W grudniu 2020 roku Europa wychodziła z pierwszej fali pandemii i jednocześnie wchodziła w najgłębszy od dekad kryzys gospodarczy. Na stole leżał budżet UE na lata 2021–2027 (1,74 bln euro) oraz Fundusz Odbudowy „Next Generation EU” (750 mld euro), który trzeba nazwać największym wspólnym długiem w historii integracji. Aby uruchomić machinę potrzebna była jednomyślność.
Polska i Węgry zagłosowały przeciw. Mateusz Morawiecki i Viktor Orbán zawetowali cały pakiet, bo nie godzili się na „pieniądze za praworządność”, czyli mechanizm pozwalający Brukseli wstrzymać wypłaty dla państwa łamiącego zasady państwa prawa. Był to moment, w którym dwóch przywódców z Europy Środkowej postawiło pod ścianą resztę Unii.
Ostatecznie premier Morawiecki ustąpił. Ponadto zrezygnował z drugiego weta i zaakceptował podniesienie celu redukcji emisji z 40% do 55% do 2030 roku. W zamian dostał deklarację interpretacyjną, która określała jak mechanizm warunkowości będzie działał w praktyce. Dziś wiemy jak brzemienna była to w skutkach decyzja. Mateusz Morawiecki podpisał dwa zobowiązania naraz: klimatyczne i praworządnościowe. Jedno i drugie wróciło do Polski wielkim bumerangiem.
W Sejmie Morawiecki mówił wtedy ze sceny: „Mówimy głośne «tak» dla UE, ale głośne «nie» dla karcących nas — niczym dzieci — mechanizmów, które nierówno traktują Polskę i inne kraje UE”. Słowa brzmiały dumnie. Dwa lata później te słowa obróciły się przeciwko Mateuszowi Morawieckiemu. To właśnie ten mechanizm, na który się zgodził, zablokował polskie KPO.
2021: rok, w którym podzielono Europę
Mechanizm „pieniądze za praworządność” wszedł w życie 1 stycznia 2021 roku. Formalnie obowiązywał wszystkich, ale w praktyce nikt nie miał najmniejszych złudzeń, że stworzono go z myślą o dwóch krajach: Polsce i Węgrzech. Jak zauważyło RMF FM: „Wszyscy mają świadomość, że mechanizm praworządnościowy został stworzony po to, żeby ukarać Polskę i Węgry, bo nie zadziałała procedura artykułu 7 Traktatu UE”.
11 marca 2021 roku Polska i Węgry zaskarżyły mechanizm do Trybunału Sprawiedliwości UE, twierdząc, że jest niezgodny z traktatami. Była to ostatnia próba obrony przez sąd. Komisja Europejska obiecała jednak Morawieckiemu i Orbánowi, że nie złoży wniosków o cięcia funduszy aż do wyroku.
W tym samym czasie Komisja Europejska akceptowała plany odbudowy innych krajów. Francja, Włochy, Hiszpania ruszyły z wypłatami. Polska, która wychodziła z pandemii i potrzebowała inwestycji najbardziej, została na starcie. Powodem nie była pandemia, lecz spór z Brukselą.
2022: wojna Rosji, kryzys i wyrok TSUE
Tymczasem rok 2022 zmienił wszystko. 24 lutego 2022 roku Rosja najechała Ukrainę. Europa wpadła (na własne życzenie dodam) w kryzys energetyczny, inflację i panikę gazową. Ceny energii wystrzeliły. Rządy zaczęły ratować własne przemysły i gospodarki. I w tej materii uwidocznił się podział „rodzinki”, który Polska odczuła boleśnie.
16 lutego 2022 roku, na osiem dni przed wybuchem wojny, TSUE oddalił skargi Polski i Węgier. Trybunał orzekł, że mechanizm „pieniądze za praworządność” jest zgodny z traktatami, „zachowuje spójność z procedurą ustanowioną w art. 7 TUE i nie przekracza granic kompetencji przyznanych Unii”. Droga do karania Polski i Węgier stanęła otworem.
