Europejski skok w stronę rygorystycznego uregulowania sztucznej inteligencji przestał być wyłącznie debatą o cyfrowym bezpieczeństwie, a stał się pełnowymiarowym zapalnikiem politycznym. Wejście w życie kolejnych obostrzeń wynikających z unijnego aktu o sztucznej inteligencji (EU AI Act) ponownie zaostrzyło relacje na linii Bruksela–Waszyngton. Przepisy, które nakładają na amerykańskich gigantów technologicznych konkretne wymogi formalne, uderzają bezpośrednio w najbardziej wartościowy sektor nowoczesnej gospodarki Stanów Zjednoczonych.
Groźba sankcji finansowych sięgających 15 milionów euro lub 3% globalnego obrotu za złamanie zasad przejrzystości, a w przypadku najcięższych naruszeń nawet 35 milionów euro bądź 7% światowych przychodów, wywołała natychmiastową reakcję po drugiej stronie oceanu.
W odpowiedzi na zapowiedzi agresywnego egzekwowania europejskiego prawa oraz nakładanie wielomiliardowych kar, czego przykładem jest chociażby niedawna grzywna dla Google, Donald Trump ponownie sięga po sprawdzony oręż dyplomatyczny. Prezydent USA zagroził nałożeniem ceł odwetowych na towary z Unii Europejskiej. W amerykańskiej retoryce brukselskie regulacje coraz częściej przedstawiane są nie jako troska o prawa obywatelskie, lecz jako ukryta forma protekcjonalizmu celującego w sukces kalifornijskich gigantów.
W samym centrum tego geostrategicznego przeciągania liny znalazła się Irlandia. Dla Dublina rosnąca asertywność Unii Europejskiej jest wyjątkowo niekomfortowa. Zielona Wyspa od dziesięcioleci buduje swoją pozycję gospodarczą jako europejskiej przystani dla globalnych koncernów. To tutaj swoje centralnie regionalne ulokowały takie firmy jak Google czy Meta, a swoje przyczółki rozwijają OpenAI oraz Anthropic.
Z jednej strony irlandzkie władze muszą wypełniać wolę Brukseli w stosowaniu unijnego prawa i kontrolować podmioty działające na jej terytorium. Z drugiej zaś, brutalny spór regulacyjny z USA stawia Dublin w sytuacji, w której lokalne korzyści z gospodarki cyfrowej mogą stać się ofiarą wielkiej polityki.
Nowe obowiązki wynikające z artykułu 50 Aktu o AI precyzyjnie definiują zasady gry, do których musieli dostosować się producenci i dostawcy technologii. Każdy system AI, od prostego chatbota po zaawansowane pakiety agentów językowych, musi wyraźnie poinformować użytkownika, że ten wchodzi w interakcję z maszyną. Równie surowe rygory objęły generatory treści multimedialnych: obraz, dźwięk i wideo wytworzone przez sztuczną inteligencję (w tym tzw. deepfake’i) wymagają trwałego, czytelnego oznaczenia oraz zaimplementowania cyfrowych znaków wodnych.
Chociaż część podmiotów zdecydowała się na przyjęcie dobrowolnych kodeksów postępowania, samo podpisanie deklaracji nie zwalnia ich z odpowiedzialności prawnej. Europejskie podejście opiera się na prostym założeniu: prawo do wiedzy o tym, z czym i z kim ma do czynienia obywatel, stoi ponad swobodą wdrożeniową biznesu.
Pojawia się tu jednak zasadnicze pęknięcie filozoficzne. Europa dąży do stworzenia technologii godnej zaufania poprzez prewencyjne normy formalne, podczas gdy model amerykański stawia na maksymalizację dynamiki innowacji i komercjalizację. Taki podział sprawia, że sztuczna inteligencja z technologicznej nowinki stała się nową osią podziału geopolitycznego. Natomiast Irlandia, która balansuje między europejskim rygoryzmem a amerykańskim kapitałem, zmuszona będzie wykazać się wyjątkową zręcznością dyplomatyczną, by regulacyjny entuzjazm Brukseli nie obrócił się przeciwko jej własnej stabilności gospodarczej.
Bogdan Feręc
Źr. Independent/Department of Enterprise/The National Law Review

