„Świat oferuje o wiele więcej niż zniszczenie, wystarczy sięgnąć głębiej” z polską artystką z UK Deborą „Deb” Siwak rozmawia Anna Piątkowska

O naszej kolejnej rozmówczyni, Deborze DEB Siwak można powiedzieć na pewno to, że ma osobowość, jest utalentowana, odważna i nieprzeciętna. Nie brak jej też radości i entuzjazmu. Na pewno ma i zawsze miała wszystko to, co potrzebne, aby tworzyć i odnosić przy tym sukcesy. W lipcu tego roku dla przyjaciół i fanów wydała płytę zatytułowaną „Moja droga” będącą zapisem jej przemyśleń z okresu, kiedy wychodziła z najciemniejszych mroków swojego życia. Na początek swojej drogi muzycznej wybrała rap, choć, jak sama przyznaje, nie zamierza w przyszłości zamykać się na inne gatunki, bo „ma w sobie z każdego po trochę”. Na jej debiutanckim krążku znajdziemy nie tylko do bólu szczere słowa i emocje, ale również prawdy, i przemyślenia oparte na własnych przeżyciach. Prawdy o doświadczeniu prawdziwej wolności, miłości i Boga — tego osobowego, bo człowiek to nie tylko rozum, emocje i materia, ale również Duch, który pozwala patrzeć głębiej i sięgać dalej — poza wszelkie ograniczenia i zniewolenia, poza własne słabości i upadki. 

Anna PiątkowskaJak to się stało, że zaczęłaś robić rap? To raczej nietypowa droga dla dziewczyny, bo wymaga nie tylko uporu, ale i charyzmy. Najczęściej kobiety i rap łączy jedynie to, że pojawiają się półnagie w teledyskach. 

Deb: Jeśli chodzi o muzę, to zawsze starałam się być wszechstronna i nie zamykać się na jeden gatunek. Tworzyłam od dziecka i towarzyszyła mi w tym głównie gitara, na której najpierw nauczyłam się grać. Po czasie usiadłam za perkusją, a potem wzięłam bas do ręki. Rock idealnie pasował do mojego usposobienia, bo tłumiłam w sobie wiele emocji. Pogrywałam głównie „garażowo” z chłopakami w Gdańsku i trochę w moim rodzinnym mieście. Potrafiliśmy zamknąć się w garażu na parę dobrych godzin i non stop improwizować. Takich kapel w moim życiu było kilka, większość z nich nie miała żadnej nazwy oprócz jednej, z którą graliśmy u nas, w Nowej Soli i nazywaliśmy się Wyłączeni Awaryjnie. Jeśli chodzi o rap, to odkąd byłam małą dziewczynką w głośnikach w naszym domu leciał oldschool. Mój najstarszy brat opowiadał mi o rapie i skąd się wywodzi subkultura hiphop. Ten rodzaj muzyki był u mnie zawsze w głośnikach, natomiast „wyrzuciłam go” z siebie, dopiero kiedy moje życie przewróciło się o sto osiemdziesiąt stopni do góry nogami. To rap pozwolił mi w jakiś sposób przetrwać moją trudną drogę, choć wcale nie myślałam wtedy o tym, co będę tworzyć. W tamtym momencie to ze mnie po prostu wychodziło. Siedziałam godzinami sama w pokoju i pisałam teksty. Znalazłam swój prywatny azyl. Raperka jako nietypowa droga dla dziewczyny? Hmm… Szanuje kobiety z własnym stylem. Nie szanuje żadnego podtekstu seksualnego w teledyskach, czy gdziekolwiek indziej, poza własną sypialnią. 

Dla mnie jest to po prostu słabe i smutne, że świat muzyczny przyjmuje takie normy. Wszechobecna seksualizacja i uprzedmiotowienie kobiet, nie tylko w muzyce, ma według mnie głębsze dno. Większość co prawda nie widzi w tym problemu, ale później się wszyscy dziwią, skąd jest tyle gwałtów, zdrad, rozwodów i ogólnego braku szacunku do siebie. Wierzymy w wyimaginowany świat, który nie ma żadnych fundamentów, a sprawa jest banalnie prosta — zbierasz zawsze to, co zasiałeś. 

