W sercu Europy, w kraju słynącym z przewidywalności, stabilności gospodarczej i politycznego konsensusu, narasta głęboki niepokój. W najbliższy poniedziałek Szwajcarzy podejmą decyzję, która może fundamentalnie zmienić strukturę społeczną i gospodarczą Konfederacji. Obywatele odpowiedzą na inicjatywę zatytułowaną „Nie dla Szwajcarii z 10 milionami!”, która zakłada nałożenie na rząd konstytucyjnego obowiązku utrzymania populacji kraju poniżej tej sztywnej granicy aż do 2050 roku.
Choć jeszcze niedawno pomysł ten wydawał się polityczną egzotyką, napięte wyniki ostatnich sondaży sprawiają, że nadchodzące referendum zaczyna budzić skojarzenia z brytyjskim głosowaniem z 2016 roku. Pojawiają się uzasadnione obawy, że Helweci mogą nieoczekiwanie otworzyć polityczną puszkę Pandory, nie mając żadnego planu na to, co wydarzy się dzień po ewentualnym zwycięstwie frakcji na „tak”.
Inicjatorem tego radykalnego rozwiązania jest prawicowa Szwajcarska Partia Ludowa (SVP) – obecnie największa siła polityczna w kraju. Choć Szwajcaria rządzona jest na zasadzie konsensusu przez siedmioosobową Radę Federalną, w której mandaty dzielone są między główne ugrupowania, SVP potrafi skutecznie narzucać ton debacie publicznej dzięki unikalnemu systemowi demokracji bezpośredniej. Szwajcarscy wyborcy zapraszani są do urn średnio cztery razy w roku, a do rozpisania ogólnokrajowego referendum wystarczy zebranie 100 000 podpisów zebranych w ciągu 18 miesięcy. Tym razem propagandowa machina partii ruszyła pełną parą – ulice szwajcarskich miast zostały zdominowane przez billboardy i plakaty nawołujące do zatrzymania wzrostu populacji.
Argumentacja SVP trafia na podatny grunt. Populacja Szwajcarii wzrosła z 7,4 miliona na początku XXI wieku do obecnych 9,1 miliona. Prawica przekonuje, że tak dynamiczny skok demograficzny generuje krytyczną presję na infrastrukturę transportową, usługi publiczne oraz systematycznie kurczący się rynek mieszkaniowy. Co więcej, partia wprost łączy wzrost imigracji ze wzrostem przestępczości. Analitycy i obcokrajowcy mieszkający w Szwajcarii zauważają jednak, że ostrze krytyki SVP nie jest wymierzone w imigrantów z Europy Zachodniej, którzy masowo przyjeżdżają tu do pracy w sektorach IT, farmaceutycznym czy finansowym dzięki szwajcarskiemu uczestnictwu w umowie z Unią Europejską o swobodzie przemieszczania. W kuluarach debaty wyraźnie pobrzmiewają tony ksenofobiczne. Niechęć kierowana jest głównie w stronę nowych społeczności z Afryki Północnej i Subsaharyjskiej, w tym z Somalii i Etiopii, których obecność staje się coraz bardziej widoczna w wielokulturowych metropoliach, takich jak Zurych.
Największą frustrację i lęk opinii publicznej budzi całkowity brak realizmu logistycznego proponowanej ustawy. Krytycy inicjatywy, w tym ekspatrianci, naśmiewają się z absurdu sytuacji, pod spodem kryjąc jednak realną trwogę. Nikt nie wie, jak państwo miałoby technicznie kontrolować sztywny limit 10 milionów mieszkańców. Czy Szwajcaria musiałaby wprowadzić militarną kontrolę swoich granic lądowych? Czy zaczęłaby obowiązywać bezwzględna zasada wymiany jeden za jeden, gdzie pozwolenie na wjazd lub narodziny dziecka byłyby warunkowane czyjąś śmiercią lub emigracją?
Dla setek tysięcy zagranicznych specjalistów, w tym licznej, szacowanej na 8 do 10 tysięcy społeczności obywateli Irlandii – kluczowym zagrożeniem nie jest utrata obecnych wiz, lecz długofalowe skutki polityczne. Sukces referendum może stać się dla SVP idealną trampoliną do zdominowania parlamentu, co otworzy drogę do dalszego zaostrzania prawa imigracyjnego. Już teraz, aby utrzymać wizę w kantonach niemieckojęzycznych, obcokrajowcy muszą wykazać się umiarkowaną znajomością języka. Istnieje uzasadniona obawa, że populiści w ramach uszczelniania systemu podniosą te kryteria do poziomu pełnej, akademickiej biegłości, co pozwoliłoby na legalną i masową odmowę przedłużania pobytu pracownikom z zagranicy.
Sytuację komplikuje też fakt, że Szwajcaria posiada jeden z najbardziej restrykcyjnych systemów naturalizacji na świecie. O obywatelstwo można ubiegać się dopiero po 10 latach nieprzerwanego pobytu, a w niektórych regionach wnioski wciąż podlegają ocenie lokalnych zgromadzeń mieszkańców, co stawia imigrantów w pozycji permanentnej zależności od nastrojów sąsiadów. W efekcie setki tysięcy podatników, którzy budują potęgę gospodarczą tego kraju, w poniedziałek nie będą miały prawa głosu.
Przeciwko demograficznemu zamknięciu kraju sformował się szeroki front oporu. Pomysł wprowadzenia limitu populacyjnego został potępiony przez większość głównych partii politycznych w Szwajcarii, a także przez potężne organizacje zrzeszające pracodawców i gigantów biznesowych. Głos w sprawie zabrał również minister sprawiedliwości Beat Jans, ostrzegając, że przyjęcie tej propozycji drastycznie zaszkodzi międzynarodowej pozycji Szwajcarii, podważy stabilność lokalnego rynku pracy, który desperacko potrzebuje wykwalifikowanych rąk, oraz bezpowrotnie zniszczy wypracowywane przez dekady relacje i współpracę gospodarczą z Unią Europejską.
Poniedziałkowe referendum pokaże, czy Szwajcarzy ulegną populistycznej wizji bezpiecznej, odizolowanej wyspy, czy też postawią na pragmatyzm, który uczynił z ich kraju jedną z największych potęg gospodarczych świata. Jeżeli natomiast wynik okaże się twierdzący, alpejska republika wkroczy na ścieżkę nieprzewidywalnych turbulencji, przy których brytyjskie wyjście ze wspólnoty europejskiej może okazać się jedynie niewinnym incydentem.
Bogdan Feręc
Źr. PA Media
Photo by David Ramos on Unsplash

