„Przed wojną było ich szesnaście tysięcy, dziś w rękach tych samych rodzin przetrwało zaledwie trzydzieści” – podkreśla Paweł Maciukiewicz. Dwór w Fałkowicach koło Gdowa to absolutny ewenement na mapie kraju. Ocalał przed wojenną pożogą, bezwzględną reformą rolną PRL-u i nocnymi najazdami buldożerów w dużej mierze dzięki niezwykłej solidarności wiejskiej społeczności.
W tym artykule:
- Sąsiedzi ratują dwór
- Niemcy i partyzanci
- Najazd Armii Czerwonej
- Unikalna zakopiańska weranda
- Wielopokoleniowa sztafeta pamięci
Większość z nas kojarzy polskie dwory jako opuszczone, niszczejące ruiny lub luksusowe hotele, które dawno straciły swojego ducha. Istnieje jednak miejsce, które całkowicie wymyka się tym schematom. Dwór w Fałkowicach koło Gdowa nieprzerwanie od 1912 roku należy do tej samej rodziny. Przetrwał dwie wojny światowe, reformę rolną i system komunistyczny. Jak to możliwe?
– To jest ewenement. Przed wojną było w Polsce około 16 000 takich majątków, a do dnia dzisiejszego nieprzerwanie w rękach tych samych właścicieli zachowało się zaledwie 30 – podkreślił Paweł Maciukiewicz, historyk i antykwariusz, dla którego rodzinne gniazdo stało się życiową inspiracją.
To oznacza, że dawny świat polskich dworów został bezpowrotnie zniszczony. Dwór w Fałkowicach ocalał jako unikalna, wielopokoleniowa sztafeta pamięci, rzemiosła i niezwykłych ludzkich losów.
09.07.2026
Wkoło Gazonu: Dwór w Fałkowicach – ponad 100 lat w rękach tej samej rodziny
W piękny letni dzień odwiedzamy dwór w Fałkowicach koło Gdowa — jedno z nielicznych miejsc w Polsce, które od ponad stu lat pozostaje w rękach tej samej rodz…
Prowadzący:
Sąsiedzi ratują dwór
Kluczowy moment dla przetrwania posiadłości nastąpił w dramatycznym 1945 roku. Nowa, komunistyczna władza rozpoczęła brutalną parcelację majątków ziemskich, a dawnych właścicieli często skazywano na banicję i wilczy bilet.
W Fałkowicach doszło jednak do sytuacji, która w skali powojennej Polski była absolutnym unikatym. Zorganizowano lokalny plebiscyt, w którym wieś miała zadecydować o losie swoich sąsiadów z dworu.
– Jeszcze do niedawna żyły kobiety, które mi mówiły: „A pani to wie, że pani tutaj jest tylko dzięki nam, bo referendum wyszło, żeby zostawić?” – wspominała Maria Maciukiewicz.
Pradziadek obecnych właścicieli, Edmund Ginwiłł-Piotrowski, był szanowanym prawnikiem i człowiekiem głęboko zaangażowanym w życie lokalnej społeczności. Ta przedwojenna solidarność i wzajemny szacunek sprawiły, że wieś jednogłośnie stanęła w obronie rodziny, nie pozwalając na jej wysiedlenie ani na rozgrabienie majątku.
Edmund Ginwiłł-Piotrowski , nasz pradziadek i fundator majątku, z córkamiFelicją Mayre i Marią Strzembosz
Niemcy i partyzanci
Wojenna historia Fałkowic obfituje w wydarzenia, które mogłyby posłużyć za scenariusz trzymającego w napięciu filmu. W dworskich salonach stacjonowali oficerowie Wehrmachtu, a w tym samym czasie tuż pod ich nosem działała polska konspiracja.
– Takie były sytuacje, że w tamtym pokoju następnym kwaterował Niemiec, a tutaj do drzwi pukali partyzanci – opowiadała Maria Maciukiewicz.
Pod koniec 1944 roku doszło do tragedii, która niemal doprowadziła do pacyfikacji całej wsi. Jeden z niemieckich żołnierzy został zastrzelony w pobliżu dworu przez partyzantów.
W odwecie Niemcy planowali puścić Fałkowice z dymem. Tragedii zapobiegły polskie kobiety pracujące w dworze, które osobiście poręczyły przed oficerami, że mieszkańcy nie mieli z tym zdarzeniem nic wspólnego.
Najazd Armii Czerwonej
Kolejny wstrząs przyszedł wraz z nadejściem frontu wschodniego w 1945 roku. Uciekających w panice Niemców zastąpili żołnierze radzieccy, którzy zderzyli się z zupełnie obcą dla siebie rzeczywistością ziemiańskiego dworu.
– Przyszli bolszewicy. Mojego dziadka, który miał taką dużą siwą brodę i był bardzo imponujący, sadzali na fotelu, obchodzili go naokoło i patrzyli, jak też ten krwiopijca wygląda – wspominała ze śmiechem Maria Maciukiewicz.
Po wojnie rodzina musiała jednak stale odpierać zakusy urzędników, którzy regularnie próbowali przejąć budynek, m.in. planując urządzenie w nim państwowego przedszkola. Urzędnicy uciekali się do prowokacji, m.in. nasyłając nocą buldożery, które niszczyły zabytkowy żywopłot.
Aby ocalić resztki ziemi i prawo do dziedziczenia, córka fundatora musiała naprędce ukończyć państwowy kurs ogrodniczy, by udowodnić przed ludową władzą swoje „robotnicze” kwalifikacje.
Unikalna zakopiańska weranda
Fałkowicki zabytek wyróżnia się także niezwykłą architekturą. Murowany z piaskowca budynek reprezentuje styl willi włoskiej, jednak jego najbardziej charakterystycznym elementem jest drewniana, zakopiańska weranda zaprojektowana w unikalnym stylu Stanisława Witkiewicza.
– Nasz pradziadek był wielkim miłośnikiem gór i styl zakopiański ogromnie go fascynował. Zamówił więc taką witkiewiczowską werandę – wyjaśnił Paweł Maciukiewicz.
Przez dziesięciolecia PRL-u rodzina nie miała środków na kosztowne remonty, a dom celowo utrzymywano w skromnym stanie wizualnym. Wszystko po to, by nie kłuć w oczy komunistycznych decydentów i uniknąć oskarżeń o kułactwo.
Dopiero w ostatnich latach rodzeństwo podjęło się gigantycznego trudu rewitalizacji obiektu. Sprowadzono rzemieślników, którzy krok po kroku odtworzyli zniszczoną werandę i przystosowali budynek do całorocznego użytkowania.
Wielopokoleniowa sztafeta pamięci
Dziś dwór w Fałkowicach pełni funkcję domu letniego, w którym regularnie tętni życie. Najlepszym dowodem na doskonałe relacje z okolicznymi mieszkańcami jest tradycja, która trwa nieprzerwanie od ponad stu lat.
W każdą Wielką Sobotę przed dworem, na zabytkowym kamiennym stole, odbywa się święcenie pokarmów, na które przyjeżdża ksiądz oraz schodzi się cała wieś.
– Zawsze staraliśmy się dbać o ten dom. To nigdy nie było pozostawione same sobie – podsumował Piotr Maciukiewicz, lekarz i współwłaściciel majątku.
Ocalone zabytki tego typu to dziś rzadkość. Fałkowice udowadniają jednak, że dzięki determinacji, szacunkowi do historii oraz dobrym relacjom z sąsiadami można ocalić materialne dziedzictwo dawnej Polski przed całkowitym zapomnieniem.

