Rosyjski ambasador w Dublinie Jurij Fiłatow po raz kolejny wszedł w rolę, która w dyplomacji jest szczególnie niewygodna i zamiast przedstawiciela państwa prowadzącego rozmowę z gospodarzem, zaczął brzmieć jak rzecznik Moskwy wydający ostrzeżenia pod adresem suwerennego państwa. Tym razem poszło o możliwość wejścia Irish Naval Service na pokład rosyjskiego statku podejrzewanego o działalność związaną z omijaniem sankcji.
W rozmowie w programie w stacji News Talk Jego Ekscelencja Fiłatow zapytany został wprost, czy Rosja podtrzymuje wcześniejsze ostrzeżenie, że Irlandia poniesie „poważne konsekwencje”, jeżeli irlandzkie siły zbrojne dokonają abordażu takiej jednostki. Odpowiedź była jednoznaczna: tak. Ambasador stwierdził równocześnie, że Moskwa uznałaby taką próbę za „akt międzynarodowego piractwa” i właśnie tutaj zaczyna się problem.
Nie dlatego, że Rosja nie ma prawa przedstawiać własnej interpretacji prawa międzynarodowego, bo ma. Nie dlatego również, że Irlandia może bez ograniczeń zatrzymywać każdy rosyjski statek pływający po Atlantyku, bo i tego robić nie może. Problem polega na czymś innym, że ambasador Rosji najwyraźniej próbuje przedstawić rosyjską interpretację jako coś w rodzaju wiążącego ostrzeżenia dla irlandzkiego państwa.
Tym samym można uznać, że tym razem posunął się zdecydowanie za daleko.
Irlandia zaczęła patrzeć na morze inaczej
Trzeba przy tym uczciwie powiedzieć, że Dublin nie działa w próżni i w ostatnich latach sytuacja bezpieczeństwa wokół Irlandii zasadniczo się zmieniła. Państwo, które przez dekady mogło traktować Atlantyk przede wszystkim jako przestrzeń handlową, rybacką i komunikacyjną, teraz zaczęło dostrzegać, że pod powierzchnią morza biegnie infrastruktura o znaczeniu strategicznym. Kable telekomunikacyjne, połączenia energetyczne, gazociągi, interkonektory oraz rozwijana infrastruktura offshore sprawiają, że irlandzkie wody są częścią znacznie większego systemu europejskiego bezpieczeństwa.
Irlandzki rząd mówi o tym już oficjalnie. Minister obrony Helen McEntee przedstawiając w lutym pierwszą w historii Irlandii National Maritime Security Strategy – wskazywała na rosnące zagrożenia hybrydowe oraz działalność rosyjskiej tzw. floty cieni. Rząd podkreślał również z dużą mocą znaczenie ochrony podmorskiej infrastruktury krytycznej, co jest z kolei istotną zmianą mentalną.
Przez długie lata można było mówić, że „Irlandia jest neutralna, więc wielkie konflikty europejskie są gdzieś obok”. Dzisiaj takie myślenie coraz bardziej przypomina siedzenie w domu z zamkniętymi drzwiami i przekonanie, że skoro nie wyglądamy przez okno, to nikt nie chodzi po ulicy. Atlantyk nie jest już dla Irlandii wyłącznie oceanem, a stał się przestrzenią, której trzeba doglądać. Jednak ważne jest również, że stał się infrastrukturą bezpieczeństwa.
„Shadow fleet” to nie jest zwykła flota handlowa
W tym kontekście trzeba rozróżnić dwie kwestie. Pierwsza to legalna żegluga rosyjskich statków przez wody międzynarodowe. Sam fakt, że statek ma rosyjskie powiązania, nie oznacza automatycznie, że można go zatrzymać. Druga sprawa to jednostki określane mianem rosyjskiej floty cieni, więc sieć statków wykorzystywanych do transportu rosyjskiej ropy i innych produktów z wykorzystaniem struktur oraz praktyk mających utrudniać egzekwowanie sankcji.
Irlandzki rząd uważa działalność takich jednostek za rosnący problem bezpieczeństwa, środowiska i egzekwowania sankcji. W marcu 2026 roku Departament Obrony zapowiedział przygotowanie nowych podstaw prawnych, które miałyby dać Irish Naval Service jasno określone uprawnienia do działania w irlandzkiej przestrzeni morskiej, w tym możliwość wejścia na pokład jednostek, kontroli dokumentów i sprawdzania prowadzonej przez nie działalności.
Nie jest to zatem decyzja podjęta pod wpływem jednego wystąpienia rosyjskiego ambasadora, a element znacznie szerszego procesu. Dublin doszedł do wniosku, że neutralność nie może oznaczać braku zdolności do ochrony własnego terytorium, wód, infrastruktury i interesów gospodarczych.
