Sławek Orwat: Katedra – Człowiek za dużo myślący (Polska 2018)

“Wiedza jest niebezpiecznym doradcą, kiedy wszystko wymyka się spod kontroli” – słyszymy w tekście nieśmiertelnego “Epitaph” grupy King Crimson z krążka In the Court of the Crimson King. Dlaczego przywołuję właśnie to legendarne wydawnictwo w pierwszym zdaniu recenzji drugiej płyty wrocławskiej grupy Katedra zatytułowanej Człowiek za dużo myślący? Po pierwsze… wystarczy spojrzeć na jej okładkę, po drugie posłuchać utworu nr 7, a po trzecie… Zacznijmy jednak od początku, a na początku było… Słowo, które niczym wisząca w pierwszym akcie sztuki na ścianie strzelba, wypali – jak zwykle – w najmniej oczekiwanej chwili. Okładka albumu koncepcyjnego – a takim krążkiem niewątpliwie jest Człowiek za dużo myślący – prawie zawsze jest pełna odniesień i symboli nawiązujących do tekstowej warstwy takiego wydawnictwa. Okładka drugiego longplaya Katedry zawiera dwie wyraziste aluzje, które każdy wielbiciel muzyki progresywnej oraz słuchacz pierwszej płyty młodych muzyków z Wrocławia powinien zauważyć już na pierwszy rzut oka. Dół to wspomniana już aluzja do karmazynowego albumu pionierów muzyki progresywnej rodem z Wielkiej Brytanii, góra natomiast to – jak dla mnie – wyraźny sygnał, że tym razem te wszystkie kolorowe kwiaty z tytułowych łąk debiutanckiego krążka Katedry zastąpione zostaną cierniami, wywołującymi ból malujący się na twarzy mężczyzny z dolnej części tej sugestywnej grafiki.
Maciek “Jim” Stępień (fot. Łukasz Daczewski)

Pierwszy utwór ukryty na płycie pod numerem 2 zatytułowany “Dziewczyna z obrazka” powstał w głowie basisty zespołu Maćka Stępnia zwanego Jimem dziesięć lat temu, kiedy był on jeszcze uczniem drugiej klasy licealnej. Każdy maturzysta, nawet taki, który przeżył ten egzamin – jak piszący te słowa – 35 lat temu, doskonale pamięta, że druga klasa licealna to pozostawiające trwały ślad na duszy wrażliwego człowieka poznawanie literatury doby romantyzmu pełnej demonów, szaleńczych miłosnych porywów, związanych z nimi samobójstw i zmartwychwstań, a w polskiej odmianie pełnej patriotyzmu i cierpień za miliony, a nawet symboli proroczych jak choćby tajemnicze imię wskrzesiciela narodu “Czterdzieści i Cztery”, które dla sporej grupy analityków jest niczym innym jak przepowiednią Powstania Warszawskiego i związaną z nim martyrologią niezliczonych zastępów młodych bohaterów. Urocza sekcja smyczkowa, czyli Zuzanna Siepietowska – wiolonczela i Agnieszka Rusiecka – skrzypce oraz ekspresyjnie wyśpiewany wyrzut: “Przestań śmiać się z miłości, oszukana zostałaś, mówisz: miłość ze śniegiem przeminie, że nie warto odkrywać siebie.” ubrane w grechutowską stylistykę rodem z Korowodu spowodowały u mnie ogromną chęć poznania dalszych losów niepoprawnego romantyka, któremu na początku drogi zabrakło odwagi, aby spojrzeć w owe tajemnicze oczy, w których skrył się ten magiczny błysk – mistyczne źródło jego natchnienia. Czy są to owe ukwiecone oczy z okładki albumu?

Bardzo breakoutowski, acz niezwykle nowocześnie zagrany i ze smakiem ozdobiony saksofonem Igora Pietraszewskiego “Ptak” z wykrzyczanym przesłaniem: “Jak pusta może być pustka, ten tylko się dowie, kto miłości pragnąc zdobyć jej nie może” to jedynie znakomicie przemyślane i podkreślające koncepcyjność tego wydawnictwa preludium przed zapierającym dech w piersiach najbardziej poruszającym “Listem” w historii polskiego rocka już od pierwszych słów nawiązującym do jednej z najważniejszych postaci literackiej doby Romantyzmu.

