Próby tchnięcia życia w unijne rynki kapitałowe trwają od ponad dekady, jednak najnowsza ofensywa legislacyjna, której twarzą staje się sprawująca rotacyjną prezydencję Irlandia, budzi poważne pytania o granice integracji europejskiej.
Wicepremier i minister finansów Republiki Irlandii Simon Harris wystosował list do swoich unijnych odpowiedników, wzywając do „wyjścia poza ustalone stanowiska” i wypracowania kompromisu w sprawie centralizacji nadzoru nad rynkiem finansowym. Pod płaszczykiem dążenia do mitycznej konkurencyjności kryje się jednak projekt głęboko uderzający w suwerenność państw członkowskich – próba stworzenia finansowego „Komitetu Centralnego”, który zredukuje narodowe organy nadzorcze do roli wykonawców woli unijnej biurokracji.
Pozorny konsensus i realne obawy
Oficjalny dyskurs Brukseli maluje wizję wielkiego sukcesu, gdzie zjednoczona Europa rzuca wyzwanie londyńskiemu City i nowojorskiej Wall Street. Aby to osiągnąć, Komisja Europejska sugerowała już wcześniej stworzenie tzw. unii oszczędnościowo-inwestycyjnej, której filarem ma być odebranie kluczowych kompetencji kontrolnych krajowym regulatorom – takim jak Centralny Bank Irlandii czy polska Komisja Nadzoru Finansowego – i przekazanie ich paryskiemu Europejskiemu Urzędowi Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych (ESMA). Nadzór nad największymi funduszami inwestycyjnymi, dostawcami kryptowalut oraz giełdami miałby być wówczas scentralizowany.
Wicepremier Harris deklaruje pełne zaangażowanie w domknięcie tego porozumienia do końca roku. Co uderzające, jeszcze przed objęciem prezydencji zarówno on, jak i premier Micheál Martin wyrażali poważne wątpliwości wobec tych planów. Dziś, a prawdopodobnie pod presją unijnego establishmentu, Dublin wchodzi w rolę rzecznika interesów najsilniejszych graczy, ignorując głos mniejszych państw Wspólnoty.
Opór wobec tej reformy nie jest bowiem marginalny. Koalicja państw takich jak Malta, Luksemburg, Belgia, Szwecja, Węgry, Estonia, Litwa i Czechy otwarcie protestuje przeciwko pozbawianiu krajowych regulatorów ich prerogatyw. Naprzeciw nich stoi nieformalny blok największych unijnych gospodarek – Niemiec, Francji, Włoch, Polski, Holandii i Hiszpanii, który już na początku roku poparł projekt dyrektywy. Ten podział jasno pokazuje, że mamy do czynienia z kolejnym etapem koncertu mocarstw, w którym interesy mniejszych, często bardziej elastycznych rynków finansowych, są składane na ołtarzu centralnie sterowanych procesów w komunizującej Unii Europejskiej.
Iluzja brukselskiej skuteczności
U podstaw propozycji leży przekonanie, że biurokratyczna centralizacja automatycznie przełoży się na sukces rynkowy. To niebezpieczna ułuda. Od 2015 roku, kiedy to zainicjowano projekt Unii Rynków Kapitałowych (CMU), Bruksela testuje kolejne mechanizmy ujednolicania przepisów – od prawa upadłościowego po paneuropejskie fundusze emerytalne. Jednak większość z tych inicjatyw ugrzęzła w martwym punkcie lub zakończyła się fiaskiem.
Powód niepowodzeń jest prozaiczny i rynki finansowe nie rozwijają się dzięki dekretom urzędników, lecz dzięki elastyczności, stabilności oraz dopasowaniu regulacji do lokalnej specyfiki. Przeniesienie nadzoru do Paryża doprowadzi z kolei do oderwania organu kontrolnego od realiów poszczególnych rynków narodowych. Lokalne instytucje nadzorcze, posiadające unikalną wiedzę o specyfice swoich gospodarek, zostaną więc zmarginalizowane, a nawet sprowadzone do roli bezwolnych wykonawców poleceń. W ich miejsce powstanie scentralizowany, niewydolny kolos, podatny na lobbing najsilniejszych korporacji finansowych i oderwany od potrzeb małych oraz średnich przedsiębiorstw, które stanowią kręgosłup europejskiej gospodarki.
Może się też wydawać, że to kolejny krok w marszu, ku zniszczeniu małego biznesu i wprowadzenie na pełną skalę korupcjogennej wszechwładzy korporacji.
Marginalizacja państw członkowskich
Propozycja, by to unijny organ w Paryżu sprawował bezpośredni nadzór nad kluczowymi segmentami rynku finansowego, to de facto pozbawienie państw członkowskich suwerenności w jednym z najbardziej wrażliwych obszarów gospodarki. Kontrola nad przepływem kapitału, rynkiem kryptowalut czy giełdami to nie tylko kwestia techniczna, bo bardziej instrument prowadzenia suwerennej polityki gospodarczej i zapewniania bezpieczeństwa finansowego obywateli.
Oddanie tej władzy w ręce unijnego centrum pozbawia kraje członkowskie możliwości szybkiego reagowania na kryzysy i dostosowywania narzędzi regulacyjnych do własnych potrzeb rozwojowych. Zamiast partnerskiej współpracy niezależnych regulatorów, proponuje się nam hierarchiczny model, w którym decyzje o strategicznym znaczeniu dla Warszawy, Dublina czy Pragi będą zapadały w paryskich gabinetach.
*
Działający na rzecz chylącej się ku upadkowi decyzyjnemu Unii Europejskiej wicepremier Simon Harris określił tę reformę jako „jeden z najważniejszych aktów prawnych dotyczących jednolitego rynku” ostatnich lat. Trudno się z tym nie zgodzić, jednak z zupełnie innych powodów, niż wskazuje irlandzki polityk. Jest to projekt przełomowy, ponieważ sankcjonuje dalszy demontaż podmiotowości państw narodowych w Europie.
Zamiast budować konkurencyjność poprzez deregulację, obniżanie podatków i wspieranie innowacyjności, Unia Europejska po raz kolejny sięga po sprawdzony, choć nieskuteczny oręż, czyli centralizację i mnożenie urzędów. Próba stworzenia unijnego nadzoru nad rynkiem kapitałowym to krok w stronę federacji sterowanej odgórnie, w której rola państw członkowskich zostaje sprowadzona do administratorów decyzji podejmowanych w unijnym centrum. To droga, która zamiast wzmocnić Europę na arenie globalnej, może doprowadzić do jej dalszego gospodarczego i decyzyjnego paraliżu.
Bogdan Feręc
Źr. Independent

