Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Roller-coaster na stacjach paliw. Dlaczego musimy przygotować się na nadchodzące wzrosty?

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Rynek paliwowy przyzwyczaił nas już do tego, że stabilność jest pojęciem całkowicie mu obcym. Ceny ulegają ciągłym i gwałtownym wahaniom, sprawiając, że przewidzenie kosztów tankowania czy zakupu oleju opałowego na zaledwie kilka dni w przód graniczy z cudem. Obecnie jednak wchodzimy w fazę, w której kierowcy oraz właściciele gospodarstw domowych ogrzewanych olejem powinni bezwzględnie przygotować się na wyraźne wzrosty cen.

Wszystko za sprawą decyzji Stanów Zjednoczonych, które oficjalnie ogłosiły zamknięcie żeglugi w strategicznej Cieśninie Ormuz. To wydarzenie po raz kolejny przypomina nam o starej prawdzie rynkowej, że ceny ropy naftowej wcale nie podlegają prostej logice sezonowej, w której ramach paliwa miałyby być tańsze latem, a droższe zimą. O ich wysokości nie decyduje więc pogoda za oknem, lecz twarda, globalna sytuacja gospodarcza oraz potężne spekulacje na rynku kontraktów terminowych.

Wspomniany rynek kontraktów terminowych jest ze swojej natury niezwykle reaktywny i podatny na polityczne bodźce. Każda zmiana w światowym popycie, wahania kursów walut czy rosnące koszty frachtu morskiego natychmiast przekładają się na giełdowe wykresy. Dobitnie obrazuje to sytuacja na rynku oleju opałowego w Irlandii, którego ceny w ostatnim czasie zachowują się jak sejsmograf reagujący na każdy wstrząs na Bliskim Wschodzie. Przed wybuchem tego konfliktu, 18 stycznia, za 500 litrów tego surowca płacono zaledwie 473,43 euro, co według danych portalu Oilprices.ie stanowiło roczne minimum. Wystarczyło jednak około pięciu tygodni od momentu wspólnego ataku USA oraz Izraela na Iran i zablokowania Cieśniny Ormuz, by 7 kwietnia cena tego samego pakietu 500 litrów poszybowała do rekordowego poziomu 903,00 euro.

Ostatnie dni przyniosły kolejną porcję nerwowości. W czwartek 8 lipca średni koszt 500 litrów oleju opałowego kształtował się na poziomie 595,81 euro. Tego samego dnia światowe ceny ropy naftowej na moment przekroczyły barierę 80 dolarów za baryłkę po oświadczeniu prezydenta USA Donalda Trumpa o zakończeniu zawieszenia broni z Iranem i w obliczu wznowienia ataków w regionie.

Reakcja detalistów była błyskawiczna i już w piątek 9 lipca średnia cena skoczyła do 619,74 euro, choć tak nagły, dobowy wzrost trudno bezpośrednio wiązać wyłącznie z samymi uderzeniami militarnymi. To raczej efekt psychologii rynku.

Gdy w piątkowe popołudnie inwestorzy zaczęli chłodniej oceniać realny wpływ eskalacji na szanse ponownego otwarcia Cieśniny Ormuz, ceny minimalnie spadły. Kontrakty na ropę Brent potaniały o 0,1% do poziomu 77,91 dolarów za baryłkę, natomiast amerykańska ropa WTI zanotowała spadek o 0,5%, osiągając wartość 73,14 dolarów. Warto pamiętać, że w szczytowym momencie kryzysu, pod koniec kwietnia, baryłka ropy kosztowała nawet 122 dolary w reakcji na zapowiedzi USA o „przedłużonej” blokadzie Iranu.

Obecne wahania pokazują więc, że choć sytuacja jest napięta, na giełdach nie wybuchła jeszcze panika, a powtarzane przez Donalda Trumpa obietnice przełomu dyplomatycznego, co jakiś czas chwilowo gaszą pożar cenowy, który wybucha na nowo po kolejnych ostrzałach.

Ta karuzela na rynkach hurtowych już teraz zaczyna bezpośrednio uderzać w portfele kierowców, którzy pojawiają się na stacjach benzynowych. Choć dzięki kruchemu, tymczasowemu porozumieniu z zeszłego miesiąca cena baryłki zbliżyła się do poziomów „przedwojennych”, to spokój jest pozorny. W marcu tego roku kierowcy przeżyli szok, gdy za litr oleju napędowego musieli płacić nawet 2,20–2,30 euro, a benzyna oscylowała wokół 2 euro. Wówczas, pod silną presją społeczną, rząd zdecydował się na dwukrotną obniżkę akcyzy, co dało łącznie upust w wysokości 32 centów na dieslu i 27 centów na benzynie. Ten parasol ochronny zostanie jednak niebawem zwinięty. Wówczas pełna stawka akcyzy będzie przywracana stopniowo w czterech ratach, począwszy od 1 września aż do 1 grudnia tego roku.

Jeśli spojrzymy na obecne, uśrednione dane z mijającego tygodnia, litr benzyny oraz oleju napędowego kosztuje w granicach od 1,68 do 1,76 euro, w zależności od regionu kraju i lokalnej konkurencji między stacjami. Sielanka ta jednak dobiega końca. Jak informuje prasa branżowa, sprzedawcy detaliczni spodziewają się wzrostu cen diesla o około 10 centów za litr jeszcze przed końcem tego weekendu.