– Birmingham, to multikulturowa stolica Wielkiej Brytanii. Powiedz, jak się tutaj odnajdujesz. Skąd wzięłaś się w UK i dlaczego właśnie Birmingham? 

– Uwielbiam tę „multikulturę”! Mam korzenie cygańsko – polskie. Mój tata jest Romem, a mama Polką, a więc wyrosłam właściwie tak trochę w kulturowej mieszance. Nieraz doświadczyłam pomocy od ludzi z różnych krajów i kultur, tutaj w Birmingham, a więc nie powiem na nikogo złego słowa. Wiadomo, że ludzie jak wszędzie  bywają różni. Boli mnie rasizm. Zawsze wtedy przypomina mi się film „Więzień nienawiści” – bardzo życiowy. Polecam ten stary dobry przekaz. Do Birmingham trafiłam w momencie, kiedy postanowiłam zmienić wszystko i zdecydowałam się szukać Boga, odciąć od życia, jakie prowadziłam przez dziesięć lat!.

Poprosiłam przyjaciółkę, która oferowała mi pomoc o to, czy mogę przyjechać i u niej zamieszkać. Tak się znalazłam tutaj i jestem od półtora roku. Czasem podjęcie jednej prostej decyzji może wszystko w nas zmienić. Jeśli chcemy coś zmienić w naszym życiu, trzeba zacząć od zmian (śmiech).

– Kilka tygodni temu po półtorarocznej pracy wydałaś album Moja Droga. Mówisz o nim: „Płyta pełna rozważań, metafor myśli, jak stawać się każdego dnia lepszym od samego siebie. Co pozwoliło – pomogło stanąć mi na nogi i wyjść po 10 latach z nałogu? Gdzie znajduje pokój, skąd czerpie nadzieję, gdzie szukam pytań i czy dostrzegam wdzięczność? Co się takiego stało w Twoim życiu, że się pogubiłaś na swojej drodze? 

– Wiesz, ja chyba za dużo oczekiwałam od ludzi, a prawie w ogóle od siebie. Wiadomo, że zawodziłam się przy tym za każdym razem, jak i zawodziłam Ludzi wokół mnie. Miałam swoje słabości, którym ulegałam. Uciekałam do babci i prosiłam, żeby się o mnie modliła, jak miałam swoje, jak na tamtą chwilę, ogromne dylematy nastolatki. Wszystko zaczęło się we mnie komplikować, kiedy moja babcia zmarła. Płakałam godzinami nad jej grobem do takiego stopnia, że nad nim zasypiałam ze zmęczenia, a potem znowu budząc się, płakałam. Borykałam się długo i nie wiedziałam jak sobie z tym poradzić. Uciekłam więc w coś, czego nie znałam, a chciałam bardzo poznać – używki. Tłumiłam w sobie ból i zamiast dać sobie pomóc, spróbowałam rzeczy, które mnie ciekawiły — byle się wyciszyć i uciec przed sobą. To mnie niestety pociągnęło w dół, przeczołgało przez dziesięć lat błądzenia i zatracania wszystkiego, co tak naprawdę było dla mnie ważne. Złamałam przy tym prawie wszystkie moralne zasady. Żyłam, udając, że wszystko jest ok. Dopiero teraz rozumiem ludzi, którzy mnie przed tym wszystkim ostrzegali. Szkoda, że tak mało się uczymy na cudzych błędach. Naiwnie myślimy, że jesteśmy inni i w naszym przypadku będzie inaczej. 

Gdybym tylko mogła cofnąć czas, to bym to zrobiła, bo śmiało mogę stwierdzić, że straciłam dziesięć lat ze swojego życia. Do dziś, każdego dnia niosę jarzmo konsekwencji. To walka, którą jak podejrzewam, będę toczyć już całe życie. Przestrzegam ludzi, bo chce im powiedzieć, że zamiast się męczyć — można po prostu wybrać wolność. Świat oferuje o wiele więcej niż zniszczenie, wystarczy sięgnąć głębiej. Warto o siebie zawalczyć i zadać sobie pytanie, w co inwestujemy każdego dnia i dokąd to nas doprowadzi.

