Europa od ponad czterech lat przekonuje świat, że prowadzi gospodarczą wojnę z Rosją. Politycy przemawiają o moralności, solidarności i konieczności odcięcia Kremla od pieniędzy finansujących wojnę. Padają wielkie słowa o „bezprecedensowych sankcjach”, „historycznej jedności Zachodu” i „izolacji rosyjskiej gospodarki”. Tymczasem rzeczywistość, jak to często bywa w polityce i wielkim biznesie, okazuje się znacznie mniej heroiczna.
Rosyjska ropa wcale nie zniknęła z europejskiego systemu gospodarczego, ona zmieniła jedynie paszport. Wielka Brytania właśnie oficjalnie dopuściła możliwość importu oleju napędowego i paliwa lotniczego wyprodukowanego z rosyjskiej ropy w krajach trzecich. Zgodnie z nową licencją handlową wydaną przez brytyjski Departament Biznesu i Handlu, paliwa przetworzone poza Rosją mogą legalnie trafiać na brytyjski rynek, nawet jeśli ich źródłem pozostaje rosyjska ropa naftowa. Wyjątki weszły w życie dzisiaj i, co szczególnie wymowne, obowiązują bezterminowo.
To moment, który brutalnie obnaża prawdziwą naturę zachodnich sankcji. Oficjalnie Europa i jej sojusznicy odcinają się od rosyjskich surowców. Nieoficjalnie zaś, tworzą system, w którym wystarczy przepompować ropę przez rafinerię w państwie trzecim, by politycznie „oczyścić” jej pochodzenie. Rosyjska ropa nie znika więc z globalnego rynku, a po prostu odbywa podróż z nową etykietą.
Mechanizm jest prosty i wyjątkowo wygodny dla wszystkich zainteresowanych. Rosja nadal sprzedaje surowiec, państwa pośredniczące zarabiają na jej przetwarzaniu i reeksportowaniu paliw. Zachodnie gospodarki nadal otrzymują potrzebny diesel i paliwo lotnicze, a politycy mogą jednocześnie opowiadać wyborcom o twardej polityce sankcyjnej. To właśnie dlatego coraz większa ilość ekspertów mówi dziś nie o realnym embargo, lecz o iluzji sankcji ekonomicznych, jakie zostały nałożone na Federację Rosyjską.
Oczywiście rządy tłumaczą takie decyzje pragmatyzmem gospodarczym. Europa nadal potrzebuje ogromnych ilości paliw, więc zerwanie wszystkich powiązań energetycznych z Rosją z „dnia na dzień” mogłoby wywołać dodatkowy gwałtowny wzrost cen, problemy logistyczne i kolejny kryzys inflacyjny. Zachodnie gospodarki są więc uwikłane w paradoks własnej polityki i chcą karać Rosję, ale jednocześnie nie mogą pozwolić sobie na pełne odcięcie od surowców, które przez dekady stanowiły fundament europejskiego bezpieczeństwa energetycznego.
Właśnie tutaj pojawia się hipokryzja, której politycy bardzo nie lubią nazywać po imieniu, bo przeciętnemu obywatelowi sprzedawano obraz sankcji, jako moralnego aktu gospodarczego odwetu. Tymczasem wielka geopolityka od początku działała według cynicznych zasad. Jeśli rosyjska ropa trafia do kraju trzeciego, zostaje tam przetworzona i wraca na Zachód jako „nowy produkt”, to formalnie wszystko się zgadza. Problem polega na tym, że pieniądze nadal płyną do rosyjskiego sektora energetycznego.
W praktyce sankcje zaczynają przypominać gigantyczną operację księgową, w której najważniejsze jest nie to, skąd pochodzi surowiec, ale jak został zaklasyfikowany na dokumentach przewozowych.
Największym beneficjentem tego systemu stały się państwa pośredniczące. Indie, Turcja czy niektóre kraje Bliskiego Wschodu gwałtownie zwiększyły import rosyjskiej ropy od początku wojny. Następnie produkty rafinowane trafiają dalej na rynki zachodnie już jako towary „niepochodzące z Rosji”. Formalnie wszystko odbywa się zgodnie z przepisami, ale politycznie, coraz trudniej przekonać opinię publiczną, że Zachód rzeczywiście prowadzi szczelną blokadę gospodarczą Kremla.
Wielka Brytania, która po Brexicie próbowała budować wizerunek jednego z najbardziej stanowczych przeciwników Rosji, teraz sama otwiera kolejną furtkę w europejskim murze sankcji i nie jest w tym odosobniona. W całej Europie narasta zmęczenie kosztami wojny, w tym też gospodarczej, a przemysł potrzebuje energii, natomiast linie lotnicze potrzebują paliwa. Wyborcy mają dość wysokich rachunków i inflacji, więc ideologia sankcji coraz częściej przegrywa z matematyką rynku.
Angielska decyzja pokazuje coś znacznie większego niż tylko problem handlu paliwami, bo granice politycznego idealizmu w świecie globalnej gospodarki. Dzisiejszy handel surowcami przypomina gigantyczną pajęczynę powiązań, której nie da się przeciąć prostymi deklaracjami na konferencjach prasowych. Rosja doskonale to rozumie. Kreml od dawna zakładał, że Zachód nie będzie w stanie całkowicie odciąć się od rosyjskich surowców bez poważnego uderzenia we własne gospodarki. Każda kolejna luka w systemie sankcji staje się więc politycznym argumentem dla Moskwy, czyli Zachód mówi o izolacji Rosji, ale nadal potrzebuje jej ropy.
A zwykli obywatele? Oni coraz częściej patrzą na całą tę sytuację z rosnącym sceptycyzmem, o gdy słyszą o „historycznych sankcjach”, a jednocześnie dowiadują się, że rosyjska ropa wraca do Europy po krótkiej podróży przez państwa trzecie, trudno oprzeć się wrażeniu, że współczesna polityka międzynarodowa coraz bardziej przypomina teatr dobrze napisanych komunikatów prasowych.
Bogdan Feręc
Źr. TASS