Potwierdzają to dane stowarzyszenia Convenience Stores and Newsagents Association (CSNA), według których hurtowa cena oleju napędowego dostarczonego na stacje wzrosła o 8 centów plus VAT w stosunku do dnia poprzedniego. Oznacza to, że na wielu stacjach w całym kraju cena diesla niemal natychmiast przekroczy próg 1,80 euro za litr. W górę, choć skromniej, bo o około 2 centy na litrze, pójdzie także hurtowa cena benzyny.

Wicepremier i minister finansów Simon Harris zapowiedział, że rząd planuje pełny powrót do przedkryzysowych stawek podatkowych do końca roku, zastrzegając jednocześnie, że sytuacja będzie stale monitorowana. Harris przypomniał, że dotychczasowe tarcze antyinflacyjne, w tym dopłaty do paliwa opałowego oraz wsparcie dla kluczowych sektorów, kosztowały budżet państwa około miliarda euro.

Minister oczekuje od branży paliwowej „uczciwej współpracy”, sugerując potrzebę wyjaśnienia, dlaczego ceny na stacjach nie spadły mocniej w okresach giełdowego uspokojenia. Z kolei dyrektor generalny grupy lobbingowej Fuels for Ireland Kevin McPartlan wytyka ministrowi brak dialogu i ignorowanie wniosków o spotkanie ze strony sektora. McPartlan ostrzega, że forsowanie podwyżki akcyzy w obliczu tak niestabilnej sytuacji na Bliskim Wschodzie byłoby „aktem głupoty” i może doprowadzić do powtórki masowych protestów społecznych z początku roku. Krytykuje również czteroetapowy plan rządu, twierdząc, że bezrefleksyjnie zmierza on do sytuacji, w której irlandzcy kierowcy znów będą płacić najwyższe podatki paliwowe w całej Europie.

Na tym tle jedynym pocieszeniem pozostaje fakt, że Irlandia nie musi obawiać się fizycznego braku surowca. Dzięki silnym powiązaniom korporacyjnym oraz dogodnemu położeniu geograficznemu względem rynków Ameryki Północnej, tutejsze łańcuchy dostaw są wyjątkowo odporne i stabilne, co chwali nawet krytyczny wobec rządu McPartlan. Podkreśla również, że obecnej niepewności cenowej absolutnie nie należy mylić z niedoborami paliwa. Problem tkwi jednak w tym, że jako mały gracz na globalnej szachownicy, Irlandia nie ma żadnego wpływu na światowe ceny, a jedyne narzędzia regulacji cen znajdują się w rękach rządu w Dublinie.

Sytuacji nie poprawia fakt, że kryzys energetyczny zaczyna coraz mocniej infekować inne sektory gospodarki. Aby ratować sytuację, rząd przedłużył obowiązywanie obniżonej, 9-procentowej stawki VAT na energię elektryczną i gaz aż do 2030 roku. Wielu dostawców energii kontraktuje zakupy z wyprzedzeniem od 12 do 18 miesięcy, co opóźnia uderzenie drożyzny w odbiorcę, ale nie chroni przed nim całkowicie. Ostatnie zapowiedzi firm takich jak Flogas, Electric Ireland, Pre-Pay Power czy Yuno Energy o podwyżkach cen prądu (o 8% do 10,9%) oraz gazu (o 7,7% do 11,8%) staną się po wprowadzeniu ogromnym obciążeniem dla domowych budżetów, gdy naturalnie wzrośnie zużycie energii.

Wszystko to bezpośrednio przekłada się też na wskaźniki inflacyjne. Choć roczna stopa inflacji w czerwcu 2026 roku nieznacznie spadła do poziomu 3,4% (w porównaniu do 3,7% w kwietniu), to kluczowe koszty utrzymania gospodarstw domowych wciąż rosną znacznie szybciej niż wskaźnik bazowy.

Główna ekonomistka Deloitte Kate English zauważa, że o ile na początku roku dynamika cen energii i gazu wynosiła poniżej 2%, o tyle dziś przekracza już 9%. Co gorsza, wzrosty cen paliw mają bezpośrednie przełożenie na ceny żywności z opóźnieniem około 8–10 miesięcy, co oznacza, że prawdziwy rachunek za obecny kryzys naftowy przyjdzie nam zapłacić przy kasach supermarketów dopiero za jakiś czas. Ekonomistka zwraca też uwagę na niepokojący trend na rynku gazu – panujące w Europie upały drastycznie zwiększyły zużycie energii na klimatyzację, przez co zapasy tego surowca są obecnie niższe niż średnia z ostatnich pięciu lat.

Przed nami kluczowe tygodnie. Dane o inflacji w strefie euro oraz zbliżająca się decyzja Europejskiego Banku Centralnego w sprawie stóp procentowych będą w dużej mierze zależeć od tego, jak głęboko kryzys w Cieśninie Ormuz zakorzeni się w europejskiej gospodarce. Jedno jest pewne – na stabilizację cen przy dystrybutorach nie mamy co liczyć.

Bogdan Feręc

Źr. RTE

Photo by Marek Studzinski on Unsplash

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version