W czasach geopolitycznych wstrząsów najłatwiej zarobić na strachu i premier Irlandii Micheál Martin postanowił przeciąć takie kalkulacje jednym, jasnym komunikatem, więc wykorzystywanie kryzysu w Zatoce Perskiej do nieuzasadnionego podnoszenia cen, co uznaje za nieuczciwość, a dodał, że państwo może reagować na takie przypadki z dużą surowością.
Ostrzeżenie pojawiło się w momencie gwałtownego wzrostu cen energii, wywołanego eskalacją konfliktu na Bliskim Wschodzie. Żegluga przez Cieśninę Ormuz – kluczowy szlak między Iranem a Omanem, którym transportuje się około jednej piątej światowej ropy oraz znaczne ilości skroplonego gazu ziemnego – została niemal całkowicie wstrzymana po atakach i odwetowych uderzeniach Iranu. Wówczas rynki zareagowały natychmiast i kontrakty terminowe na ropę Brent wzrosły w tym tygodniu o niemal 10 procent, a ceny europejskiego gazu ziemnego poszybowały jeszcze mocniej.
W tych warunkach premier nie zostawił miejsca na dwuznaczność. „Nie ma żadnego wytłumaczenia dla wzrostu cen na stacjach benzynowych wczoraj czy gdziekolwiek indziej, skoro nasza ropa pochodzi z Morza Północnego” – powiedział przed posiedzeniem gabinetu. Podkreślił, że rząd spotkał się z przedstawicielem urzędu ds. konkurencji i konsumentów i zwrócił się o zbadanie branży pod kątem nieuczciwych praktyk cenowych.
To sygnał, że władze są gotowe przyjrzeć się marżom i mechanizmom kształtowania cen. W praktyce chodzi o klasyczny problem, czy podwyżki są efektem realnych kosztów, czy też wyprzedzająco „wkalkulowaną” paniką.
Międzynarodowy Fundusz Walutowy monitoruje całą sytuację, wskazując na pojawiające się już zakłócenia w handlu, wzrost cen energii i zwiększoną zmienność rynków finansowych. Jednocześnie MFW podkreśla, że na ocenę pełnego wpływu konfliktu na gospodarkę regionu i świata jest za wcześnie, bo wszystko zależy od skali i czasu trwania kryzysu.
Z perspektywy Irlandii kluczowe pytanie brzmi, gdzie sytuacja uderzy najmocniej? Profesor ekonomii energetycznej na UCD Lisa Ryan zwraca uwagę, że problemem może być przede wszystkim gaz, a nie ropa. Irlandia zaopatruje się głównie w surowiec z Morza Północnego, Wielkiej Brytanii i Norwegii, co oznacza, że bezpośrednie zakłócenia w Cieśninie Ormuz nie powinny automatycznie przekładać się na ceny paliw na stacjach.
Inaczej wygląda sytuacja na rynku gazu. Ceny wzrosły w ostatnich dniach o 33 procent. Europa ma obecnie niskie zapasy, bo około 30 procent, co jest typowe pod koniec zimy, ale w warunkach napięć geopolitycznych staje się powodem do niepokoju. Po inwazji Rosji na Ukrainę kontynent w większym stopniu uzależnił się od skroplonego gazu ziemnego z Bliskiego Wschodu, więc jeśli jego dostawy są zagrożone, reakcja rynku jest natychmiastowa. Profesor Ryan zwróciła uwagę na jeszcze jeden mechanizm, gdyż firmy często kupują surowce z wyprzedzeniem i zabezpieczają ceny, co oznacza, że podwyżki detaliczne nie powinny następować z dnia na dzień. Jeśli jednak przedsiębiorcy spodziewają się długotrwałych niedoborów, mogą podnosić ceny wcześniej, zakładając przyszły wzrost kosztów.
Tu właśnie pojawia się pole do nadużyć. Globalny rynek energii jest systemem ściśle ze sobą połączonym i nawet jeżeli Irlandia nie importuje ropy bezpośrednio z Bliskiego Wschodu, ceny w Europie rosną, bo surowiec trafia tam, gdzie jest najbardziej potrzebny.
To jednak nie oznacza automatycznej zgody na każdą podwyżkę i stanowisko premiera, wpisuje się w szerszy kontekst ochrony konsumentów w czasach kryzysu. Gospodarka może przyjąć cios geopolityczny, ale nie powinna jednak tolerować spekulacji pod przykrywką wojny.
Rząd sygnalizuje, że będzie uważnie patrzył na ręce branży paliwowej i energetycznej, a w sytuacji, gdy inflacja energetyczna uderza w budżety domowe i konkurencyjność przedsiębiorstw, granica między uzasadnioną reakcją rynku a cynicznym wykorzystaniem sytuacji staje się cienka. Premier jasno dał do zrozumienia, że przekroczenie tej granicy może spotkać się z twardą odpowiedzią państwa.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Fot. Kadr z nagrania RTE

