To nie jest drobna nieścisłość, to nie jest różnica interpretacji, bo jest klasyczne: mówiono jedno, a podpisuje się drugie. Gdy kurz opada, okazuje się, że król, w tym wypadku Komisja Europejska i jej przewodnicząca stoją na środku pola bez spodni i udaja, że tak miało być od początku.
Dzisiaj w Paragwaju Ursula von der Leyen ma podpisać umowę handlową UE–Mercosur. Umowę, o której europejskim rolnikom, konsumentom i politykom przez lata wmawiano, że zawiera „twarde zabezpieczenia”, „klauzule ochronne” i „mechanizmy bezpieczeństwa”, a miały chronić europejskie rolnictwo przed zalewem taniej żywności z Ameryki Południowej. Miały być tarczą. Miały być polisą.
Problem w tym, że… ich tam nie ma!
Nie jest to opinia eurosceptyków ani tzw. radykałów z prowincji, bo to oficjalne stanowisko drugiej strony umowy. Minister spraw zagranicznych Paragwaju Rubén Ramírez Lezcano obecny przewodniczący Mercosur powiedział wprost, że rzekome unijne zabezpieczenia nie są częścią umowy, która ma zostać podpisana 17 stycznia. Koniec cytatu. Kropka.
Skąd ta przepaść między narracją Brukseli a rzeczywistością? Odpowiedź jest banalna i kompromitująca zarazem. Kraje Mercosur uznają wyłącznie to, co jest zapisane w samej umowie handlowej. Tymczasem „mechanizmy ochronne”, którymi Komisja Europejska uspokajała nastroje, są… unijnym rozporządzeniem. Prawem wewnętrznym UE i obowiązującym wyłącznie w UE. Dla Brazylii, Argentyny czy Paragwaju to papier bez mocy, list bez adresata, obietnica bez podpisu.
Dlatego Mercosur mówi jasno: nie będziemy tego respektować.
Efekt domina jest łatwy do przewidzenia i gdy, dajmy na to, że Polska czy Irlandia zażądają uruchomienia klauzul ochronnych z powodu nadmiernego importu i spadku cen, Komisja Europejska stanie pod ścianą, ponieważ każda taka decyzja może zostać zaskarżona przez kraje Mercosur. Każda może wywołać także odwet handlowy. Dokładnie przed tym scenariuszem od początku ostrzegała Francja i dokładnie dlatego te klauzule mogą pozostać martwe. Nie dlatego, że ich nie ma w unijnych papierach, ale dlatego, że ich użycie będzie politycznie i prawnie ryzykowne, a nawet może narazić Unię Europejską na kolejne straty, tym razem w sporach sądowych.
Wychodzi więc na to, że ochrona istnieje, ale tylko w umysłach mieszkańców Unii, która od początku wiedziała, iż bez zatajania prawdy, nie uda się jej przeforsować szkodliwej umowy z państwami Ameryki Południowej.
W tej historii coraz wyraźniej widać, komu ta umowa naprawdę służy. Mercosur to otwarcie rynków dla eksportu przemysłowego, przede wszystkim niemieckiego, a ten zyska rynek dla swoich samochodów, maszyn i wyrobów chemicznych. W zamian za to europejskie rolnictwo przyjąć ma na klatę konkurencję, która nie musi spełniać tych samych norm środowiskowych, sanitarnych i kosztowych. W takim układzie nie jest to już domniemany wolny handel, jak mówią dokumenty, a stanie się asymetrycznym, ubrany w mało znaczące slogany.
Mówmy wprost: to jest polityczny wał, sprzedawany jako historyczny sukces!
Rolnikom mówiono, że są chronieni, konsumentom, że standardy pozostaną nienaruszone, a sceptycznym politykom, że mają narzędzia obrony. Dziś druga strona umowy mówi: nie ma ich w tekście, a w handlu liczy się tekst, nie zaś narracja.
Umowa UE–Mercosur w tej formie powinna zostać zaskarżona i wycofana, bo odpowiedzialność polityczna nie może się rozpłynąć w brukselskiej mgle, przyznaje posłanka do Parlamentu Europejskiego Ewa Zajączkowska. Jeżeli Komisja Europejska świadomie sprzedawała iluzję zabezpieczeń, to nie mamy do czynienia z błędem, tylko z oszustwem i za takie rzeczy w normalnym świecie ponosi się konsekwencje.
Historia lubi się powtarzać, ale tylko wtedy, gdy pozwala się jej kłamać bezkarnie. Tym razem stawką nie są abstrakcyjne wskaźniki handlu, tylko realne gospodarstwa, ceny żywności i resztki zaufania do europejskich tzw. elit oraz instytucji. A tego nie da się przykryć żadnym rozporządzeniem.
Bogdan Feręc
Źr. MEP Ewa Zajączkowska
Fot. CC BY 4.0 Christophe Licoppe