Wojna na Ukrainie obnażyła więcej podwójnych standardów. Kiedy bowiem nadeszło zimne zakończenie 2022 roku, Niemcy i Francja ratowały swoje przemysły setkami miliardów euro pomocy publicznej. Komisja Europejska do końca 2022 roku zatwierdziła ponad 180 projektów krajowego wsparcia na łączną kwotę 672 mld euro. Aż 53% tej kwoty (ponad 356 mld euro) zafundowały swojemu biznesowi Niemcy. Francja uraczyła się kwotą 161 mld euro (24%).
Tylko Berlin i Paryż odpowiadały za ponad 77% całości pomocy udzielonej przedsiębiorstwom w UE po wybuchu wojny na Ukrainie. A Polska? Nasza Rzeczypospolita od „solidarnej Europy” dostała malusi okruszek z tego tortu: 11,44 mld euro, czyli 1.7 procenta całej puli!
Mogę śmiało napisać, że była to bandycka arytmetyka nierówności Berlina i Paryża. Niemiecki przemysł dostawał setki miliardów, żeby przetrwać kryzys energetyczny a Polska (z wciąż zamrożonym KPO) musiała radzić sobie sama.
W 2023 roku Niemcy i Francja odpowiadały za 47% całej pomocy publicznej w UE (Niemcy 50 mld euro, Francja 36 mld, Włochy 21 mld), Polska wydała 11 mld. Trafnie to podsumował Polski Instytut Ekonomiczny:
„system pomocy publicznej w UE jest ‘’oparty na działaniach poszczególnych państw członkowskich, a nie na koordynacji na poziomie unijnym’’ — co zachęca do „wyścigu po subsydia”.
Kiedy Bruksela karze Węgry a oszczędza Polskę
W 2022 roku stało się rownież coś, co ujawniło nierówne traktowanie wewnątrz samej „grupy karanych”. 22 września 2022 roku Komisja Europejska uruchomiła mechanizm warunkowości wobec Węgier. To był pierwszy taki przypadek w historii. Komisja Europejska zawnioskowała o zamrożenie 7,5 mld euro funduszy spójności dla Budapesztu, czyli 30% jego puli.
Ursula von der Leyen ogłosiła to w Parlamencie Europejskim: „Po starannej analizie odpowiedzi na nasze pytania podjęliśmy decyzję, że musimy podjąć kolejne kroki”.
Tymczasem Polska, chociaż również utknęła po szyję w procedurze art. 7, została oszczędzona. Jak zauważyli komentatorzy Deutsche Welle: „Godne uwagi jest to, że restrykcje KE skierowane są tylko przeciwko Węgrom”.
Węgry stały się kozłem ofiarnym, Polska zaś krajem, którego KE chciała przyciągnąć, nie odsunąć. Na horyzoncie były już zbliżające się wybory parlamentarne i wezwanie Ursuli von der Leyen do Donalda Tuska (oczywiście absolutnie neutralne), aby ten został premierem RP.
Ale już we wrześniu 2022 roku von der Leyen nie była już tak łaskawa wobec Polski.
„Obawiałam się, że sytuacja będzie taka, jaką obserwujemy. Rząd Polski nie zamierza wprowadzać zmian w prawie, które byłyby zgodne z naszą umową, szczególnie w zakresie przywracania niezależności sądownictwa. Dlatego nie możemy wypłacić żadnych funduszy” — mówiła szefowa Komisji Europejskiej.
2022–2023: gdy inni dostają mannę z nieba a Polska czeka
Pod koniec 2023 roku, kiedy większość krajów UE już realizowała swoje plany odbudowy, Polska nawet nie złożyła pierwszego wniosku o wypłatę. Na pocieszenie nie byliśmy sami. Pięć państw — Holandia, Irlandia, Polska, Szwecja i Węgry — nie otrzymało ani jednego euro z KPO. Ale z tego grona tylko Polska i Węgry były zablokowane z powodów politycznych. Pozostałe trzy po prostu nie zdążyły z procedurami.