– W momencie, kiedy będziemy oddawać ten wywiad do publikacji polskim środowiskiem hiphopowym wstrząsnęła kolejna tragedia – nie żyje raper Raca. Wcześniej życie odebrał sobie Tomasz Chada. Teraz, po śmierci Racy, Bambo The Smuggler napisał na swoim profilu FB „Zdjęcia na Instagramie wyglądają ładnie. Wszystko jest w jak najlepszym porządku, wszyscy są piękni, młodzi, bogaci. Prawda jest zupełnie inna – samotni, szukający wrażeń w twardych narkotykach i przygodnym seksie przedstawiciele naszego arcypięknego kraju tworzą etos człowieka Zorro — to znaczy człowieka, który pod maską ukrywa swoje najgorsze demony. Mam myśli samobójcze, większość artystów ma. Czasem jest lepiej, czasem gorzej. Nie bójcie się otwarcie powiedzieć o tym, co was trapi i co wam leży na sercu. Zróbcie to, zanim będzie zbyt późno…”. Czytając tego posta przyszła mi natychmiast na myśl twoja piosenka Szumi Bal Czym są maski w tym utworze? Z kim rozliczasz się, wytykając: „zakładacie maski na pyski”?

– W stu procentach zgadzam się z tym, co powiedział Bambo The Smuggler. Smutne jest to, że dobro jest odbierane jako słabość. Czasem nie chcemy być asertywni tylko dlatego, by się przypodobać lub coś udowodnić. Pozostaje pytanie: gdzie w tym wszystkim jesteśmy my? Sprzedajemy się za czyjeś opinie. Potrafimy dla kogoś zrobić tak wiele, a sami ze sobą żyjemy byle jak.

Wszystko, co budujemy, to opinie w oczach innych. Nie kochamy się, nie spędzamy ze sobą czasu, nie robimy tego, co kochamy i nie otaczamy się właściwymi ludźmi, bo boimy się samotności. Często spychamy się na drugi plan, a przecież… jesteś, żyjesz, pragniesz, marzysz, myślisz! Jak mówi Quczaj: „ukochoj się” – to klucz do twojego i mojego prywatnego szczęścia. Szumi Bal to prywatne sytuacje kierowane bezpośrednio do takich ludzi, do których mówię: bądźmy szczerzy, prawda boli, prawda wymaga, ale i uwalnia. Wciąż się uczę kochać bliźnich. Widzę ten cały paraliż emocji dookoła. Ciężko jest iść pod prąd. W Łap prawdy track cytuję: „Patrzę ludziom w oczy — otępiałe, niezrozumiałe. Potrafisz w nie spojrzeć czy szukasz aprobaty? Świat jest zniszczony — nie ujrzysz pochwały” Powrót do punktu wyjścia, to jest to moje „ja” które buduje osobiście z Panem Bogiem, pomimo opinii innych ludzi. Choć czasem i ja muszę przyjąć prawdę na klatę i dać sobie ją czasem powiedzieć. Najważniejsze to żyć w prawdzie przed samym sobą. Dość już masek. Miałam ich wystarczająco dużo w życiu. 


– Memoria” – jeden z moich ulubionych kawałków na płycie, to wspólny numer nagrany z czeskim raperem, który tworzy pod pseudonimem OneFrejm. Wspominasz, że od tego zaczęła się Twoja droga z rapem. Potem nagrałaś jeszcze duet z Arci Baroyan, ale oprócz tego dwa razy zdążyłaś być supportem TAU. Raz w grudniu i raz w styczniu, w Londynie przy okazji „Beats of Meci vol. 1”. Jak Ci udało doprowadzić do tych nagrań i występów? 

