Przeklnę Cię…

Nie jestem jedynym sprawiedliwym, w którego można rzucić kamieniem…, czy jakoś tak, ale nadal denerwuje mnie „język polski” słyszany na irlandzkich ulicach i w innych miejscach publicznych.

W ostatnich dniach miałem okazję przysłuchiwać się pewnej rozmowie, a ta odbywała się na dworcu kolejowym w Galway, gdzie odbierałem bilet na zaplanowaną wcześniej podróż. Obok automatów biletowych znajduje się niewielki kiosk z kawą i czymś do przekąszenia, a w nim pani Polka i dostawca „milkman”, też polski.

Wszystko byłoby w najlepszym porządku, bo pani stała za ladą, pan dostawca po drugiej stronie, a i dyskusja była ciekawa, albowiem dotyczyła śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza.

Pech, bo znajdowałem się tam jeszcze ja, a że niełatwo mnie rozpoznać, bo byłem w przebraniu zwykłego człowieka, a i przyodziany na irlandzką nutę, stanąłem sobie w kąciku i nasłuchiwałem. O ile rozmowa, jaką zasłyszałem, stała się wyrazem niezadowolenia z samego faktu zabójstwa, a i chwalono prowadzoną od prawie 30 lat akcję zbierania pieniędzy na sprzęt do szpitali, to jednak nasza polskość wzięła górę, bo zdania sowicie okraszone były typowymi dla naszej słowiańskiej mowy „przerywnikami”.

Rozumiem, że sprawa zabójstwa jest bulwersująca, a i można do niej podchodzić w sposób emocjonalny, jednak było to miejsce publiczne, więc i należało założyć, iż ktoś zrozumie naszą rodzimą „ku*wę, c**je, a te słowa odmieniane były przez wiele przypadków. Były też inne, ale może już mniej dosadne, jednak padały z ust rozmówców, chociaż dworzec w Galway nie zionął wtedy pustką. W trakcie rozmowy przewinęło się w najbliższej okolicy kiosku przynajmniej kilka osób, więc mogły usłyszeć zarówno samą dysputę, jak i „przerywniki”.

Powiedzmy to sobie otwarcie, Irlandczycy znają nasze przekleństwa, czyli zapewne wyłapali je z potoku słów, a o to nie było trudno, gdyż było ich sporo.

Kolejny przykład naszej „rodzimej” mowy pochodzi z jednego ze sklepów niemieckiej sieci, a ten znajduje się na całkiem sporym osiedlu w Galway, które upodobali sobie Polacy i inne mniejszości z Europy Wschodniej. Otóż wchodząc do jakże gościnnych sklepowych duktów, wcale nie trzeba zbyt długo czekać, aby usłyszeć znane nam wszystkim przekleństwa, bo płyną pokaźnym strumieniem z ust rodaków.

Co ważne, w handlowym przybytku znajduje się zazwyczaj duża ilość klientów, w tym dzieci, czyli nie można powiedzieć, że latorośle wyssały przekleństwa z mlekiem matki, ale nauczyły się ich w sklepie i kultywując tradycję rodziców, powtarzać będą wpojone im słownictwo.

Nie będzie na miejscu czepiać się wyłącznie nabywców, którzy w rozmowach podkreślają swoje przywiązanie do języka ojczystego, bo i personel, a sporo w tym gronie Polaków, także samo sprawnie posługuje się wulgaryzmami, tworząc wiązanki słownych przekleństw.

Gdyby tego było mało, to mam kolejny przykład i będzie nim koncert polskiego wykonawcy Sławomira, który gościł w grudniu w Galway. Koncert, jak to koncert, ale ciekawsze były chwile przed nim, bo zebrana w foyer Teatru Miejskiego w Galway publika, z wyraźną lubością posługiwała się podwórkową łaciną, więc najzwyczajniej w świecie przeklinała, niosąc przekaz naszej mowy narodowej światu zachodniemu. Dla porządku dodam, że tylko część uczestników koncertu, jednak to chyba niczego w tym przypadku nie zmieni.

Jak napisałem na wstępie, nie jestem wolny od wulgaryzmów, zdarza mi się użyć czasami takiego słowa, ale zazwyczaj robię to w sytuacjach prywatnych, albo kiedy wymaga tego dramaturgia wypowiedzi. Bronię się przed przeklinaniem w miejscach publicznych, a i rażą mnie nasze polskie przekleństwa, któ®e rzucane są ot, tak sobie lub zastępują dużą część krasomówczych wyczynów.

Prosić nie będę, tym bardziej wymagać, ale zawsze wolno mi na to zwrócić uwagę, bo ani chluby, ani pożytku z takich oracji nie będziemy mieli żadnych.

Bogdan Feręc

Część tekstu inspirowana opowiadaniami niejakiego Wiesława S.

Znajdź nas:

Crossword on Sunday
Tak musiało się st
Translate »
RSS
Facebook
Facebook
LinkedIn