Francja złożyła trzy wnioski i otrzymała 23,4 mld euro z 40,3 mld przyznanych. Niemcy złożyły jeden wniosek i dostały 6,2 mld euro z 28 mld. Włochy i Hiszpania, kraje o największą ilością kamieni milowych do spełnienia (odpowiednio 527 i 406), były już w pełnym trybie wypłat. Tylko Polska, z 280 kamieniami milowymi (mniej niż Włochy i Hiszpania) wciąż stała na linii startu.
To wciąż zakrawa na jeden z największych paradoksów w historii Unii Europejskiej. Oto bowiem Polska. Która tak naprawdę nie miała zbyt wielu reform do przeprowadzenia, musiała wziąć się za bary w największą liczbą politycznych warunków do spełnienia, bo Komisja Europejska tak zadecydowała.
Włochy i Hiszpania dostały pieniądze za realizację reform gospodarczych. Polska musiała dodatkowo zmienić między innymi organizację własnych sądów wciąż czekając na to mityczne KPO.
Transformacja energetyczna — dwa tempa, dwa standardy
Wojna w Ukrainie ujawniła też podwójne standardy w transformacji energetycznej. Niemcy, największy producent energii z węgla w UE, ma zamknąć swoje kopalnie do 2038 roku. Co prawda obecnie rozważają przyspieszenie akcji do 2030, ale to w bajki trzeba włożyć.
Polska zobowiązała się do zamknięcia kopalń do 2049 roku. Na pierwszy rzut oka mamy więcej czasu. Ale Niemcy już teraz odchodzą od węgla szybciej, bowiem udział węgla w ich miksie energetycznym spadł z 45% w 2015 r. do 22% w 2025 r., podczas gdy w Polsce z 87% do 52%.
A tutaj dochodzimy do sprawy opłat od aut spalinowych. To nie kto inny, tylko rząd Mateusza Morawieckiego wpisał do KPO akcyzę rejestracyjną i opłatę środowiskową od aut spalinowych. Dopiero rząd Donalda Tuska po rocznych negocjacjach „wyrzucił” te podatki z KPO w maju 2026 roku. Wiceminister Jan Szyszko napisał wtedy w komunikatorze X:
„Wyrzuciliśmy z KPO ostatnie podatki od aut spalinowych! Mamy deal z Komisją Europejską po rocznych negocjacjach”.
Mateusz Morawiecki zgodził się na tę opłatę, ale nie tylko na to. Mateusz Morawiecki podpisał także tak zwany „cel -55%”. To również Mateusz Morawiecki zgodził się na zamknięcie polskich kopalń do roku 2049 roku, w zamian za zgodę KE na pomoc publiczną 28,8 mld zł dla kopalń. A w Polsce oczywiście mówił coś zupełnie innego.
Dwie narracje Morawieckiego, który marzy by znów być premierem
Najbardziej uderzająca w całej tej historii jest dwoistość postaw i języka Mateusza Morawieckiego. W Brukseli podpisywał zobowiązania, w Polsce przedstawiał je jako „wywalczone ustępstwa” albo wręcz zaprzeczał, że je podpisał.
W 2023 roku powiedział wprost: „Polska nigdy nie poparła żadnego pakietu Fit for 55″. Tymczasem to on sam w grudniu 2020 roku zaakceptował cel redukcji emisji o 55% do roku 2030.
Rok po odejściu z rządu, w listopadzie 2024 roku, tak to tłumaczył na X:
„Wybrałem to drugie i w toku negocjacji udało się wypracować rozwiązania korzystne dla Polski: po pierwsze — ustalony cel klimatyczny dotyczy UE jako CAŁOŚCI, a więc jest to cel ogólny, a nie poszczególnych państw; po drugie — Polska uzyskała bardzo duże środki na transformację energetyczną — łącznie z różnych programów, środki MFF i KPO — ok. 250 mld zł”.