Fryderyk Nguyen (fot. Ania Michowska)

Wszak „Cierpienia młodego Wertera” to powieść epistolarna, a jej tytułowy i nieszczęśliwie zakochany w Lotcie bohater nie tylko zbyt łatwo ulegał wzruszeniom, ale przede wszystkim czuł się odrzucony, choć tak naprawdę podobnie jak szekspirowski Hamlet czy Pink z “The Wall” Floydów sam z własnego wyboru odizolował się od otoczenia. “Niełatwo żyć tak daleko, z każdą godziną pamiętać cię mniej, wiecznie śpiewać smutną pieśń i już nigdy nie skończyć jej”. Te przeszywające do szpiku kości słowa nie tylko opisują stan duszy romantycznych bohaterów, lecz doskonale znane są też każdemu, kto odważył się pokochać kogoś, z kim z rozmaitych powodów nie mógł potem dzielić codzienności. Jak często taki stan niemocy, czy też używając innej terminologii stan wewnętrznej emigracji prowadzić może do obłędu, a nawet do samobójstwa? “Teraz wiem, że tylko miłość czyni człowieka potrzebnym, dlaczego więc ten dar boży krynicą niedoli staje się?” – to retoryczne pytanie ozdobione uzależniającą progresywną muzyką osadzoną w stylistyce najpiękniejszych rockowych suit Niemena, King Crimson czy SBB to istota i zarazem motto tej – nie boję się użyć tego określenia – jednej z najważniejszych polskich płyt wszech czasów, zawierającej przeraźliwe błaganie: “Przestań już grać tę melodię na zatracenie moje, nie przywołuj chwil straconych, po których nawet modlić się nie mogę! Nie umiem tak żyć, nie umiem umierać, jak Armar rzucał się w morze. Płynę niesiony przez fale, a za rękę prowadzi mnie Pan.” Wszak już antyczny Seneka głosił, że tylko “dwie rzeczy dają duszy największą siłę: wierność prawdzie i wiara w siebie”.

A czyż właśnie wierność prawdzie nie jest sednem tożsamości każdego artysty? “Evviva l’arte” Przerwy-Tetmajera niczym manifest określający gradację wartości, jest przecież czymś na wzór katechizmu każdego artysty, a jego młodopolski neoromantyzm wyśpiewany na krążku Katedry ustami Jima i przyprawiony doskonałą trąbką Wojtka Lizureja jest w moim przekonaniu w stanie zdobyć serce nawet najbardziej zatwardziałych zwolenników “szkiełka i oka”, bo… “chociaż życie nasze nic niewarte: evviva l’arte! Dumna poezjo już zapomniałaś o dzieciach swych wyklętych w dziurawych butach i mokrych paltach, kapeluszach, bo ty wolisz pamiętać o Apollina synach – ulubieńcach bogów grających na Olimpu wzgórzach…” – słyszymy w pierwszych słowach mojego najbardziej osobistego fragmentu tej płyty. Dlaczego akurat tego? Ponieważ miałem nieopisane szczęście podczas jednej z prób Katedry być naocznym świadkiem jego powstawania. Doskonale pamiętam moment, kiedy Maciek przerywając proces twórczy powiedział nagle do mikrofonu patrząc mi w oczy: “dedykuję go tobie”. Dlaczego mi? Czy dlatego, że “my ostatni romantycy kochać będziemy róże i nigdy nie pojmiemy świata…”.

Paweł Drygas

Pewnie jest w tym szczypta prawdy, bo rzeczywiście z coraz większym trudem pojmuję działania tych, którzy zarządzają naszym globem, ale tak naprawdę sedno tej dedykacji niechaj na zawsze pozostanie moją słodką tajemnicą. Świetnie brzmiąca waltornia Juliusza Tkacza prowadząca rewelacyjny dialog z klawiszami Michała Zasłony, tekstowe nawiązania Maćka do In the Court of the Crimson King przerywane diabolicznym śmiechem, którego personaliów niestety nie rozpoznałem, drapieżna, przesterowana gitara Fryderyka Nguyena i trzymająca władzę fenomenalna sekcja rytmiczna, czyli Paweł Drygas i Maciek “Jim” Stępień sprawiły, iż od kilku dni zarzynam “Ostatnich romantyków” tak bezlitośnie, że gdyby był to duży, czarny krążek winylowy, trzeszczałby już zapewne niczym stare, patefonowe płyty znalezione przed laty na strychu dziadka. “Jam jest Polak, wiem skąd pochodzę, ostatni polski romantyk, oto jest mój hołd, mój hołd dla bohaterów!” – tym patosem Jim zamyka to blisko 10-minutowe dzieło podkreślając tym samym fakt, że polski romantyzm bez martyrologii i zastępów Kordianów nie tylko prawdopodobnie nigdy by nie powstał, ale przede wszystkim, że bez szalonego i z takim trudem rozumianego na Świecie polskiego ducha, nie przetrwalibyśmy ani 123 lat zaborów, ani 6 lat sowiecko-hitlerowskiej okupacji, ani ponad 40 lat komunistycznego totalitaryzmu.