– Support przed Tau?! Wow! Ktoś, kto mnie zna dłużej, wie, ile ten raper dla mnie znaczy i jak ważne było dla mnie móc przed nim zagrać. To niesamowite, bo gdy jeszcze żyłam w nałogu, jego przemiana z Medium na Tau strzeliła we mnie jak piorun. Każda wydana płyta od Restauratora po Egzegezę — coś niesamowitego! Wielki szacunek, bo to mentor jakich mało w dzisiejszym świecie, szanuję całym sercem.Pierwszy support wygrałam w konkursie. Szczerze mówiąc na odczepnego, wzięłam udział z pewną świadomością, że i tak nie mam szans (śmiech). Nie mogłam uwierzyć, kiedy dostałam wiadomość od jego DJ-a. Bilet na samolot kupowałam z dnia na dzień.

Następny support zagrałam już w Londynie i zaproponował mi go sam Tau, zgłosiłam się do organizatorów w  tej sprawi, zaraz po tym suporcie w Warszawie i się udało. Niesamowite przeżycie. Nie ukrywam, że mam cichą nadzieję co do wytwórni Bozon Records. Jeśli chodzi o pozostałe „featy”, to co mogę powiedzieć? Arci – „megaotwarty” człowiek — polecam muzycznie! Dobre serduszko, zawsze mogę liczyć na jego wsparcie. Zgadaliśmy się, żeby razem coś nagrać. Ja miałam już zarys i poszło jak „z płatka”. A czeskiego rapera OneFrejm — Pacia miałam tuż za ścianą, bo wynajmowaliśmy obok siebie pokoje. To był totalny spontan! Pozdrawiam Pacio!

– Twoja muzyka kręci się wokół jednoznacznego przekazu. Można ją nazwać rapem chrześcijańskim, choć nie wszyscy lubią to określenie. Jak Ty określasz to, co robisz? 

– Cytuje rapera Anatoma: „Nie tworzę muzyki chrześcijańskiej. Jestem chrześcijaninem, który tworzy muzykę”. Podpisuję się pod tym – „jakie życie taki rap”.

– Mówisz „płyta powstawała wraz z moim wstawaniem z kolan” wspominasz, ile zawdzięczasz swojej mamie, która wsparła cię modlitwami. Płytą oddajesz trochę to, co dostałaś od innych, czyli wiarę, że podniesiesz się z kolan?

– Wiesz, to piękne, kiedy najbliżsi w ciebie wierzą. Taką osobą zawsze była moja mama. Ona się nie poddawała. Pamiętam, był okres, kiedy „poleciałam” strasznie i zaczęłam brać dożylnie. Odcięłam się zupełnie i nie miałam z nią kontaktu, pomimo jej zabiegów. Ona miewała sny, jak leżę i umieram, ale „wymodliła” mnie. Gdyby nie jej modlitwy i innych, to podejrzewam, że by mnie tutaj nie było. Modlitwa ma moc. Dzisiaj to ja chcę być wsparciem dla każdego, kto być może nie ma takiego szczęścia jak ja, gdzie „człowiek człowiekowi człowiekiem” jak pisał Borszewic. Patrzę z perspektywy życia, bo dopóki żyjesz — nigdy nie trać nadziei. Śmieję się czasem, że moje własne piosenki dodają mi otuchy w gorszych dniach, lubię do nich wracać. Chciałabym, żeby Ludzie, odsłuchując tej płyty, znaleźli żywe świadectwo kogoś, kto zaufał Bogu i się nie zawiódł. Nasz progres wymaga wysiłku, a nie życia wydarzeniami. Wszystkiego dobrego życzę.

– Dzięki za wywiad. Wszystkiego dobrego.