W 2019 roku, w wywiadzie dla CNBC, Mateusz Morawiecki oskarżał UE o dyskryminację:
„Różne państwa, różni członkowie (UE) traktowani są zupełnie inaczej w bardzo podobnych sytuacjach. /…/ Jedno państwo ma deficyt budżetowy na poziomie 2,4 proc., a drugie przekracza 3 proc., co jest kryterium Traktatu z Maastricht, ale są one traktowane odmienne z powodu innych aspektów. /…/ Dlaczego są dwie kategorie lub różne kategorie państw, to nie jest sprawiedliwe, to nie jest równość”.
Oczywiście Mateusz Morawiecki miał rację, że Europa traktuje wybiórczo kraje stowarzyszone, to fakt. Ale on miał ten sam problem z prawdą, który zarzucał Brukseli. Premier mówił jedno w Polsce, zaś drugie w Brukseli.
2024–2026: nowi rządy, stare podziały
Zmiana rządu w Polsce pod koniec 2023 roku odblokowała KPO. Donald Tusk zaczął spełniać warunki w delikatnej materii polskiego sądownictwa, które Morawiecki odrzucał. Wypłaty ruszyły. I tylko Węgry zostały w tyle.
Po odblokowaniu funduszy dla Polski, Węgry pozostały jedynym krajem w Unii Europejskiej, dla którego fundusze zarówno z polityki spójności, jak i KPO, były wciąż zamrożone. W 2024 roku Ursula von der Leyen ogłosiła, że po ponad sześciu latach procedurę z art. 7 wobec Polski można zamknąć. Węgry zostały same (jako jedyny kraj objęty tą procedurą) i to w czasie swojej prezydencji w UE. Prasa prorządowa na Węgrzech mówiła o „bezczelnych podwójnych standardach” , ironicznie, używając tych samych słów, których Morawiecki używał wobec Brukseli.
W 2025 roku Węgry miały zamrożone 18 miliardów euro. Były jedynym krajem UE objętym mechanizmem warunkowości praworządności. Dopiero zmiana rządu na Węgrzech i dojście do władzy Pétera Magyara otworzyła drogę do ich odblokowania. W maju 2026 roku von der Leyen ogłosiła po spotkaniu w Brukseli:
„Z wielką radością ogłaszam dzisiaj, że możemy udostępnić Węgrom 10 mld euro, a dzięki postępom w realizacji superkamieni milowych udało nam się również odblokować fundusze spójności o wartości 4,2 mld euro”.
Wniosek finalny jest bardziej brutalny. Fundusze wracały tam, gdzie zmieniał się rząd na bardziej proeuropejski. Polska dostała pieniądze, gdy władzę przejął Tusk. Węgry przestano głodzić, kiedy władzę przejął Magyar. To rodzi pytanie, na które Bruksela nie lubi odpowiadać:
czy mechanizm warunkowości był narzędziem praworządności? Czy raczej było to narzędzie wpływania na wyniki wyborów w państwach członkowskich? Odpowiedź jest oczywista!
Lata 2025–2026: nowy budżet, stare hierarchie
W 2025 roku pojawił się kolejny sygnał nierównego traktowania członków europejskiej rodziny. Chodzi o projekt nowego budżetu UE na lata 2028–2034. Jak wskazał Forbes, nowa propozycja była „znacznie gorsza dla ściany wschodniej”. Państwa starej Europy dostawały więcej! Łączna alokacja tylko dla Niemiec, Francji, Hiszpanii i Włoch to 40% puli krajowej wobec ok. 30% w poprzedniej perspektywie.
Polska miałaby otrzymać 123,3 mld euro z 800 mld, ale cytując Forbesa i tekst Elżbiety Glapiak „Nowy budżet UE znacznie gorszy dla ściany wschodniej niż poprzedni. Zyskają na tym Niemcy i Francja”:
„tym razem więcej postanowiono dosypać państwom starej Europy a państwa ściany wschodniej — Polska, Litwa, Łotwa, Estonia, Rumunia, Węgry, Słowacja — zagarną znacznie mniejszą część „tortu” niż poprzednio.”