In the Court of the Crimson King

To, co odróżnia drugi album Katedry od nieustannie przewijającego się w tej recenzji legendarnego krążka King Crimson, do którego nawiązanie dolnej części okładki jest niezwykle czytelne, to przekaz. O ile In the Court of the Crimson Kingto swoisty nagrobek wystawiony nadziei, o tyle Człowiek za dużo myślącypomimo swojej nieustannej wewnętrznej walki i wielu zwątpień, dzięki pielęgnowanej od pokoleń wierze nieoczekiwanie podsuwa nam niezwykle mocne przesłanie: “Nie skończę się, sztukę gna czas. Nie skończę się, słowo wciąż trwa, a gdy zamilknę, usłyszysz dzieła wrzask: Gdzie jest mój Pan?!”. I w tym właśnie momencie pojawia się zapowiedziany przeze mnie we wstępie strzał symbolicznej strzelby, którego istotę dobrze znamy z nieśmiertelnych kart Biblii: “Na początku było Słowo, a wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła”. Bo przecież skoro “Słowo wciąż trwa”, jak twierdzi Człowiek za dużo myślący, to jego wewnętrzne przekonanie: “nie skończę się”, jest tylko logiczną konsekwencją takiej postawy.

“Kiedy zgasło serce” to niewątpliwie najbardziej radiowy utwór tej płyty, a jednocześnie tekstowo bardzo nawiązujący do poprzedzającego go “Nie skończę się”. “Ale wierzę mimo to, kiedyś przyjdzie taki czas, drugi człowiek poda dłoń, zapłoną świece, których płomień zgasł”. Te słowa to już jednak nie tylko kontynuacja apoteozy wiary i nadziei, ale jednoznaczna negacja nihilizmu i zatracenia, który często dominował w przekazie wielu znaczących progresywnych albumów końca lat 60-tych i początku 70-tych ubiegłego stulecia.

Podczas kiedy w “Epitaph” słyszymy: “Gdy każdy z nas jest rozdarty przez nocne koszmary i sny, nikt nie założy laurowego wieńca, gdy cisza zagłusza krzyk”, w “Kiedy zgasło serce” pomimo zalatujących pesymizmem słów: “Czy słyszysz smutny głos sprzedanych marzeń za mniejsze zło? Swoje myśli do szuflady włóż nim zgaśnie marzenie”, docieramy do samego sedna tej niezwykłej w swej formie i treści płyty “Już nie myślę, wiem, raj to miejsce obok mnie. Ile serca innym damy, tyle nieba w nas.”

Jaki tak naprawdę jest ten katedralny Człowiek za dużo myślący? Z początku podobnie jak prawie każdy znany z kart literatury bohater romantyczny – bardzo osamotniony i zagubiony, pełen rozterek i dylematów, niezdecydowany, świadomy swoich słabości i niepohamowanych emocji, które niebezpiecznie pobudzają jego wybujałą wyobraźnię. Są jednak i takie chwile, kiedy kompletnie mnie zaskakuje swoją zdrową przyziemnością i szczerym pragmatyzmem: “Ja artysta wielki światu niepoznany chciałem sławy i szmalu też piosenki moje chociaż w radiu nie puszczane śpiewam sam, śpiewam je wam. Usłysz mój głos!” – słyszymy nagle i niespodziewanie w jakże ważnym utworze “Nie skończę się”  traktującym wszak przede wszystkim o sile Słowa, które wciąż trwa po to, abyśmy w ostatniej odsłonie zatytułowanej “Zwyciężymy” najzwyczajniej w świecie mogli odkręcić symboliczną butelkę i uczcić wraz z chłopakami ich niekwestionowane zwycięstwo.

Michał Zasłona  (fot. Łukasz Daczewski)

Przedziwny numer “Zwyciężymy” niczym black sabbath’owski “Fluff” sączy się leniwie przy dźwiękach gitary akustycznej na koniec tego znakomitego wydawnictwa, aż tu nagle… “To był zespół Katedra. Trzymam kciuki i wszystkiego dobrego”  kończy to koncepcyjne dzieło własnym głosem wiecznie młody… Piotr Kaczkowski. A mi pozostaje się tylko do słów pana Piotra przyłączyć i dodać od siebie na tym swoistym backstage’u, że szmalu Wam Szanowni Artyści obiecać nie mogę, gdyż gdybym to uczynił, moglibyście kiedyś w słodkiej zemście znów mi coś romantycznego zadedykować. Jedno jednak obiecać Wam mogę: Wasze piosenki będą puszczane w radiu, żebyście nie musieli potem tworzyć takich protest songów, jak ci panowie:

Podziel się z innymi:
Rutkowski czyści sw
Debata historyków p

Translate »