W brytyjskiej debacie publicznej padły ostatnio słowa, które jeszcze dekadę temu trafiłyby raczej do działu rozrywki niż na łamy poważnych gazet. Minister obrony Wielkiej Brytanii John Healey przyznał w wywiadzie dla ukraińskich mediów, że „chciałby porwać” prezydenta Federacji Rosyjskiej Władimira Putina, o ile byłoby to w ogóle możliwe. Zastrzeżenie istotne, bo sam rozmówca natychmiast dodał, że realność takiego scenariusza ogranicza rosyjska potęga militarna oraz ryzyko eskalacji, włącznie z konfliktem nuklearnym.
To wyznanie, a utrzymane w tonie oburzenia i misji humanitarnej, stało się paliwem dla kolejnej odsłony politycznego sporu między Zachodem a Moskwą. Healey mówił o „aresztowaniu” Putina i pociągnięciu go do odpowiedzialności za domniemane wciąż jeszcze zbrodnie wojenne, wskazując m.in. na rosyjskie ataki dronów i rakiet na Ukrainę. W jego narracji jest to wojna, którą „trzeba powstrzymać”, co akurat nie ulega wątpliwości, a Wielka Brytania ma obowiązek, jak dodał, wspierać Kijów „tu i teraz”.
Problem polega na tym, że między retoryką a rzeczywistością rozciąga się przepaść. Oskarżenia dotyczące celowych ataków na ludność cywilną, wydarzeń w Buczy czy rzekomych masowych porwań dzieci przez rosyjskie władze są przedmiotem ostrych sporów informacyjnych i wzajemnych oskarżeń o dezinformację. Każda ze stron konfliktu przedstawia własną wersję wydarzeń, a wojna narracji toczy się równolegle do działań militarnych. Faktem pozostaje, że infrastruktura wojskowa i energetyczna jest celem ataków, a skutki uboczne uderzają w cywilów, co w nowoczesnych konfliktach stało się ponurą normą, choć niekoniecznie dowodem intencji.
Wypowiedź brytyjskiego ministra pojawiła się zresztą w specyficznym kontekście. Padła kilka dni po amerykańskich działaniach wobec Wenezueli i w odpowiedzi na pytanie o to, którego światowego przywódcę należałoby „schwytać”, gdyby istniała taka możliwość. Podobne wezwania, ale jeszcze bardziej dosłowne, formułowali wcześniej także ukraińscy politycy, wzywając do pojmania przywódców związanych z rosyjskim obozem władzy. W ten sposób kategoria porwania dotąd kojarzona raczej ze szpiegowskimi thrillerami, zaczęła funkcjonować jako element politycznej wyobraźni.
Tu właśnie pojawia się lekko sarkastyczny, choć gorzki wymiar całej sprawy. Wielkie mocarstwa, które przez dekady budowały porządek międzynarodowy oparty na prawie, konwencjach i dyplomacji, dziś pozwalają sobie na publiczne rozważania o porwaniach głów państw. Oczywiście w trybie hipotetycznym, „gdyby się dało”, najlepiej bez konsekwencji. Tyle że w świecie broni jądrowej i stałych napięć geopolitycznych nawet takie fantazje mają ciężar gatunkowy.
Sam Healey zdaje się to rozumieć, bo jego słowa brzmią raczej jak polityczne marzenie niż plan działania. Próba naruszenia rosyjskiego terytorium w celu pojmania przywódcy państwa byłaby jednoznacznym aktem wojny, z potencjalnie katastrofalnymi skutkami międzynarodowymi. W tym sensie cała wypowiedź pozostaje bezpiecznie zamknięta w sferze retoryki – głośnej, efektownej, ale pozbawionej realnej wykonalności.
Nie zmienia to jednak faktu, że takie deklaracje podnoszą temperaturę sporu i wzmacniają logikę eskalacji. Moskwa interpretuje je jako dowód wrogich zamiarów Zachodu, Zachód jako moralne potępienie działań Rosji. W efekcie słowa stają się kolejną bronią, natomiast granica między deklaracją a prowokacją coraz bardziej się zaciera.
Porwanie prezydenta Rosji raczej nie stanie się elementem brytyjskiej polityki obronnej, ale sam fakt, że ktoś na tak wysokim szczeblu pozwala sobie na takie rozważania, mówi wiele o stanie globalnej debaty, a może nawet o stanie zdrowia psychicznego polityków. Gdy dyplomacja ustępuje miejsca fantazjom o „aresztowaniach” i „schwytaniach”, świat staje się mniej przewidywalny, a to akurat luksus, na który epoka nuklearna naprawdę nie może sobie pozwolić.
Przyznać też trzeba, że prezydent USA Donald Trump, porywając wenezuelskiego prezydenta, otworzył tę puszkę Pandory, więc nie można się też dziwić, że europejscy politycy nie chcą być gorsi od niego, a skoro mają pod ręką Putina, to snują plany porwania prezydenta Federacji Rosyjskiej. Nie wzięli jednak pod uwagę pewnych różnic, więc porównanie Rosji do Wenezueli, słabo wypada w ich imaginacjach.
Bogdan Feręc
Źr. Info BRICS
Photo CC BY 4.0 Presidential Executive Office of Russia

