Rękawiczka teoretyczna, czyli moje zakupy w czasie epidemii

Od kilkunastu lat skupiam się na zakupach: strategiach sieci handlowych, ich polityce cenowej czy trendach konsumenckich. Do wczoraj! Teraz, jak wszystkich, zajmuje mnie tylko jedno – jaką rękawiczkę założyć na zakupy i jaka sekwencja ruchów zapewni bezpieczeństwo mi i innym. Po pierwszym dniu przyznaję – czuję się pokonana!

Przed godziną 20 zdałam sobie sprawę, że mleko w lodówce niebezpiecznie zbliża się do poziomu alarmowego. Pół butelki. Kiedyś uznałabym, że mleka mam w bród, bo mogę w każdej chwili wyskoczyć do jednego z dwudziestu okolicznych sklepów i dokupić. Jeszcze lepiej wysłać nastoletniego syna. Dziś jednak rozumiejąc, że sklepy mają swoje ograniczenia: godzinowe, towarowe i prawne oraz chcąc uniknąć potencjalnych kolejek, i ewentualnej odpowiedzialności karnej w przypadku wysłania samego nastolatka na zewnątrz, ruszyłam na zakupy.

Wcześniej przejrzałam swoje zbiory rękawic: zimowe, ogrodowe, medyczne (do sprzątania) i jednorazowe (od farby do włosów). Zdecydowałam się na medyczne. Okazało się, że w zasobach mam tylko jedną, bo nie przeczuwając nadchodzących obostrzeń, w ubiegłym tygodniu nieopatrznie zużyłam drugą w trakcie mycia okien. Zaopatrzona w jedną, jak w totem, udałam się do pobliskiego sklepu. Drugą rękę obficie spryskałam żelem antybakteryjnym.

PRZECZYTAJ TAKŻE:

Nie było kolejki. Hura. Z radości zapomniałam założyć rękawiczkę na rękę. Zostałam pouczona przez pana ochroniarza. Natychmiast naciągnęłam na prawą. Starając się nie dotykać niczego, poza towarem umieszczanym w koszyku, wrzucałam rzeczy bezładnie (pomimo, że jeszcze dwa tygodnie temu była minimalistką). Śpieszyłam się. Wydawało mi się, że tak trzeba. Naczytałam się już wcześniej, że osoby włóczące się po sklepie bez celu oceniane są z najwyższą surowością. A takie, które zamierzają kupić tylko jeden produkt czeka ostracyzm społeczny.

Starałam się zachowywać odstęp od klientów, półek i pracowników. Szłam bokiem. Zdałam sobie sprawę, że nie zabrałam własnej torby na zakupy. Kupiłam plastikową, co do tej pory potępiałam jako niepotrzebne marnowanie zasobów. Gdy doszło do płacenia, chciałam użyć aplikacji w telefonie, wiedząc, że płatności bezdotykowe to właściwy sposób. Przez rękawiczkę telefon nie był w stanie odczytać skanu odciska palca. Miałam przy sobie gotówkę, ale musiałabym przejść z zakupami do innej kasy i zacząć całą operację od początku. Przerażona zdjęłam rękawiczkę i zapłaciłam. Mogłam zabrać paragon i zakupy. W zdenerwowaniu naciągnęłam rękawiczkę jeszcze raz (wiem – błąd). Gdy dotarłam do domu od razu umyłam ręce i rozpakowałam zakupy. Okazało się, że nie kupiłam mleka. Trudno, pójdę jutro. Chociaż nie wiem, czy się odważę.

Moje niezdarne doświadczenie zakupowe to pokłosie przepisów wprowadzonych 1 kwietnia. Póki co do 11 kwietnia, zgodnie z rozporządzeniem rady ministrów, sklepy na czas robienia zakupów mają obowiązek zapewnienia klientom płynu do dezynfekcji lub rękawic jednorazowych. Istotne jest słówko lub. Spełnienie bowiem już jednego warunku to wywiązanie się z nałożonego prawem wymagania. Klient jednak ma robić zakupy w rękawiczkach jednorazowych. Tylko skąd ma je wziąć w czasach permanentnego braku w zaopatrzeniu medycznym i długich terminów dostaw w e-sklepach? Jak wybrnąć z tego paradoksu?

Jako klient mam obowiązek robić zakupy w rękawiczkach jednorazowych, zaś sklep zgodnie z wymaganiem ustawy zapewnia tylko płyn do dezynfekcji. Nie mam rękawiczek. Mogę wejść, czy mam zawrócić i do sklepu wrócić po 11 kwietnia? Czas trwającej epidemii to niewątpliwie okres, gdy niezbędne jest tworzenie prawa szybko. Czy jednak musi ono być pisane tak, by nawet najprostsze czynności zmieniały się w absurdalny wybór? Pytam retorycznie.

DlaHandlu.pl>>>

Polska-IE: Udostępnij...
Szef KPRM o zaopatrz
Wici! Sprawmy, by po
EnglishIrishPolishRussianSpanish
EnglishIrishPolishRussianSpanish