Irlandzki premier Micheál Martin nie miał nastroju do politycznych ornamentów i w Warszawie, stojąc obok Donalda Tuska, powiedział, że to, co dzieje się na światowych rynkach energii po zamknięciu Cieśniny Ormuz przez Iran, jest „prawdopodobnie najgorszym kryzysem w historii”. Szef irlandzkiego rządu sugerował, że może być gorzej, o ile sytuacja nie zacznie się normalizować. Nie ma w tym przesady, bo czuć, że Europa wchodzi w okres, w którym ostrożność nie jest już cnotą, tylko instynktem przetrwania.
Martin odbywa intensywną serię rozmów z europejskimi liderami, zanim w lipcu Irlandia przejmie półroczne przewodnictwo w Radzie UE. W Helsinkach konferował z Petterim Orpo, kilka godzin później lądował w Warszawie. W tle wielka polityka, ale w centrum znalazły się paliwa, gaz i elektryczność, czyli to, co dotyka ludzi najszybciej i najmocniej. Premier apelował, by korzystać z energii „tak mądrze, jak to możliwe”. Brzmiało to bardziej jak wołanie, niż zwykła rządowa zachęta, a jak sam podkreślił, obecny wstrząs podaży jest cięższy niż ten z lat 70.
Polska właśnie w dniu wizyty Micheála Martina wprowadziła dzienny limit cen paliw, ustalany przez ministra energii. Irlandia takiego ruchu jeszcze nie planuje, ale premier powiedział bez ogródek, że różnice w miksie energetycznym między oboma krajami nie pozwalają mu kopiować warszawskiego rozwiązania. Rząd w Dublinie zamiast tego poszedł w szeroki pakiet pomocowy oraz dodatki dla rodzin najciężej dotkniętych podwyżkami. „Musimy być ostrożni w interwencjach”, zaznaczył.
W Brukseli, a równolegle z wizytami Martina minister Darragh O’Brien rozmawiał z europejskimi szefami resortów energii i również ton był jednoznaczny, bo sytuacja geopolityczna zmienia się tak szybko, że nikt nie udaje, iż ma gotową mapę wyjścia z kryzysu. O’Brien chwalił list od Ursuli von der Leyen z propozycjami dotyczącymi opłat za energię elektryczną. Widać jednak, że za unijną dyplomacją kryje się narastająca presja i każde państwo patrzy na własne słupki popytu oraz zapasów gazu, choć wszyscy trzymają fason wspólnotowej solidarności.
UE ustami komisarza ds. energii Dana Jorgensena mówi natomiast, że „konieczne” jest ograniczanie popytu na paliwa, szczególnie na olej napędowy i paliwo lotnicze. „Sytuacja może się jeszcze pogorszyć” – przestrzegł. Brzmi to jak rozpoczęcie przygotowań do długiej, niekomfortowej drogi przez okres niestabilnych dostaw i cen, które będą miały wpływ na całą unijną gospodarkę. Bruksela podkreśla, że nie brakuje samej ropy, ale problemem są ceny i strach, który napędza spekulacje. Z unijnych rezerw strategicznych wypuszczono już około 400 milionów baryłek. To największa akcja tego typu w historii, a mimo to ceny utrzymywały się w kategorii wysokich.
Minister O’Brien zwrócił uwagę, że złagodzenie wymogów dotyczących zapasów gazu z 90% do 80%, choć Irlandia nie ma własnych magazynów, zmniejszy presję na ceny. To taki europejski mechanizm naczyń połączonych i jeśli inni zużyją mniej, to mieszkańcy Irlandii także zapłacą trochę mniej.
Europa miota się między koniecznością oszczędzania energii a próbą utrzymania gospodarki przy życiu, natomiast premier Martin, człowiek raczej stonowany, mówi o „najgorszym kryzysie w historii” tonem, który nie zostawia miejsca na złudzenia i zakończenie wojny to według niego jedyna naprawdę skuteczna ulga.
W powietrzu i wypowiedziach polityków czuć niepokój, ale także coś jeszcze, że nadchodzi czas, w którym pokolenia przyzwyczajone do stabilnych dostaw i taniego paliwa będą musiały nauczyć się starej sztuki umiaru. Europejski pejzaż energetyczny dojrzewa do epoki, w której nic nie jest dane raz na zawsze, a mądrość, o którą premier tak prosi, staje się rodzajem codziennej cnoty, nie tylko hasłem z konferencji prasowej.
***
Tak na marginesie, gdyby zrezygnować z podatku węglowego i opłat, które wiążą paliwa z Zielonym Ładem, cena litra benzyny i oleju napędowego, spadłaby o circa 24 centy, choć niektórzy ekonomiści mówią, że mogłoby to być nawet 32 euro centy.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Fot. Dzięki uprzejmości RTE