Anna Piątkowska: Urodziłam się w ojczyźnie kierpców i oscypka, w stolicy Podhala słynącego z hokeja, w czasach, kiedy pod ladą można było dobić najlepszy deal. Moja młodość i dzieciństwo upłynęły mi dość błogo wśród łąk, pagórków i gór w pięknych Maniowach. Kiedy po pewnym czasie zmęczyło mnie ciągłe wchodzenie pod górę, postanowiłam troszkę pojeździć po świecie w poszukiwaniu czegoś bardziej przyziemnego. Po rocznej emigracji w UK wybór padł na piękny Wrocław, gdzie studiowałam resocjalizację. Zupełnie nieoczekiwanie, na trzecim roku studiów poznałam mojego przyszłego męża Tomasza, który stał się partnerem idealnym, gdyż swoim wzrostem zawsze rekompensował mi tęsknotę do rodzinnych stron. Mąż mój, miłośnik muzyki, w owym czasie słynny był z tego, że od kilku już lat edukował swoich sąsiadów z twórczości takich zespołów jak Vader, Slayer, Decapitaed oraz Cannibal Corpse. Od 2010 roku jednak zrezygnowany kompletnie porzucił tę działalność, przerzucając swoje wysiłki edukacyjne na dziewczynę pracującą w jednym z pobliskich zakonów jako wychowawca, a ponieważ muzyka i miłość łagodzi obyczaje, mąż mój zakochał się tym razem w heavy metalu! W 2013 roku emigrowaliśmy do UK, gdzie ja od niedawna staram się być wsparciem i tarczą dla dobrze zapowiadającego się według niektórych [to o mnie! – przyp.red] i stawiającego swe pierwsze kroki w dziennikarstwie Tomasza Piątkowskiego. Jeśli chodzi o moje powiązania z muzyką, to poruszam się głównie w obszarze odbiorców i jedynym, niezawinionym przeze mnie sukcesem związanym z tą dziedziną jest ta sama data urodzenia co niezwykle utalentowanej Amy Winehouse. Jeśli chodzi o gust muzyczny, to zupełnie nieprzypadkowy jest tutaj fakt łączących mnie bliskich relacji z fanem heavy metalu. Mnie również bardziej odpowiadają cięższe brzmienia. Ja jednak, w odróżnieniu od męża, nigdy nie byłam fanem czy fanatykiem jakiegoś bandu czy rodzaju muzyki. Jest kilka, ze szczególnym uwzględnieniem Luxtorpedy, którą lubię szczególniej, bo łączy w sobie to co najlepsze czyli dobre, mocne brzmienie i rewelacyjne teksty, które wydają się być wprost dostrojone do mojego myślenia o świecie, a do tej pory żadna z ich płyt mnie nie rozczarowała. Teksty Hansa lubiłam jeszcze z 52Dębiec i innych jego projektów, a kiedy usłyszałam go w 2010 roku w Luxtorpedzie wiedziałam, że ta kapela stanie się moją ulubioną. Nie pomyliłam się, bo połączono tutaj elementy rocka i hip hopu, czyli to, co lubię najbardziej. Bardzo żałuję, że do tej pory nie udało mi się ich usłyszeć na żywo. Mam jednak nadzieję, że Litza szczęśliwie pozbiera się zdrowotnie i zawita w nasze skromne emigracyjne progi. Mówiąc o moich gustach muzycznych mogę nie wspomnieć o Polisz Czarcie, który wprost zalewa różnorodnością gatunkową [Polisz Czart niniejszym dziękuje – przyp. red]. Mamy tu wszystko, od punka po poezję śpiewaną przez hip hop i legendy polskiego rocka jak Kult czy Hey. Metasoma jest jednym z zespołów, które można usłyszeć na Polisz Czart i ten band w Just breathe od razu trafił w mój gust. Tylko kwestia czasu, kiedy zrobi się głośno o tym zespole. Świetnie się zapowiadają. Jestem bardzo ciekawa ich nowej płyty. Życzę im sukcesów. Gdyby nie Polisz Czart nie miałabym szansy o nich usłyszeć. Gdzież indziej jeśli nie tutaj słuchacz, tak spragniony nowych twórców i twórca tak spragniony słuchaczy mogą się w końcu szczęśliwie spotkać? :

Autor bloga Muzyczna Podróż jest pod mega wrażeniem powyższej rozmowy obu znakomitych Pań i wyraża podziw dla odwagi i bezkompromisowości tej młodej Artystki w budowaniu tekstowego przekazu swoich jakże osobistych utworów oraz gratuluje tak rzadko spotykanej dziś dojrzałości w niełatwym w tym gatunku muzycznym procesie słowotwórczym. Debuś jesteś wielka! 
Posted by Sławek Orwat 

Podziel się:

Awanse generalskie w
hrabiaEryk: Cenzura
EnglishIrishPolishRussianSpanish
EnglishIrishPolishRussianSpanish
RSS
Facebook
Facebook
LinkedIn