Tym samym w takim kontekście Pan ambasador Fiłatow, powinien zachować większą ostrożność.
Czy abordaż oznacza „piractwo”?
To najbardziej kontrowersyjna część całej sprawy. Jego Ekscelencja ambasador Federacji Rosyjskiej mówi o „międzynarodowym piractwie”, ale określenie to ma bardzo konkretny ciężar prawny. Piractwo w prawie morza nie oznacza po prostu każdej operacji zatrzymania statku, której nie akceptuje państwo bandery. Sama nazwa użyta przez ambasadora jest więc przede wszystkim polityczną kwalifikacją działania, nie zaś automatycznie obowiązującym rozstrzygnięciem prawnym.
Kluczowe znaczenie ma natomiast to, gdzie znajduje się statek, pod jaką banderą pływa, jaki charakter ma jego działalność, i na jakiej podstawie prawnej państwo nadbrzeżne podejmuje interwencję. Wody terytorialne, wyłączna strefa ekonomiczna oraz pełne morze, nie są tymi samymi akwenami. To bardzo ważne rozróżnienie i właśnie dlatego dyskusja o rosyjskich statkach nie może zostać sprowadzona do prostego: Rosja mówi „piractwo”, Irlandia mówi „sankcje”.
Prawo jest znacznie bardziej skomplikowane w tym zakresie, więc jednocześnie dylemat prawny nie oznacza, że Irlandia ma się przestraszyć słowa „konsekwencje”. Każde państwo prowadząc swoją politykę międzynarodową, ponosi konsekwencje swoich działań. Jest to oczywiste, więc Stany Zjednoczone ponoszą konsekwencje swoich decyzji. Wielka Brytania ponosi konsekwencje swoich decyzji. Rosja ponosi konsekwencje swoich decyzji. Irlandia również.
Ale można się tutaj zastanowić, że czym innym jest stwierdzenie: „Jeżeli podejmiecie określone działanie, Rosja odpowie politycznie lub prawnie”, a czym innym: „Jeżeli to zrobicie, spotkają was poważne konsekwencje”. To drugie brzmi już jak próba zastraszenia, więc z językiem dyplomacji ma znacznie mniej wspólnego.
Moskwa sama używa języka „piractwa”
Co ciekawe, rosyjska narracja dotycząca „piractwa” pojawiła się także w innym europejskim sporze. Dokładnie 2 września norweskie władze zatrzymały rosyjski statek badawczy Professor Molchanov na Svalbardzie, a stało się to w związku z egzekwowaniem odszkodowania przyznanego ukraińskiemu Naftogazowi. Rosja również określiła działania Norwegii mianem piractwa i zapowiedziała protest dyplomatyczny. Widać więc pewien schemat, i gdy któreś państwo europejskie podejmuje działania wobec rosyjskiego majątku lub rosyjskiej floty, Moskwa bardzo szybko sięga po słowo „piractwo”.
Nie jest to przypadkowe, ponieważ to w języku polityki niezwykle mocne określenie i może wywołać wrażenie, że druga strona przekroczyła granicę cywilizowanego prawa, a Rosja występuje jako państwo pokrzywdzone. Tyle że w polityce międzynarodowej słowa mają znaczenie, ale nie zastępują procedur prawnych.
Irlandia nie powinna reagować nerwowo
W tej sytuacji najlepszą odpowiedzią Dublina nie będzie przesadna demonstracja siły, a głównie dlatego, że Irlandia nie jest mocarstwem morskim. Jej Naval Service ma bardziej niż ograniczone zasoby. Państwo przez dziesięciolecia nie inwestowało w obronę w takim zakresie, w jakim robiły to największe kraje ze Starego Kontynentu. Dlatego też Dublin nie powinien wdawać się w retoryczny pojedynek z Moskwą, a zrobić coś znacznie bardziej irlandzkiego i znacznie bardziej skutecznego: oprzeć się na prawie.
Jeżeli istnieją podstawy do kontroli statku – należy je wskazać. Jeżeli istnieją podstawy do zatrzymania jednostki – należy je wskazać. Jeżeli potrzebna jest decyzja sądu – należy ją uzyskać. Jeżeli potrzebna jest współpraca z innymi państwami – należy ją podjąć. Natomiast jeśli działania nie są prawnie możliwe, nie należy ich podejmować tylko dlatego, że politycznie dobrze wyglądałyby w telewizji. To jest właśnie różnica między państwem prawa a tym kierującym się emocjami.
