Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Pekin bez przełomu. Co naprawdę przyniosło spotkanie Trumpa i Xi?

Reklama
Reklama

President Donald Trump greets Chinese President Xi Jinping before a bilateral meeting at the Gimhae International Airport terminal, Thursday, October 30, 2025, in Busan, South Korea. (Official White House Photo by Daniel Torok)

Reklama
Reklama

Dwudniowa wizyta prezydenta USA Donald Trump w Pekinie miała być momentem wielkiego resetu między dwoma największymi mocarstwami świata. Biały Dom zapowiadał nowy etap relacji, rynki liczyły na przełom handlowy, a część republikańskiego establishmentu miała nadzieję, że Trump wróci z Chin z politycznym sukcesem, który pozwoli przykryć chaos związany z wojną z Iranem i rosnącą inflacją w Stanach Zjednoczonych. Tymczasem po opuszczeniu Pekinu przez Air Force One pozostało przede wszystkim jedno wrażenie, iż spektakl był ogromny, ale konkretów niemal zabrakło.

Wizyta pokazała jednak coś znacznie ważniejszego niż brak podpisanych umów. Ujawniła nowy układ sił między Waszyngtonem a Pekinem. Jeszcze podczas pierwszej kadencji Trump przyjeżdżał do Chin jako lider państwa przekonanego o własnej dominacji gospodarczej oraz militarnej. Dziś sytuacja wygląda inaczej. To Chiny sprawiają wrażenie mocarstwa spokojniejszego, cierpliwszego i pewnego swojej pozycji, podczas gdy Stany Zjednoczone coraz wyraźniej działają pod presją czasu, wojny, kosztów energii i politycznych napięć wewnętrznych.

Pekin doskonale to rozumiał. Ceremoniał był imponujący, bo to i wojskowe parady, starannie wyreżyserowane gesty przyjaźni, bankiety oraz monumentalna scenografia Państwa Środka. Xi Jinping przyjął Trumpa z pełnym imperialnym rozmachem, ale za fasadą uprzejmości kryła się chłodna strategiczna kalkulacja, w której Chiny nie przyjęły roli petenta. Nie spieszyły się z ustępstwami. Nie zaoferowały wielkiego porozumienia handlowego, którego potrzebował i potrzebuje Trump, a przede wszystkim nie pozwoliły, by Waszyngton narzucił ton rozmów.

Najbardziej widoczne było to w sprawie Tajwanu. To właśnie ten temat, bardziej niż handel czy Iran, zdominował spotkanie obu przywódców. Xi wprost ostrzegł, że niewłaściwe prowadzenie kwestii tajwańskiej może doprowadzić relacje chińsko-amerykańskie do „niebezpiecznego stanu”. Trump odpowiedział w charakterystyczny dla siebie sposób, czyli strategiczną niejednoznacznością, a i odmówił jasnej deklaracji, czy USA będą bronić Tajwanu militarnie. Prezydent nie zobowiązał się również do rozszerzenia dostaw broni dla wyspy, co w praktyce oznacza utrzymanie dotychczasowej amerykańskiej polityki „dwuznaczności”. Jednak sam ton wizyty sugerował coś więcej, ponieważ Waszyngton coraz ostrożniej balansuje wokół chińskich czerwonych linii.

To właśnie tutaj Pekin odniósł największe zwycięstwo polityczne. Nie dlatego, że Trump zmienił stanowisko USA wobec Tajwanu, lecz dlatego, że Chiny wymusiły na amerykańskim prezydencie defensywny styl działania. Jeszcze kilka lat temu Trump otwarcie groził Pekinowi wojną handlową i cłami, natomiast teraz przyleciał do Xi z potrzebą stabilizacji.

Ogromne znaczenie miał także kontekst irański. Wojna USA i Izraela z Iranem stała się cieniem unoszącym się nad całym szczytem. Administracja Trumpa liczyła, że Chiny, jako największy odbiorca irańskiej ropy, pomogą wywrzeć presję na Teheran i ograniczyć ryzyko dalszej destabilizacji Bliskiego Wschodu, którą nawiasem mówiąc, wraz z Izraelem same wywołały. Jednak Pekin nie zamierzał odgrywać roli wykonawcy amerykańskiej strategii i Chińskie stanowisko było ostrożne, niemal lodowato pragmatyczne.

Pekin poparł utrzymanie otwartych szlaków morskich, ale sprzeciwił się nuklearyzacji Iranu, choć jednocześnie unikał jednoznacznego opowiedzenia się po stronie Waszyngtonu. Chiny wysłały także czytelny sygnał, iż są gotowe pomagać w stabilizacji, ale wyłącznie na własnych warunkach i wyłącznie wtedy, gdy przyniesie im to strategiczne korzyści.

