Najnowszy odczyt Central Statistics Office (CSO) przyniósł rynkom chwilowe, niemal psychologiczne wytchnienie. Roczny wskaźnik inflacji konsumenckiej w czerwcu 2026 roku wyhamował do poziomu 3,4 proc., notując symboliczny spadek w porównaniu z wartością 3,6 proc. odnotowaną w maju. Dla powierzchownego obserwatora procesów makroekonomicznych mógłby to być sygnał, że restrykcyjna polityka monetarna ostatecznie dusi presję cenową. Jednak dogłębna analiza strukturalna koszyka inflacyjnego oraz gwałtowne zaostrzenie sytuacji geopolitycznej na Bliskim Wschodzie każą porzucić ten przedwczesny optymizm.
Wszystko bowiem wskazuje na to, że obecne spowolnienie jest jedynie krótkotrwałą anomalią, a gospodarka stoi u progu gwałtownego odwrócenia trendu i nowej, jesiennej fali drożyzny.
Optymistyczny obraz czerwcowych danych opiera się głównie na stabilizacji cen podstawowych artykułów spożywczych, co w swoim komentarzu podkreślił starszy statystyk CSO Anthony Dawson. W skali roku odnotowano realne obniżki cen wielu bazowych produktów i funt masła staniał o 54 centy, kilogram steku z polędwicy o 35 centów, a cena dwulitrowego kartonu pełnotłustego mleka spadła o 9 centów. Nawet cena tradycyjnego białego chleba krojonego pozostała idealnie stabilna w stosunku do czerwca ubiegłego roku.
Te jednostkowe spadki, choć zauważalne przy kasach, maskują jednak potężne napięcia w innych segmentach rynku. W tym samym czasie ceny jaj poszybowały w górę o 10 proc., kawy o 5 proc., a koszty usług w sektorze gastronomicznym nie przestają rosnąć, czego symbolem jest wzrost ceny kufla piwa w pubie – stout podrożał w ciągu roku o 26 centów do poziomu 6,32 euro, a lager o 21 centów do kwoty 6,15 euro.
Prawdziwym motorem napędowym ukrytej presji inflacyjnej pozostają jednak koszty stałe, niemal niezależne od bieżących decyzji konsumenckich. Miesięczny wzrost cen o 0,3 proc. w ujęciu maj do czerwca został zdeterminowany przez drastyczne podwyżki w sektorze edukacji wyższej (będące efektem rewizji stawek czesnego z października ubiegłego roku), oraz stale rosnące czynsze mieszkaniowe i wyższe stopy procentowe kredytów hipotecznych. Co więcej, sektor prywatnej opieki medycznej również dokłada swoją cegiełkę do inflacyjnej układanki – ubezpieczenia zdrowotne podskoczyły o 9 proc. w skrócie po serii skoordynowanych podwyżek składek u głównych rynkowych ubezpieczycieli: VHI, Laya oraz Irish Life Health.
Jedynym znaczącym i odczuwalnym spadkiem w ujęciu rocznym okazały się koszty ubezpieczeń komunikacyjnych, które obniżyły się o 3,3 proc.
Klucz do prognozowania trajektorii inflacji na drugą połowę 2026 roku leży jednak poza granicami kraju i tkwi w surowcach energetycznych. Zanim jeszcze czerwcowe dane ujrzały światło dzienne, ceny na stacjach paliw zdążyły drastycznie wzrosnąć w ujęciu rocznym. Olej napędowy podrożał o 14 proc., osiągając astronomiczną cenę 1,88 euro za litr, natomiast benzyna poszybowała w górę o 9 proc. do poziomu 1,84 euro za litr. Prawdziwy dramat dotyka jednak 750 tysięcy właścicieli gospodarstw domowych ogrzewanych olejem opałowym, którego cena w ciągu ostatnich 12 miesięcy skoczyła o niewiarygodne 49 proc.
Wszystkie te zjawiska to zaledwie uwertura do tego, przed czym oficjalnie ostrzegają gubernator Banku Centralnego Irlandii Gabriel Makhlouf oraz eksperci z Instytutu Badań Gospodarczych i Społecznych (ESRI). Druga runda konfliktu w Zatoce Perskiej zaczyna generować potężne efekty wtórne. Gabirel Makhlouf wprost zapowiada, że jesienią Irlandia zderzy się z gwałtownym przyspieszeniem dynamiki cen, gdy skumulowane koszty energii z początku roku ostatecznie przełożą się na marże producentów i uderzą w globalne łańcuchy dostaw.
Sytuację radykalnie zaostrza retoryka Waszyngtonu. Ostrzeżenia Donalda Trumpa o możliwości fizycznego przejęcia przez amerykańską administrację wyspy Kharg – kluczowego punktu na mapie irańskiego eksportu ropy naftowej – wywołały natychmiastową, paniczną reakcję rynków terminowych. Tylko od początku tego tygodnia cena baryłki ropy typu Brent wzrosła o blisko 10 dolarów. Tak drastyczny skok cen surowca na giełdach towarowych z kilkutygodniowym opóźnieniem przełoży się na drastyczne podwyżki hurtowych cen paliw, prądu i gazu.
Z ekonomicznego punktu widzenia czerwcowe wyhamowanie inflacji do 3,4 proc. należy traktować jako łabędzi śpiew okresu przejściowego. Trwałe fundamenty podwyższonej inflacji bazowej, połączone z nadchodzącym, gigantycznym szokiem podażowym na rynku paliw, niemal gwarantują, że już pod koniec trzeciego kwartału zaobserwujemy gwałtowny powrót do trendu wzrostowego.
Przedsiębiorstwa i gospodarstwa domowe powinny przygotować się więc na scenariusz stagflacyjny, w którym dynamika cen ponownie wymknie się spod czyjejkolwiek kontroli.
Dla wyjaśnienia, stagflacja to wyjątkowo niefortunny i trudny do zwalczenia stan gospodarki, w którym jednocześnie występują dwa negatywne zjawiska: stagnacja gospodarcza (brak wzrostu PKB, wysokie bezrobocie lub ogólny paraliż biznesu) oraz wysoka inflacja (gwałtowny wzrost cen). W normalnych warunkach rynkowych te dwa stany się wykluczają, bo gdy gospodarka zwalnia, ceny zazwyczaj spadają lub rosną wolniej. Stagflacja odwraca te zasady do góry nogami. Najczęściej wywołuje ją nagły szok podażowy, np. drastyczny wzrost cen surowców energetycznych (takich jak ropa naftowa czy gaz).
Dla banków centralnych stagflacja to prawdziwy koszmar decyzyjny. Jeśli zaczną podnosić stopy procentowe, by walczyć z inflacją, jeszcze bardziej pogłębią recesję i dobiją słabnącą gospodarkę. Jeśli natomiast obniżą stopy, by ratować wzrost gospodarczy, doleją oliwy do ognia i spowodują, że ceny wymkną się spod jakiejkolwiek kontroli.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Photo by Immo Wegmann on Unsplash

