Słowotwórstwo „wysokich” lotów

Tę kwestię należy wyjaśnić raz na zawsze i nigdy już do niej wracać, bo zapamiętać będzie łatwo, chociaż będzie to obowiązywać raczej przez krótki okres.

Mówi się, że taki zwrot, mógł wymyślić tylko dyletant lub laik w sprawach językowych, a posłużył się zwykłą analogią, nie zaglądając nawet do żadnego słownika. Termin „urlop tacierzyński” zaczął krążyć w społecznościach polskojęzycznych, a wszędzie tam, gdzie wprowadzono płatny urlop, jaki może wykorzystać ojciec podczas opieki nad nowonarodzonym dzieckiem. W zależności od kraju zamieszkania może być to część niewykorzystanego urlopu macierzyńskiego matki, ale zdarza się też tak, że jest to urlop niezależny od urlopu macierzyńskiego.

Wracając jednak do sedna problemu, a ten w Irlandii wśród Polonii jest wręcz na porządku dziennym, powiedzieć należy, iż to dziwadło językowe, zakorzeniło się głęboko.

Otóż twórca nazwy „urlop tacierzyński” poszedł wyjątkowo skrótową drogą, bo w paralelny sposób przełożył matkę z jej urlopem macierzyńskim, na tatę z urlopem tacierzyńskim. Zacząć należy od tego, że nie funkcjonuje w naszej frazeologii termin, który mówi o tacierzyństwie, a tam jasno przedstawia się to zagadnienie, jako ojcostwo.

Tym samym, skoro matka, może wykorzystać urlop macierzyński, to tata, w nazewnictwie oficjalnym oraz urzędowym ojciec, daje nam urlop ojcowski.

Samo stwierdzenie „urlop tacierzyński” często słyszy się z ust irlandzkiej Polonii, co może niektóre osoby prowadzić do jeszcze głębszego skrętu trąbki Eustachiusza, gdyby akurat znali pewne zasady obowiązujące w języku ojczystym. Tu jednak przypomnieć trzeba, że pójście po linii najmniejszego oporu, nie zaś po „najmniejszej linii oporu”, bo i taki zwrot jest używany, dało nam słowny wygibas, który zakorzenił się w mowie potocznej. Podkreślić też trzeba, że winę za to ponoszą dziennikarze, bo to ci, w pierwszych chwilach po pojawieniu się urlopów ojcowskich, zaczęli pisać i mówić „urlop tacierzyński”. Później dopiero przyszło opamiętanie i już niewiele osób w mediach, używa takiej zbitki słownej.

Co ciekawe, pisząc ten felieton, nawet edytor tekstu albo sam wskazuje na niezręczność językową i zmienia pierwszą literę, czyli „t” na „m”, bo nie zna słowa „tacierzyństwo”, albo podkreśla wyraz na czerwono.

Tak dochodzimy do specjalistów i słowo „tacierzyństwo”, nie jest już niestety uznawane za błąd językowy, a wśród językoznawców, krąży opinia, iż jest to neologizm i co ciekawe, słowo to, może wkrótce trafić do słowników, chociaż niektórych razić będzie przez kolejne lata.

Lepiej jednak słucha się opowiadań młodych ojców o ojcostwie, niż ich tacierzyństwie, a tę kwestię już wkrótce omówię z człowiekiem, który na słowie się zna, twierdzi nawet, że w tym kierunku został wykształcony, więc redaktorem Tomaszem Wybranowskim, a to z nim właśnie przemierzać będę ulice Dublina. Stanie się tak w rocznicę spotkania ze swoją późniejszą żoną Jamesa Joyce’a, co miało miejsce 16 czerwca 1904 roku. Nora Barnacle, kochanka i małżonka Joyce’a pochodziła z Galway, co również w tym mieście jest podkreślane i wiele elementów historycznych oraz kulturowych, odnosi się w stolicy zachodniego wybrzeża do małżeństwa Joyce’ów. James Joyce, autor licznych wybitnych dzieł literackich, napisał m.in. Ulissesa, przez którego nigdy do końca nie przebrnąłem, a próbowałem już trzy razy.

Jak by jednak na to nie patrzeć, już w przyszłym tygodniu ponownie nadarzy się taka okazja, czyli kolejny raz, zabrać się do czytania Ulissesa, natomiast postać pisarza, przybliży na antenie Radia Wnet Tomasz Wybranowski, fascynat tegoż autora, bo Bloomsday, zbliża się wielkimi krokami.

Bogdan Feręc

Polska-IE: Udostępnij
COVID-19 third wave
Rząd zaniepokojony
EnglishIrishPolishRussian
EnglishIrishPolishRussian