Problem Rosji jest jednak poważniejszy niż jeden ambasador
Wystąpienie ambasadora Fiłatowa trzeba również umieścić w szerszym kontekście. Napięcia między Rosją a państwami europejskimi w ostatnich miesiącach wyraźnie rosną. Niemcy w pierwszych dniach września oficjalnie przypisały Rosji odpowiedzialność za próbę ataku dronem z materiałami wybuchowymi w pobliżu ukraińskiego samolotu transportowego na lotnisku Leipzig/Halle. Co więcej, niemieckie służby uznały, że ustalenia śledztwa wskazują na osoby działające na rzecz rosyjskich struktur państwowych, czemu Moskwa zaprzecza.
Berlin, jako krok odwetowy zapowiedział między innymi zamknięcie rosyjskiego konsulatu w Bonn oraz dalsze działania wobec rosyjskiej infrastruktury dyplomatycznej. W tym samym czasie Niemcy prowadzą dochodzenia dotyczące kolejnych podejrzanych aktów sabotażu infrastruktury energetycznej.
Nie oznacza to oczywiście, że każdy rosyjski statek u wybrzeży Irlandii jest elementem operacji rosyjskiego państwa. Byłoby to niepoważne, ale równie niepoważne byłoby udawanie, że państwa europejskie nie mają powodów, aby przyglądać się rosyjskiej aktywności morskiej znacznie uważniej niż przed 2022 rokiem.
Jurij Fiłatow po raz kolejny oddziela „naród rosyjski” od irlandzkiego rządu
Interesująca była również druga część wypowiedzi rosyjskiego ambasadora, bo Jego Ekscelencja Fiłatow powiedział, że mimo napięć uważa Irlandię za „przyjaciela”, ale jednocześnie rozróżnia naród irlandzki od irlandzkiego rządu. Jego zdaniem rządu w Dublinie nie można traktować jako przyjaznego Rosji, ponieważ prowadzi on „politykę wyraźnie antyrosyjską”. To również nie jest nowy element kremlowskiej dyplomacji. Moskwa bardzo często przedstawia konflikt jako spór pomiędzy „narodem” a „elitami” lub „rządem”. Jest to wygodna konstrukcja polityczna, ponieważ pozwala twierdzić, że Rosja nie jest skonfliktowana ze społeczeństwem danego kraju, lecz wyłącznie z jego władzami.
Tyle że irlandzki rząd został wybrany przez Irlandczyków, więc można krytykować jego politykę, można ją uważać za błędną, można także uważać, że Dublin zbyt mocno angażuje się w sprawy Ukrainy, jak i można mieć przekonanie, że Irlandia powinna prowadzić bardziej niezależną politykę zagraniczną. To wszystko jest częścią normalnego demokratycznego sporu, ale rosyjski ambasador nie jest od tego, aby sugerować Irlandczykom, że ich własny rząd jest problemem, podczas gdy „prawdziwym przyjacielem” jest Rosja. Tak jednak nie jest, o czym Pan ambasador starał się nie pamiętać.
McEntee została wezwana? Nie. To ambasador został wezwany
Jeszcze jeden element tej całej historii jest znaczący. Po niemieckich ustaleniach dotyczących drona na lotnisku Leipzig/Halle, rosyjski ambasador wezwany został przez irlandzkie władze na spotkanie o charakterze formalnym, co w polityce międzynarodowej oznacza sytuację poważną.
Jednak Jurij Fiłatow określił je jako normalną praktykę dyplomatyczną i zaznaczył, że nie było żadnej „teatralności”. Można się z tym zgodzić, bo tak właśnie powinno wyglądać państwo prowadzące politykę zagraniczną, a dlatego, że rozmowa dyplomatyczna nie wymaga krzyku. Nie wymaga teatralnych gestów, jak i nie wymaga wzajemnego obrażania. Właśnie dlatego tym bardziej dziwi, że rosyjski ambasador tak chętnie posługuje się językiem „najpoważniejszych konsekwencji”.
Dyplomacja jest sztuką negocjacji, nacisku, ale również sztuką samokontroli, o czym rosyjski ambasador powinien doskonale wiedzieć. Powinien też pamiętać, że im mocniejsze słowa, tym większa odpowiedzialność za ich użycie.
Rosja może protestować. Irlandia może działać.
W całej sprawie najważniejsze jest jedno. Irlandia nie powinna pozwolić sobie odebrać prawa do prowadzenia własnej polityki bezpieczeństwa. Może się z Rosją nie zgadzać, może wprowadzać przepisy dotyczące bezpieczeństwa morskiego, monitorować jednostki, współpracować z Francją, Wielką Brytanią, Norwegią czy innymi państwami i egzekwować obowiązujące sankcje, o ile robi to w granicach prawa.
