Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Transportowy paraliż zagląda Irlandii w oczy, Czy w środę wyjadą autobusy?

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Wszystko wskazuje na to, że dzisiejszy poranek dla tysięcy pasażerów w całej Irlandii będzie początkiem komunikacyjnego koszmaru. Właściciel firmy Carolan Coaches z siedzibą w Nobber rzucił rękawicę rządowi, ogłaszając, że w środę 15 kwietnia jego flota pozostanie w bazach. Nie jest odosobniona deklaracja, ale prawdopodobny początek fali, która może zatrzymać kraj, w którym transport prywatny jest krwiobiegiem lokalnych społeczności.

To, co zaczęło się w zeszłym tygodniu jako akt desperacji, bo użyto do blokad trzech autokarów na głównej arterii Dublina, czyli O’Connell Street, dziś przeradza się w zorganizowany bunt przewoźników. James Carolan, postać dobrze znana w hrabstwie Meath, nie zamierza dłużej prosić o litość. Jego decyzja o wstrzymaniu kursów to krzyk sprzeciwu wobec cen paliw, które mimo szumnych zapowiedzi rządu o obniżkach, wciąż drenują portfele przedsiębiorców.

Dla małych i średnich firm transportowych sytuacja stała się zero-jedynkowa. Carolan określił reakcję koalicji na trwające od tygodnia protesty jako absolutny skandal. W świecie, gdzie każda kropla diesla decyduje o przetrwaniu firmy, rządowy pakiet 505 milionów euro dla wielu wydaje się jedynie politycznym listkiem figowym, a nie realną gaśnicą na pożar kosztów życia.

Przewoźnicy tacy jak Carolan Coaches obsługują nie tylko wycieczki, ale przede wszystkim kluczowe połączenia regionalne i szkolne. Ich zniknięcie z dróg oznacza, że dzieci nie dojadą do szkół, a pracownicy do zakładów. James Carolan argumentuje, że przy obecnych stawkach za paliwo, każdy przejechany kilometr to generowanie strat, na które nikt o zdrowych zmysłach nie może sobie pozwolić. „Reakcja rządu na to, co dzieje się na ulicach od tygodnia, to policzek dla każdego, kto próbuje uczciwie zarobić na chleb” – słychać w kuluarach transportowego protestu.

Przewoźnicy czują się oszukani i otwarcie twierdzą, że chociaż cena baryłki na rynkach światowych ulega wahaniom, to podatki i brak systemowej ochrony branży transportowej w Irlandii sprawiają, że są oni najbardziej narażeni na skutki kryzysu energetycznego.

Strajk zapowiedziany na najbliższą środę to test sił. Jeśli inni operatorzy, do których apeluje Carolan, dołączą do akcji, Irlandia obudzi się w rzeczywistości, w której transport publiczny, już teraz nadszarpnięty ogólnokrajowymi protestami rolników i przewoźników towarowych, zostanie całkowicie sparaliżowany.

Warto zauważyć, że to już nie tylko walka o zysk, ale walka o godność. James Carolan stał się twarzą gniewu branży, która czuje, że została zostawiona sama sobie na poboczu drogi, podczas gdy ministrowie w Dublinie debatują o „funduszach na czarną godzinę”. Problem w tym, że dla przewoźników z Meath ta czarna godzina właśnie wybiła, a deszcz, o którym wspominał wczoraj Michael Healy-Rae, zamienił się w prawdziwą nawałnicę.

Pytanie, które zadają sobie dziś wszyscy, brzmi: czy dzisiejszy strajk zmusi premiera do powrotu do stołu negocjacyjnego? Przewoźnicy nie chcą już obietnic, chcą konkretnych cięć w akcyzie i zamrożenia podatku węglowego. James Carolan pokazał, że potrafi zablokować serce stolicy. Jeśli dzisiaj jego śladem pójdą inni, rząd może odkryć, że bez autobusów, które codziennie dowożą ludzi do pracy, cała gospodarka po prostu stanie w miejscu.

Bogdan Feręc

Źr. Independent

Photo by Hobi industri on Unsplash

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version