Irlandia od lat sprawia wrażenie kraju, który z pietyzmem pielęgnuje swój własny paraliż decyzyjny. Kiedy spogląda się na tę poturbowaną kryzysem mieszkaniowym i infrastrukturalnym wyspę, trudno oprzeć się wrażeniu, że scena polityczna przypomina zastygłą masę, w której wszelkie próby ożywienia kończą się powrotem do bezpiecznego, nużącego status quo.
Choć niedawno jeszcze można było odnieść wrażenie, że nadchodzące tąpnięcie zredefiniuje tutejszą przestrzeń publiczną, co z kolei zmusi państwo do zwrotu w kierunku twardszej ochrony własnych interesów, najnowsze nastroje społeczne brutalnie weryfikują te nadzieje. Zielona Wyspa zamiast szukać ratunku w postaci odważnego, suwerennego przywództwa, które potrafiłoby zatrzymać niekontrolowany napływ migracyjny, ale też zastosować mechanizmy, które pomogą odwrócić kierunki kryzysu mieszkaniowego i w służbie zdrowia, woli dryfować w stronę kolejnych mutacji liberalnego socjalizmu. Ten specyficzny układ, podszyty niemal socrealistyczną wiarą w omnipotencję biurokracji i unijnych dotacji, skutecznie paraliżuje szanse na jakąkolwiek realną rekonstrukcję kraju.
Masowy napływ ludzi, którzy pod wieloma względami nie stanowią dla wyspy optymalnego impulsu rozwojowego, a raczej potęgują wewnętrzne napięcia, będzie więc trwał w najlepsze, ponieważ irlandzki wyborca panicznie boi się opuścić swoją strefę ideologicznego komfortu.
Ostatnie badania opinii publicznej idealnie obrazują ten stan wyspiarskiego uwiądu. Na prowadzenie z 20 proc. poparciem wysuwa się chadecko-liberalna Fine Gael, zyskująca skromny punkt procentowy. Tuż za jej plecami, z wynikiem 19 procent, czai się lewicowo-nacjonalistyczna Sinn Féin, która jeszcze do niedawna postrzegana była jako niszczycielska siła, która zdolna jest rozbić dotychczasowy duopol.
Trzecie miejsce na podium przypada Fianna Fáil, a ta partia uciułała 17 procent. Ten mikroskopijny, wręcz aptekarski rozstrzał między głównymi graczami dowodzi jednego, iż w Irlandii panuje absolutny pat wyborczy, bo różnice programowe między tymi ugrupowaniami w kluczowych kwestiach społeczno-gospodarczych są z perspektywy zewnętrznego obserwatora marginalne. Wszystkie te ugrupowania, choć pod różnymi sztandarami, ostatecznie i tak zmierzają w kierunku pogłębiania opiekuńczości państwowej i ślepego posłuszeństwa wobec Brukseli.
Tu jednak pojawia się Socjaldemokracja, która zbliża się mentalnie do Fine Gael, a przecież jej 12% jest dla partii próbujących zachować przywództwo nad krajem, nie do pogardzenia.
Oczywiście formacja Sinn Féin pod przywództwem Mary Lou McDonald z pewnością nie jawi się jako zbawienie dla Irlandii. Jej meandrująco-populistyczna retoryka i historyczne obciążenia budzą uzasadniony sceptycyzm, jednak oddanie im sterów władzy stanowiłoby przynajmniej intrygujący eksperyment polityczny. Taki wstrząs mógłby zmusić skostniałe elity do przewietrzenia gabinetów i wyjścia z głębokiego samozadowolenia. Jednak nawet ta perspektywa zaczyna się oddalać.
Spadek poparcia dla Sinn Féin oraz systematyczne obniżanie się osobistych notowań samej McDonald pokazują, że irlandzki elektorat szybko się męczy i ostatecznie woli powrócić pod skrzydła dotychczasowych, sprawdzonych architektów obecnego kryzysu. Strach przed nowym wygrywa z potrzebą zmian, co doskonale widać w stabilnych, choć niezbyt imponujących ocenach premiera Simona Harrisa czy Micheála Martina.
Jedynym realnym światełkiem w tym tunelu stagnacji wydaje się powolne, ale konsekwentne formowanie się nowej siły, która w kolejnych wyborach może całkowicie przemodelować tutejszy krajobraz parlamentarny. Chodzi o rosnące w siłę ugrupowania i polityków niezależnych, którzy coraz mocniej akcentują swój sprzeciw wobec bezkrytycznego przyjmowania unijnych dyrektyw, zwłaszcza tych dotyczących polityki migracyjnej i klimatycznej.
Fakt, że mniejsze partie głównego nurtu, takie jak Partia Pracy czy Zieloni, wegetują na marginesie z poparciem sięgającym zaledwie 3 procent, podczas gdy tradycyjni politycy niezależni urosli do 11 procent, jasno wskazuje, gdzie gromadzi się autentyczna, choć wciąż rozproszona frustracja społeczna. Choć próbująca szerzej zaistnieć na politycznym rynku Niepodległa Irlandia zaliczyła chwilowe wahnięcie w dół, a konserwatywne Aontú utrzymuje stabilne sześć procent, to właśnie w tych rejonach rodzi się opór wobec dominującej, politpoprawnej narracji.
Na tym tle niezwykle symptomatycznie wyglądają wewnętrzne roszady w strukturach rządowych, gdzie na głównego faworyta przyszłych przetasowań wyrasta minister sprawiedliwości Jim O’Callaghan, deklasując w sondażach swoich konkurentów, takich jak Dara Calleary czy Jack Chambers.
Pokazuje to, że wyborcy podświadomie szukają kogoś, kto w strukturach władzy odpowiada za porządek i prawo, licząc zapewne na twardsze podejście do palących problemów wewnętrznych.
Pytanie tylko, czy jakikolwiek polityk wyrosły z tego samego liberalno-socjalnego pnia będzie miał odwagę zerwać z dotychczasowym kursem, bo na razie Irlandia pozostaje uwięziona w swoim własnym micie nowoczesnego, inkluzywnego prymusa Europy, nie zauważając, że pod fasadą dobrych wskaźników makroekonomicznych kryje się głęboka bezradność, a ucieczka przed odważnymi reformami jedynie odkłada w czasie nieuchronne załamanie obecnego systemu.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Photo by Mathieu Habegger on Unsplash

