Pokolenie urodzone około roku ʼ68 jest najbardziej dysfunkcyjnym ideologicznie elementem społeczeństwa

Lepsze od socjologicznych analiz powodów tego stanu rzeczy będą kartki z życiowego kalendarza konkretnej, przykładowej i spektakularnej ofiary antykultury, przedstawiciela tego pokolenia.

Jan Maciej Piotrowski

Zbyt młody, nie brał udziału w ostatnich, najważniejszych dla narodu wydarzeniach wspólnotowych. Widział co prawda św. Jana Pawła na Żwirki i Wigury w ʼ78 (daleko nie miał). Pamięta też, jak zapłakany tłumaczył matce, że to nie on zepsuł telewizor, ale to przez tego w ciemnych okularach nie było Teleranka. Zapamiętał nastrój pierwszej Solidarności dzięki domowi stojącemu na silnych tradycjach AK-owskich z każdej strony i opozycyjnej „karierze” rodziców. Babcie dbały o jego rozwój religijny. Był nawet ministrantem. Po ich śmierci starszy, inteligentny syn przyjaciół rodziców wytłumaczył mu głębię materializmu dialektycznego. Miał wtedy 13 lat.

Dystansu do rzeczywistości i pasożytnictwa uczył się w Bieszczadach w drugiej połowie lat 80., od najlepszych; w tych pięknych czasach, gdy sportowe picie było pełnym głębi i prawości wyrazem oporu i niezgody, a wszystko robiło się dla straty, nie dla zysku. W tych samych, licealnych latach duchowość poznawał dzięki lekturom Krishnamurtiego i Maharishiego. Jej praktyczne pogłębienie za pomocą substancji psychodelicznych zawdzięczał geniuszowi Carlosa Castanedy i jego spotkaniom z Don Juanem (wtedy jeszcze nie wiadomo było, że to wszystko jest konfabulacją). Pomimo to maturę zdał celująco w jednym z elitarnych warszawskich liceów. Rozpoczął studia na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie poza zajęciami akademickimi został skierowany do obligatoryjnych, pożytecznych prac na rzecz uczelni, polegających na niszczeniu tysięcy prac magisterskich Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR. Czuł, w czym uczestniczy. Nie groziło wojsko; indeks sam odebrał po zdanych egzaminach pierwszego roku.

Od początku siedział w tematach okołointernetowych. Został wolnym specjalistą. Słyszał, że język pracowników wielkiej, złodziejsko sprywatyzowanej firmy państwowej nie ulega pełnej transformacji, co wyrażało się w formie: „towarzysz prezes”. Widział walizki z kasą niesione do siedzib wielkich firm. Był nawet, nieświadomy, w radzie nadzorczej spółki założonej przez „wojskówkę”, starającą się odnaleźć na rynku nowych technologii. Obserwował, jak starzy przyjaciele zamieniają się korporacyjny prekariat. Od 2005, od początku głosował na PiS. Smoleńsk był wstrząsem ostatecznym; zdarzyło mu się bronić krzyży wyrywanych z rąk staruszkom.

Wystarczy tej opowieści. Jest ona przykładem, że będąc przedstawicielem tego pokolenia, będąc od młodości programowanym na świat bez Boga i Tradycji, można się naprawdę pogubić. Można zamknąć się w wewnętrznym świecie; dobrze, jeśli z rodziną, i tylko „robić kasę”. Dla wrażliwszych i bezkrytycznych jest jeszcze Wielka Orkiestra, a dla bardziej skupionych na sobie – także buddyzm tybetański. Wielu, przygniecionych kredytami i robiących w „korpo”, idzie na pełny oportunizm. (…)

Otrzymałem dar otwarcia się na katolicyzm oraz miałem sporo czasu na budowę swojego obrazu świata w nowych dla mnie, możliwie spójnych ramach. (…) W dalszej części spróbuję zachęcić Czytelników do własnych poszukiwań „wewnętrznego gruntu”, sygnalizując obszary i osoby, które wydają mi się kluczowe.

Cały artykuł Jana Macieja Piotrowskiego pt. „Rerum novarum postawy ideowej” znajduje się na s. 8 lutowego „Kuriera WNET” nr 56/2019, gumroad.com.

WNET.FM

Znajdź nas:

Nestlé wprowadza no
Mobilne rozwiązania
Translate »
RSS
Facebook
Facebook
LinkedIn