Masz wrażenie, że irlandzki rynek mieszkaniowy już jest napięty jak struna w starych skrzypcach? No to rząd właśnie dokręca kołki. Projekt ustawy o najmie lokali mieszkalnych przeszedł ostatni etap prac w Seanad Éireann. Teraz trafi na biurko prezydent Catherine Connolly, a wejście w życie zaplanowano na 1 marca. Legislacyjny pociąg dojechał do stacji końcowej, nawet bez dłuższych postojów i bez przyjęcia poprawek opozycji.
Rząd przekonuje, że nowe przepisy przyniosą równowagę, silniejszą ochronę lokatorów i jednocześnie bodźce do zwiększenia podaży mieszkań. Minister mieszkalnictwa James Browne mówi wprost, że prędzej niż później podaż wzrośnie, a czynsze spadną. Zapowiada „bezprecedensowe zabezpieczenia najmu” i twierdzi, że obecnie zbyt łatwo dochodzi do eksmisji, które napędzają bezdomność.
Opozycja widzi to zupełnie inaczej. Senator Chris Andrews z Sinn Féin mówi o mieszkańcach centrum Dublina wypychanych z lokali, w których ich rodziny żyły od pokoleń. Dwupokojowe apartamenty w rejonie Glass Bottle w Ringsend mają być sprzedawane za milion euro. Czynsz za jednopokojowe mieszkanie to 2,5 tys. euro miesięcznie. „Dla mnie to szaleństwo” – stwierdził. I trudno uznać to za retoryczną przesadę.
Niezależna senator Alice-Mary Higgins punktuje natomiast rząd za odrzucenie wszystkich 27 poprawek zgłoszonych w Seanad oraz 69 w Dáil. Domagała się choćby obowiązkowego przeglądu ustawy po dwóch latach. Rząd nie ustąpił ani o krok, a tempo prac było szybkie, niemal demonstracyjne.
Tymczasem liczby są bezlitosne. Według danych CSO mediana cen domów w Dublinie sięga dziś pół miliona euro. Rzecznik finansowy Sinn Féin Pearse Doherty twierdzi, że zakup „typowego domu” w stolicy wymaga dochodu rzędu 100–130 tys. euro rocznie, a w niektórych dzielnicach nawet 150 tys. „Nawet dwa solidne dochody podstawowe już nie wystarczają” – mówi i pyta, ile jeszcze ceny muszą wzrosnąć, by rząd uznał, że polityka zawiodła.
Z kolei wicepremier i minister finansów Simon Harris odpowiada, że choć ceny są zbyt wysokie, rząd realizuje programy wsparcia, takie jak First Home Scheme. Podkreśla też, że niemal 40 proc. zakupów dokonują osoby kupujące pierwsze mieszkanie, a liczba ukończonych domów jest najwyższa od 2011 roku.
Ta przepychanka słowna brzmi jak klasyczny spór o narrację, bo jedni mówią: „chronimy lokatorów”, a drudzy, że „zniechęcacie właścicieli i inwestorów”. W tle pojawia się natomiast realny lęk, bo jeśli regulacje pójdą za daleko, część prywatnych wynajmujących może wycofać się z rynku. A gdy podaż spada w kraju z chronicznym deficytem mieszkań, ceny nie mają powodu, by być grzeczne. Do tego dochodzą zapowiedzi dopuszczenia budowy modułowych jednostek w ogrodach przydomowych, czyli tzw. „mieszkań dla babci”. Minister stanu John Cummins deklaruje, że regulacje mogą zostać zatwierdzone latem, a to kolejny plaster na ranę, nie zaś konieczna operacja.
*
Prawda jest taka, że irlandzki rynek mieszkaniowy od lat funkcjonuje w trybie kryzysowym. Każda poważna interwencja legislacyjna w tak napiętym środowisku działa, jak mocny ruch kierownicą na oblodzonej drodze. Niby można wyprowadzić auto na prostą, ale można też wpaść w poślizg. Ustawa wchodzi w życie 1 marca i wtedy skończą się deklaracje, a zacznie test rzeczywistości. Rynek najmu w Irlandii nie potrzebuje już emocji, on potrzebuje stabilności.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Photo by Tierra Mallorca on Unsplash

