Dyskusja wokół kształtu demokratycznych instytucji w Irlandii zyskała nowy, głęboko niepokojący wymiar. Postulaty płynące z ust przedstawicieli władz lokalnych, w tym nowo wybranego burmistrza Fingal Tony’ego Murphy’ego, zmierzają ku fundamentalnej dekonstrukcji tradycyjnego pojmowania praw obywatelskich.
Propozycja przyznania czynnego prawa wyborczego w wyborach powszechnych cudzoziemcom na podstawie samego faktu kilkuletniej rezydentury to nie tylko prosta droga do rozmycia suwerenności politycznej państwa. To przede wszystkim otwarcie niebezpiecznej furtki publicystycznej, która wzorem skrajnych rozwiązań znanych z południa Europy – takich jak hiszpańskie programy masowej legalizacji osób przebywających w kraju nielegalnie – może wkrótce zdemolować i tak nadwątlony system migracyjny oraz prawny kraju.
Obecny model ordynacji wyborczej w Irlandii w sposób klarowny i logiczny rozdziela uprawnienia. W wyborach lokalnych udział mogą brać wszyscy stali mieszkańcy, niezależnie od miejsca wydania paszportu, co pozwala im współdecydować o sprawach dzielnicy czy hrabstwa. Jednak parlament, jako organ stanowiący o strategicznych kierunkach państwa, obronności, podatkach i polityce międzynarodowej, jest wyłączną domeną obywateli Republiki Irlandii. Tę fundamentalną zasadę próbuje się dziś podważyć pod pretekstem fałszywie pojmowanej inkluzywności.
Forsowanie tak radykalnych zmian przez lokalnych polityków, jawi się jako przejaw skrajnego pragmatyzmu wyborczego, ubranego w piórka troski o dobro wspólne. Reprezentujący Balbriggan Tony Murphy – polityk Fine Gael o wyraźnie socjalizująco-lewicującym zacięciu, który w ławach samorządowych zasiada od 2014 roku – argumentuje potrzebę reformy faktem, że rzekomo całe społeczności pozostają bez reprezentacji na najwyższym szczeblu. W jego wypowiedziach uderza jednak osobista frustracja trzykrotnego, bezskutecznego kandydata w wyborach powszechnych, który winą za własne porażki z lat 2016, 2020 i 2024 obarcza… strukturę demograficzną elektoratu.
„Wspieram wszystkie społeczności, ale w wyborach powszechnych, jeśli nie jesteś Irlandczykiem, nie możesz głosować” – żalił się Murphy, wskazując na rzekome upośledzenie polityczne regionu. „Nie zostałem wybrany, bo ludzie, których popieram, nie mogli na mnie głosować. Jeśli ktoś wnosi wkład w nasze społeczeństwo, faktycznie pracuje i jest tu od kilku lat, powiedzmy pięciu lub siedmiu, to uważam, że powinien mieć możliwość wpływania na przestrzeń polityczną, aby wspierać to, w co wierzy”.
Tego rodzaju retoryka całkowicie ignoruje jednak istotę instytucji obywatelstwa, które nie jest towarem wymiennym za płacenie podatków przez okres pięciu czy dziesięciu lat – to trwały, formalny i ideowy węzeł łączący jednostkę z państwem, wymagający pełnej asymilacji, znajomości realiów historyczno-prawnych oraz przyjęcia na siebie pełnej odpowiedzialności za losy narodu. Sprowadzenie go do czysto ekonomicznego „wnoszenia wkładu” dewaluuje status rodowitych mieszkańców oraz tych migrantów, którzy przeszli pełną, legalną i wymagającą procedurę naturalizacji, by stać się pełnoprawnymi Irlandczykami bez konieczności zachowywania wyłącznie obcego obywatelstwa dla własnej wygody.
Największe zagrożenie tkwi jednak w konsekwencjach ideologicznych, jakie niesie za sobą kapitulacja przed tego typu postulatami. Ustępstwo w sferze praw wyborczych dla stałych rezydentów natychmiast przesunie granicę dyskursu publicznego. Skoro kryterium obywatelstwa przestanie być barierą chroniącą suwerenność parlamentu, kolejnym krokiem progresywnych środowisk będzie zakwestionowanie legalności samego pobytu jako warunku sine qua non funkcjonowania w społeczeństwie. Przykłady z innych europejskich podwórek, choćby z Hiszpanii, pokazują, jak łatwo lewicujące gabinety przechodzą od haseł integracji do masowego, bezwarunkowego sankcjonowania bezprawia poprzez legalizację setek tysięcy nielegalnych imigrantów. W irlandzkich warunkach, gdzie system azylowy i graniczny boryka się z gigantyczną presją, implementacja zbliżonych pomysłów doprowadziłaby do całkowitej anarchii i załamania usług publicznych. A to właśnie te usługi i infrastruktura – z mieszkalnictwem na czele – stanowią dziś największą bolączkę kraju.
Sam burmistrz Murphy paradoksalnie przyznaje, że kryzys mieszkaniowy ma destrukcyjny wpływ na tkankę społeczną, prowadząc do masowej emigracji młodego pokolenia. „Są rodziny, które wychowują swoje dzieci, zapewniają im wykształcenie pozwalają pójść na studia, robią wszystko jak należy, a kiedy kończą, jedyną rzeczą, jaką mają, jest bilet lotniczy do Australii” – zauważył samorządowiec. „Tracimy nasze dzieci na rzecz innych krajów, tracimy nasze talenty”.
W obliczu tak dramatycznego drenażu własnego kapitału społecznego i głębokiej niewydolności państwa w zabezpieczeniu podstawowych potrzeb bytowych swoich rodowitych obywateli, priorytetem rządu powinna być bezwzględna ochrona stabilności wewnętrznej. Szerokie otwieranie drzwi do procesów decyzyjnych osobom bez trwałej więzi państwowej z Irlandią, to prosta recepta na pogłębienie chaosu.
*
Kończąc, jako rezydent bez obywatelstwa Republiki Irlandii mogę dodać, że rozmywanie pojęcia obywatelstwa i uleganie populistycznym, lewicującym trendom na rzecz doraźnych korzyści wyborczych samorządowców, którzy przyznają, że w kontekście kolejnego startu do parlamentu „nigdy nie mówią nigdy”, stanowi realne niebezpieczeństwo dla suwerenności Republiki. Irlandia nie może stać się poletkiem do testowania radykalnych i destrukcyjnych inżynierii społecznych.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Fot. Fingal County Council

