Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

W cieniu dawnych kryzysów i współczesnego populizmu. Czego możemy spodziewać się po nadchodzącej prezydencji Irlandii w Unii Europejskiej?

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Zbliża się moment, w którym Irlandia na sześć miesięcy obejmie prezydencję w Radzie Unii Europejskiej, a to skłania do głębokiej refleksji nad miejscem tego kraju we wspólnocie oraz nad ewolucją relacji na linii Dublin–Bruksela. Jako długoletni członek struktur unijnych, Irlandia jest powszechnie postrzegana jako doświadczony i przewidywalny partner, zdolny do sprawnego realizowania skomplikowanej agendy politycznej.

Choć dodatkowe obowiązki spoczywające na rządzie są w dużej mierze niewdzięcznym i zakulisowym zadaniem, z którego przeciętny mieszkaniec rzadko zdaje sobie sprawę, półrocze stanowić będzie kluczowy test dla irlandzkiej dyplomacji. Prezydencja to bowiem unikalna szansa na zdobycie cennego uznania w oczach europejskich odpowiedników, ale też moment, w którym na jaw wychodzą wewnętrzne sprzeczności kraju.

Analizując obecną sytuację, nie sposób nie zauważyć osobliwego tonu, w jakim o tym wydarzeniu informują media, ze szczególnym uwzględnieniem „The Irish Independent”. Lektura publicystyki tego dziennika pozwala odnieść niepokojące wrażenie, że redakcja znacznie bardziej docenia samą Unię Europejską, jej instytucje oraz brukselskie elity niż własny kraj, rząd, a nawet samych mieszkańców Irlandii. W narracji tej przebija niemal bezkrytyczny podziw dla struktur unijnych, połączony z protekcjonalną i surową oceną decyzji własnych władz oraz nastrojów społecznych. Krajowe ambicje czy dążenia do ochrony własnych interesów są przedstawiane chwilami jako przejaw zacofania lub nieodpowiedzialności, co stawia pod znakiem zapytania obiektywizm w ocenie narodowego interesu.

Ta specyficzna perspektywa staje się wyraźna, gdy spojrzy się na krytykę niedawnej, przez wielu uznawanej za suwerenną, decyzji irlandzkiego rządu o głosowaniu przeciwko umowie handlowej z krajami Mercosur. Bruksela przyjęła ten krok ze zdziwieniem, argumentując, że Irlandia posiada otwartą gospodarkę i jest silnie zależna od podatków od korporacji międzynarodowych. Publicyści powiązani z linią gazety natychmiast podchwycili tę narrację, zarzucając własnemu rządowi uleganie krótkotrwałemu populizmowi w celu przypodobania się krajowym wyborcom. W ich oczach ochrona lokalnych sektorów gospodarki była jedynie niepotrzebnym osłabianiem kluczowych relacji w Europie, a przestroga, że pozycji Irlandii w Unii Europejskiej nigdy nie powinno się brać za pewnik, brzmi niemal jak karcenie niesfornego dziecka przez surowego pedagoga.

Tego rodzaju postawa medialna ma swoje korzenie w historii, do której komentatorzy chętnie wracają, przypominając momenty, w których Irlandia „dała Europie popalić”. Mijające właśnie ćwierć wieku od szoku, jakim dla całej Unii Europejskiej było odrzucenie w referendum Traktatu Nicejskiego, wciąż ciąży na zbiorowej świadomości elit. W czasach, gdy gospodarka Celtyckiego Tygrysa rozkwitała, a infrastruktura finansowana przez Wspólnotę otwierała się regularnie, obywatele zagłosowali na „nie” z powodu obaw o neutralność kraju i lęku przed powstaniem europejskiej armii. Ówczesna słaba kampania rządu doprowadziła do bezprecedensowego w historii członkostwa Irlandii sprzeciwu wobec unijnych planów rozszerzenia, co mocno nadszarpnęło reputację Dublina.

Choć po powołaniu Forum Europejskiego i uzyskaniu potrójnej blokady neutralności drugie głosowanie zakończyło się sukcesem, a Irlandia w 2004 roku dumnie witała dziesięć nowych krajów członkowskich, a lęk przed ponownym „rozczarowaniem” Brukseli wydaje się paraliżować część tamtejszej opinii publicznej do dziś.

Kolejne lata przyniosły przecież następne wstrząsy, takie jak pierwsze odrzucenie Traktatu Lizbońskiego, załamanie gospodarcze oraz twarde warunki pakietu ratunkowego narzucone przez Unię i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Choć późniejsza solidarność europejska w czasie negocjacji brexitowych i bezkompromisowa obrona braku twardej granicy na wyspie uratowały wzajemne stosunki i zaowocowały silnym, pozytywnym nastawieniem Irlandczyków do członkostwa w strukturach unijnych, to nadchodząca prezydencja ujawnia głęboki rozłam.

Z jednej strony stoi państwo o ugruntowanej pozycji, gotowe do przewodzenia Europie, z drugiej zaś elity medialne, które w obawie przed oskarżeniami o populizm wolałyby widzieć swój kraj w roli bezrefleksyjnego wykonawcy woli Brukseli, zamiast podmiotu dbającego o dobro własnych obywateli.

Bogdan Feręc

Źr. Independent

Photo by Antoine Schibler on Unsplash

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version