Ursula von der Leyen poszła jeszcze dalej. We wrześniu 2025 roku zapowiedziała, że w nowym budżecie „państwa członkowskie będą otrzymywać wszystkie należne im unijne środki tylko pod warunkiem spełniania kryteriów praworządności. W nowym budżecie idziemy dalej: krajowe i regionalne plany partnerstwa uczynią praworządność i prawa podstawowe warunkiem inwestycji oraz przedmiotem reform”.
To był sygnał jasny. Oto idea warunkowości, którą początkowo uchwalono jako wyjątek jedynie dla Polski i Węgier, teraz ma stać się regułą dla wszystkich. Bruksela nie cofa się! Ona w karaniu i odbieraniu sunie naprzód. Oczywiście nigdy nic złego nie stanie się Berlinowi ani Paryżowi!
Epilog: kto przegrał, kto wygrał
Historia KPO z lat 2021 – 2026 nie jest chwalebną opowieścią o tym, jak Unia Europejska i Ursula von der Leyen walczą o świetliste wartości i imponderabilia. To gawęda o tym, jak owa walka nierównomiernie rozkłada ciężary na kraje członkowskie. Najgorzej (jak zawsze) ma krnąbrna Polska
Niemcy i Francja wygrały. Dostały najwięcej pomocy publicznej po kryzysie ukraińskim (razem 77%), ratowały przemysł setkami miliardów euro i nadto narzucały tempo transformacji energetycznej innym krajom Unii przy zachowaniu własnych kopalni węgla do 2038 r.
Włochy i Hiszpania także są na wielkim plusie! Miały co prawda najwięcej kamieni milowych do zrealizowania (527 i 406), ale dostały pieniądze na czas, bo nie miały ani jednego warunku z półki „praworządność”, którą tak podniecała się i gotowa była za nią zginąć niezłomna polska opozycja (plus jej media) w czasach, gdy rządziła Zjednoczona Prawica.
Dlatego Polska przegrała czas. Pod znakiem zapytania otrzymanie od Unii całości 54,7 mld euro, o czym jutro w dwóch sążnistych tekstach. Polska z dwuletnim opóźnieniem KPO na karku, z utraconym prefinansowaniem i z już oddanymi 5 mld euro pożyczek, musiała zmieniać organizację własnych sądów jako warunek wypłaty.
Najciekawsze jest jednak to, że poprzedni rząd Mateusza Morawieckiego, który wszedł w spór z Brukselą, sam zgodził się na mechanizm, który go potem zablokował.
Węgry przegrały najwięcej. Pozostały jedynym krajem z zamrożonymi funduszami przez lata, straciły miliardy euro, a okrojone pieniądze wróciły dopiero po zmianie rządu.
Taka jest Europa lat 2021–2026: zjednoczona w deklaracjach, podzielona w praktyce. Wspólny dług, wspólny cel klimatyczny, wspólny mechanizm, ale bardzo nierówny ciężar transformacji. Jak napisał w internetowym magazynie „Spiked” profesor Andrew Tettenborn z Uniwersytetu w Swansea:
„UE traktuje Polskę jak kolonię!”
Te słowa są ostre, ale wyrażają szczere uczucie, które w Polsce i na Węgrzech jest powszechne:
zasady są wspólne, ale ich egzekucja zależy od tego, kim jesteś i gdzie na mapie leżysz.
Mateusz Morawiecki miał rację, że Europa traktuje kraje nierównomiernie. To prawda. Ale także i on ponosi część winy: podpisał Zielony Ład, cel -55%, zamknięcie kopalń do 2049 r., opłatę od aut spalinowych i mechanizm warunkowości. To, że w Polsce mówił inaczej niż w Brukseli, to już kwestia wiarygodności i oceny wyborców za moment. Ale same zobowiązania są jego.
Ciąg dalszy nastąpi jutro…
Tomasz Wybranowski & Bogdan Feręc
Fot. CC Gage Skidmore

