowe za pierwsze trzy miesiące roku rysują obraz państwa, które wciąż zarabia – 22,6 mld euro wpływów i wzrost dochodów z podatku dochodowego oraz VAT o odpowiednio 6,1% i 5,3%. Jest deficyt – 200 mln euro, ale to wynik przesunięć środków do funduszy długoterminowych, nie dziury w systemie. McCarthy określa ten wzrost dochodów jako „solidny”.
I tu jest sedno, bo wszystko wygląda przyzwoicie… dopóki ceny energii nie zaczną rosnąć lawinowo. Dopóki inflacja – ta, która puka już do drzwi, nie przejdzie przez próg. Dopóki globalny kryzys nie zamieni się z teorii w praktykę. Wicepremier ma rację: to nie jest 2008 r., ale to również nie jest czas, w którym można mówić o stabilności z pełnym przekonaniem. Gospodarka może być w formie, budżet może być zdyscyplinowany, ale inflacja, szczególnie ta napędzana wojną i energią, nie pyta o zgodę.
Wszystko wskazuje na to, że nadchodzące miesiące będą testem nie spektakularnych planów, lecz zwykłej odporności państwa, firm i ludzi. Bo nawet najlepiej prowadzony bilans nie zatrzyma świata, w którym każdy konflikt staje się rachunkiem do zapłacenia.
Bogdan Feręc
Źr. Business Plus
Photo by Paul-Christian M on Unsplash

