Irlandzka polityka ma kilka tradycji równie trwałych jak deszcz nad Dublinem. Jedną z nich jest coroczne rytualne zastanawianie się, czy może obniżyć USC, więc podatek, który miał być rozwiązaniem tymczasowym, a dziś trzyma się systemu podatkowego z uporem lokatora, który „jeszcze tylko na chwilę” został po kryzysie.
Premier Micheál Martin stwierdził, że jest „za wcześnie”, by mówić o szczegółach dotyczących ewentualnych cięć USC w kolejnym budżecie, co oznacza, że sezon politycznego podgrzewania nadziei właśnie się rozpoczął. Według szefa rządu gabinet musi znaleźć sposoby na złagodzenie presji kosztów życia, które dodatkowo napędzają napięcia w Europie i wojna na Bliskim Wschodzie. Wśród możliwych narzędzi wymieniono podatki, czyli klasyczny moment, w którym politycy odkrywają, że obywatele jednak lubią zatrzymywać część własnych pieniędzy.
Problem polega na tym, że USC od początku miał być podatkiem nadzwyczajnym, tymczasowym, kryzysowym plastrem na dziurę budżetową po finansowym armagedonie sprzed lat. Jak to jednak bywa z państwowymi „rozwiązaniami tymczasowymi”, z czasem wrastają one w system niczym betonowy słupek postawiony prowizorycznie w 1998 roku.
Tak dla przypomnienia, USC wprowadzony został przez Fine Gael i Partię Pracy, jakby ktoś właśnie przygotowywał się do wyborów uzupełniających i nie do końca wiedział, na kogo oddać swój głos.
Przez lata kolejne rządy obiecywały ograniczenie lub likwidację USC, a potem przychodził kolejny budżet, kolejne „wyjątkowe okoliczności”, kolejny kryzys, kolejna konferencja prasowa i kolejne zapewnienia, że „sprawa jest analizowana”. Teraz scenariusz wraca niemal słowo w słowo i premier Martin podkreśla, że wszelkie decyzje muszą zostać uzgodnione przez partnerów koalicyjnych i odpowiednich ministrów. Czyli klasyczne irlandzkie przeciąganie liny, każdy chce wyglądać jak obrońca podatnika, ale nikt nie chce pierwszy znaleźć pieniędzy na rachunek, który leży na stole.
Premier odniósł się także do sporów budżetowych między Jackiem Chambersem a Jamesem Lawlessem dotyczących finansowania resortów. Martin uspokajał, że to „normalne”, gdy ministrowie walczą o swoje budżety. Oczywiście, bo w irlandzkiej polityce sezon budżetowy przypomina trochę wyprzedaż po Black Friday, gdzie wszyscy przepychają się po dodatkowe miliony, które państwo teoretycznie powinno oszczędzać. Jednocześnie premier przyznał, że wydatki publiczne Irlandii rosną z roku na rok i nadal będą rosły. To kluczowy element całej układanki, bo choć politycy lubią mówić o ulgach podatkowych, aparat państwowy zdążył już bardzo przyzwyczaić się do pieniędzy z USC.
W praktyce oznacza to, że podatek, który miał być awaryjnym rozwiązaniem na czas kryzysu, stał się jednym z filarów finansowania państwa, a tych zazwyczaj się nie usuwa, bo najwyżej od czasu do czasu odmalowuje przed wyborami. Micheál Martin odniósł się również do budżetu Unii Europejskiej i Wspólnej Polityki Rolnej przyznając dyplomatycznie, że sytuacja „nie jest jeszcze taka, jak byśmy chcieli”. To zresztą zdanie, które można by równie dobrze umieścić na oficjalnym herbie każdego przedwyborczego budżetu. Premier skomentował też Brexit, stwierdzając, że „nie ma sensu” i zaszkodził brytyjskiej gospodarce.
Natomiast z perspektywy wielu irlandzkich podatników można jednak odnieść wrażenie, że równie zagadkową konstrukcją pozostaje USC, jako podatek tymczasowy i tak skuteczny, że przetrwał własny powód istnienia.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Photo by Christian Dubovan on Unsplash