To bardzo istotna zmiana w globalnej architekturze siły. Jeszcze dekadę temu amerykańska administracja mogła oczekiwać od Pekinu współpracy w sprawach bezpieczeństwa międzynarodowego w zamian za dostęp do zachodnich rynków i technologii. Dziś Chiny dysponują wystarczającą siłą gospodarczą, technologiczną i polityczną, by negocjować z USA niemal jak równorzędne imperium.

W wymiarze gospodarczym wizyta również obnażyła nową rzeczywistość. Trump chwalił się zapowiedzią zakupu przez Chiny 200 samolotów Boeing oraz zwiększenia importu amerykańskich produktów rolnych. Problem polega jednak na tym, że po stronie chińskiej zabrakło konkretnego potwierdzenia skali tych zobowiązań. Inwestorzy szybko zorientowali się, że mamy do czynienia bardziej z politycznym marketingiem niż realnym przełomem gospodarczym. Efektem i to natychmiastowym stały się ceny soi, które spadły, a rynki przyjęły rezultaty szczytu z wyraźnym rozczarowaniem. To zresztą jedna z najważniejszych cech całej wizyty, więc brak wspólnego komunikatu końcowego. Nie opublikowano szczegółowego arkusza uzgodnień, nie pokazano harmonogramu realizacji ustaleń, nie przedstawiono nowego zarysu współpracy gospodarczej. W dyplomacji wielkich mocarstw takie luki mówią więcej niż najbardziej efektowne przemówienia, bo oznaczają, że fundamentalne spory pozostały nierozwiązane.

Tych sporów jest natomiast coraz więcej. Handel, technologie, sztuczna inteligencja, półprzewodniki, kontrola eksportu, dostęp do surowców strategicznych, Morze Południowochińskie, Tajwan, więc właściwie każdy filar relacji amerykańsko-chińskich pozostaje dziś polem konfliktu lub przynajmniej ostrej rywalizacji. Dlatego największym rezultatem spotkania Trump–Xi nie jest żadna konkretna umowa. Jest nim utrzymanie kanałów komunikacji między dwoma mocarstwami, które coraz bardziej przypominają rywali przygotowujących się do długiej epoki zimnej wojny XXI wieku. Różnica polega jednak na tym, że nowa zimna wojna nie będzie przypominała tej amerykańsko-sowieckiej. Chiny i USA są od siebie gospodarczo uzależnione w stopniu, którego nie da się łatwo zerwać. Pekin potrzebuje amerykańskich rynków i technologii, ale Waszyngton równie mocno potrzebuje chińskich łańcuchów dostaw, metali ziem rzadkich oraz stabilności finansowej globalnego handlu.

Właśnie dlatego spotkanie w Pekinie miało tak ostrożny charakter. Obie strony wiedzą, że otwarta konfrontacja byłaby katastrofą dla światowej gospodarki. Jednocześnie żadna z nich nie chce ustąpić w kwestiach strategicznych.

Trump wrócił więc do Waszyngtonu bez wielkiego triumfu. Wojna z Iranem nadal ciąży nad jego prezydenturą. Inflacja pozostaje wysoka. Ceny paliw nie spadły, a republikanie nadal obawiają się wyborczych konsekwencji przed listopadowymi głosowaniami. Xi natomiast osiągnął to, na czym zależało mu najbardziej, czyli pokazał Chiny jako stabilne centrum globalnej polityki. Państwo spokojne, cierpliwe i gotowe rozmawiać ze wszystkimi od Waszyngtonu po Teheran i Moskwę. Kilka dni po wyjeździe Trumpa w Pekinie pojawi się Władimira Putina, co w chińskiej narracji ma wymiar niemal symboliczny, bo to świat przyjeżdża dziś do Chin, nie odwrotnie.

To właśnie jest prawdziwe znaczenie tej wizyty. Nie chodziło o samoloty, soję czy nawet Iran, a bardziej o demonstrację nowego układu sił. Stany Zjednoczone pozostają największą potęgą militarną świata, ale Chiny coraz wyraźniej pokazują, że potrafią już narzucać tempo globalnej gry. Co jednak jest istotniejsze, Waszyngton, po raz pierwszy od dekad, musi nauczyć się funkcjonować w świecie, w którym nie zawsze rozdaje wszystkie karty.

Bogdan Feręc

Źr. The Washington Post/Reuters/CSIS/Chatham House

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE – chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version