W polityce wielkie słowa potrafią ciąć jak brzytwa. Czasem jednak, jak w tym przypadku, zamiast elegancko przecinać węzeł, tylko go dodatkowo zaciskają. Premier Micheál Martin reagując na blokadę rafinerii Whitegate w hrabstwie Cork, wyciągnął z arsenału retorycznego najcięższe działa i nazwał protest „aktem sabotażu narodowego”. Brzmi mocno, ale czy trafnie?
W kraju, gdzie ceny paliw przyprawiają kierowców o palpitacje serca, a gospodarstwa domowe i firmy liczą każdy cent, protestujący – ośmiu kierowców, ośmiu rolników i kilkadziesiąt osób, postanowili wybrać starą jak świat i demokrację metodę, czyli stanąć tam, gdzie najbardziej widać problem. Ich blokada faktycznie zatrzymała transport paliw i odcięła znaczną część strategicznych rezerw paliwa, jednak problem jest realny, a konsekwencje poważne. Tu warto się jednak zastanowić, czy to „złowrogi i nikczemny atak na gospodarkę”, jak dodał wicepremier Simon Harris?
Cóż, jeśli to atak, to wyjątkowo przewidywalny i wprost komunikowany, a protestujący mówią otwarcie, czego chcą. Żądają rozmowy, nie obalenia państwa, a to różnica, którą rząd zdaje się gubić w pośpiechu i retorycznej gorączce.
Kiedy premier przekonuje, że protest „pozbawia mieszkańców kraju dostępu do niezbędnych paliw” i „nie ma absolutnie żadnego sensu”, brzmi to tak, jakby gniew ludzi pojawił się z kaprysu, a nie z rachunków, które zaczęły doprowadzać domowe budżety do wrzenia. Owszem, blokady uderzają w łańcuch dostaw, ale ignorowanie przyczyn nie sprawi, że znikną. To trochę jak przysłowiowe wstawanie bez słowa od stołu, gdy zupa jest za słona.
Rząd posłużył się argumentem, że „Irlandia nie jest krajem bezprawia”, a decyzji nie może wymuszać „niewybieralna grupa”. Zgoda, bo to demokracja, nie TikTok, ale w demokracji protest jest jednym z jej najbardziej podstawowych narzędzi. Jeżeli obywatele nie mogą podnieść głosu tam, gdzie władza najmocniej odczuwa nacisk, to pozostaje im jedynie milczeć i płacić coraz więcej, a to dopiero byłoby groźne.
Z kolei Fuels For Ireland bije na alarm, bo połowa krajowych zapasów jest zablokowana, a jeśli protest potrwa, pojawią się poważne reperkusje. I tu pojawia się gorzka ironia, bo dyrektor Kevin McPartlan sam przyznaje, że „w kraju nie brakuje paliwa, problemem jest to, że nie można się poruszać”. Jak dodaje, paliwo jest, tylko system, który je dystrybuuje, okazuje się niespodziewanie kruchy, a to nie protestujący go zbudowali.
Wielkie słowa w ustach władzy mogą brzmieć jak sygnał alarmowy, ale często też ujawniają nerwowość. Nazywanie protestu „sabotowaniem narodu” to próba postawienia obywateli przeciw obywatelom, zanim dojdzie do jakiejkolwiek rzeczowej rozmowy. Jednak ludzie, którzy stoją nocą pod rafinerią, nie sabotują kraju, bo bardziej sabotują bezsilność wobec rosnących cen. Zamiast więc przerzucać się dramatycznymi określeniami, premier i ministrowie mogliby zrobić coś znacznie bardziej rewolucyjnego w świecie polityki, więc uznać, że rozwścieczone społeczeństwo to nie wróg, lecz sygnał. Sygnał, że czas w końcu rozmawiać nie o protestach, lecz o cenach, które ludzi doprowadziły na skraj cierpliwości.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Fot. Dzięki uprzejmości RTE