Rosja może oczywiście protestować, może przywoływać ambasadora, może kierować noty dyplomatyczne, jak i może twierdzić, że działania są bezprawne. Rosja, jeżeli ma takie przekonanie, może nawet określać działania jako piractwo, ale ostatnie słowo w kwestii tego, jak Irlandia chroni swoje wody i infrastrukturę, należy do Republiki Irlandii, a nie do ambasadora obcego państwa, choćby uważało się za mocarstwo.
I tu właśnie ambasador Jurij Fiłatow trochę się rozpędził, no Irlandia może jest mała, jest neutralna, ma niewielką armię, ma też ograniczone możliwości prowadzenia operacji morskich, ale nadal jest suwerennym państwem.
Suwerenność nie jest natomiast uprzejmą prośbą skierowaną do silniejszych, bo sygnałem, który mówi – ręce precz od Irlandii!
Największym błędem byłoby jednak lekceważenie Rosji
To wszystko razem wzięte, nie oznacza jednak, że irlandzki rząd powinien rosyjskie ostrzeżenia zbywać śmiechem. Wręcz przeciwnie. Należy je traktować poważnie, ale nie jako rozkaz, lecz jako element oceny ryzyka. Jeżeli Moskwa mówi, że określone działanie spotka się z odpowiedzią, Dublin powinien zapytać: jakiego rodzaju odpowiedzi można się spodziewać? Ta z kolei może być różna, więc dyplomatyczna, ekonomiczna, prawna, cybernetyczna, wywiadowcza, a może jeszcze inna, czyli taka, jaka pojawi się w głowach kremlowskich decydentów.
To jest dla odmiany praca dla służb bezpieczeństwa, wojska i dyplomatów, nie zaś dla radiowego lub telewizyjnego studia i właśnie dlatego obecny spór jest ważniejszy, niż może się wydawać.
Rosyjska flota cieni coraz częściej pojawia się w pobliżu Irlandii. Według doniesień liczba takich tranzytów wzrosła gwałtownie, ponieważ część rosyjskiej żeglugi omija znacznie bardziej kontrolowane szlaki wokół Wielkiej Brytanii oraz Francji, przesuwając się na zachód, w stronę irlandzkiego wybrzeża.
Oznacza to, że Irlandia będzie musiała nauczyć się funkcjonować w świecie, w którym jej położenie geograficzne jest jednocześnie ogromnym atutem gospodarczym, jak i potencjalnym problemem bezpieczeństwa.
Dublin powinien zachować zimną krew
Cała sytuacja sprowadza się więc do prostego wyboru, czy Irlandia przestraszy się w jakiś sposób słów rosyjskiego ambasadora, czy może odpowie dokładnie tak, jak powinno odpowiadać demokratyczne państwo, czyli spokojnie, legalnie i stanowczo.
Jeżeli statek może być kontrolowany – należy go kontrolować. Jeżeli nie może być kontrolowany – nie należy tego robić. Jeżeli potrzebne są nowe przepisy – parlament powinien je uchwalić. Jeżeli potrzebna jest współpraca międzynarodowa – należy ją rozwijać. Jeżeli Rosja uważa irlandzkie działania za bezprawne – ma pełne prawo przedstawić swoje stanowisko i wykorzystać dostępne instrumenty prawne oraz dyplomatyczne.
Jednak słowo „piractwo” nie jest magicznym zaklęciem, które automatycznie unieważnia irlandzkie prawo, a „poważne konsekwencje” nie są argumentem prawnym. Są ostrzeżeniem politycznym.
Właśnie dlatego Dublin powinien potraktować je poważnie, ale nie powinien się ich bać, bo w tej historii nie chodzi tylko o rosyjskie statki. Idzie o rzecz znacznie ważniejszą, więc, czy Irlandia będzie państwem, które samo określa granice własnego bezpieczeństwa, czy też pozwoli, aby inni zaczęli je określać za nią.
W świecie, który coraz mniej przypomina spokojną Europę sprzed kilku lat, odpowiedź na to pytanie będzie miała dla Irlandii znaczenie większe niż jeden rosyjski statek płynący gdzieś po Atlantyku.
Natomiast ambasador Jurij Fiłatow powinien pamiętać o jeszcze jednej rzeczy, że dyplomata może ostrzegać, może protestować, może nawet krytykować, ale nie powinien sprawiać wrażenia, że wydaje rozkazy.
Irlandia nie jest częścią rosyjskiej strefy wpływów i dobrze byłoby, aby w Moskwie o tym pamiętano.
Bogdan Feręc
Źr. News Talk/The Times/AP News/Al Jazeera/Gov.ie/Reuters

