Pogrom małych firm w toku

Irlandzka gospodarka otrząsnęła się z letargu, w jaki wprowadzili ją rządzący, ale nie oznacza to, że wszystkim firmom udało się przetrwać lub przetrwają przez najbliższe miesiące.

Co jest powodem? Mała ilość klientów, a chodzi tu głównie o niewielkie firmy gastronomiczne, których podstawowym źródłem dochodów byli klienci biur i firm marketingowo-handlowych. O ile zjawisko nie jest tak bardzo widoczne w małych miastach, to całkiem inaczej wygląda w Dublinie, Cork i kilku większych aglomeracjach, gdzie pracownicy biurowi pracują, ale w domach.

Wiele przedsiębiorstw w chwili wybuchu pandemii koronawirusa, przeszło na model pracy domowej, a po odblokowaniu kraju, nadal utrzymują zatrudnione u siebie osoby, poza stałymi siedzibami firm.

To z kolei oznacza, że mniej osób korzysta z małych barów kanapkowych i sałatkowych, które tracą teraz nawet od 60 do 80 procent klientów. Sprawa wygląda też nieciekawie dla sprzedawców obwoźnych, bo i ci, cierpią z powodu braku chętnych na poranną i popołudniową kawę oraz ciastko, ale jeszcze próbują się ratować, handlem na osiedlach. Niestety i w tym przypadku utrata klientów jest duża, więc i zbliża się czas, kiedy te biznesy będą musiały poddać się presji wyniku ekonomicznego.

Ratunku szukają też punkty stacjonarne, podpisując umowy franczyzowe z dużymi sieciami, jednak to już całkiem inny rozdział handlu i także nie daje gwarancji na utrzymanie się na rynku.

Sytuacja raczej źle oceniana jest również przez właścicieli małych rodzinnych sklepików zajmujących się sprzedażą artykułów przemysłowych, bo i w tych, klientów jest mało, albowiem zmienił się model całego handlu i wywołany przez władze stan koronawirusowego napięcia, skierował klientów do supermarketów, ale częściej i chętniej robią teraz zakupy online. Jest jeszcze jedna strona problemów małych sklepów, bo z kolei właściciele wynajmowanych lokali, niechętnie skłaniają się ku obniżkom czynszu na najem, co w połączeniu z niższymi obrotami, daje wiele niewiadomych, głównie możliwości przetrwania na rynku.

Co zastanawiające, irlandzka prasa w ostatnich dniach wręcz entuzjastycznie wypowiadała się na temat stanu irlandzkiej gospodarki, ale zauważyć tam można pewną niewiedzę i nieznajomość tematyki ekonomicznej. Chodzi o to, że Ministerstwo Finansów poinformowało, iż tzw. barometr podatkowy wskazał obniżkę wpływów podatkowych na poziomie zaledwie 1,4%. To prawda i może sugerować, że gospodarka radziła sobie dobrze, ale tak nie jest. Dlaczego? Bo wpływy podatkowe podbudowane zostały rozliczeniami podatkowymi za ubiegły rok, a i wypłatami dywidend podatkowych spółek z udziałem Skarbu Państwa, co w rachunku końcowym, dało wizję gospodarki ochronionej przez rząd.

Tak też nie jest, bo rząd właściwie jest namiastką prawdziwego gabinetu, a taki wniosek można wyciągnąć, porównując ten i poprzednie ekipy sterujące wyspą. Wróćmy więc do premiera Endy Kenny’ego, który przejął kraj w głębokiej zapaści, więc działał, jak nakazywała chwila, wprowadzając wiele ograniczeń fiskalnych oraz odbierając ulgi podatkowe. Nie były to popularne posunięcia, ale w konsekwencji, Kenny i jego minister finansów Noonan, wyprowadzili kraj na prostą z pomocą pożyczonych z banków światowych pieniędzy. Tu należy zaznaczyć, że na scenie pojawił się ówcześnie Brutus, czyli Leo Varadkar, a ów, drobnymi kroczkami, rozpoczął marsz po władzę.

Leo Varadkar usunął z funkcji lidera Fine Gael Endę Kenny’ego, odebrał mu stołek premiera, ale stało się to już w chwili, kiedy Irlandia spłaciła większość zadłużenia, a i kondycja gospodarki była całkiem inna, bo już po kryzysie. Można się też zastanawiać, czy Leo Varadkar był dobrym przywódcą kraju? Raczej nie, gdyż władał nim w czasie światowej prosperity, czyli w warunkach sprzyjających rozwojowi, co oznacza, że nie musiał nic robić, aby gospodarcza karuzela kręciła się sama. Potwierdzenie? Gdyby irlandzkie społeczeństwo widziało tę kwestię inaczej, to z całą pewnością Fine Gael tworzyłoby trzeci własny gabinet, z małą przystawką, a nie z Fianna Fáil, czyli ugrupowaniem mieniącym się zwycięzcą wyborów.

Właśnie Fianna Fáil jest tą partią, która wprowadziła Irlandię w kryzys 2008 roku, chociaż nie można użyć stwierdzenia, że stricte do niego doprowadziła. W mojej ocenie, gdyby po pierwszych kryzysowych sygnałach gabinet „FF” zareagował tak, jak zrobił to rząd Fine Gael z premierem Kennym, to sytuacja mogłaby wyglądać trochę inaczej, więc wyspa, może poobijana, ale nie byłaby doprowadzona do ruiny.

Zastanawia mnie, czy poprzez chęć bycia u władzy, to marzenie o zasiadaniu w fotelu premiera, nie doprowadziło się do kolejnego wstępu do poważnych problemów ekonomicznych Irlandii, którą wąską dróżką nad gospodarczą przepaścią prowadzi Micheál Martin.

To prawda, nie wierzę, aby Fianna Fáil miała dobry program gospodarczy, nie wierzę, aby jej szef był odpowiednią osobą na stanowisku premiera, więc chciałbym zobaczyć tam osobę, która zajmie się krajem w odpowiedni sposób. Tak, chciałbym powrotu kilku polityków, tak samo, jak chciałbym, żeby kilku zniknęło z politycznego firmamentu, ale najbardziej chciałbym, żeby wyborcy, dali odczuć obecnej koalicji rządzącej, by nie szli tą drogą, bo swoją bylejakością, prowadzi kraj w nicość.

Bogdan Feręc

Polska-IE: Udostępnij
Zapłacisz za odwiez
SUKCES GLIWICKIEGO P