Gdy procedury wyborcze przestają przynosić jednoznaczne rozstrzygnięcia, a polityczni liderzy odrzucają werdykt przy urnach, stabilność systemu politycznego zostaje wystawiona na najcięższą próbę. Dzisiejszy Izrael i Brazylia, choć oddalone od siebie o tysiące kilometrów i osadzone w zupełnie innych realiach geostrategicznych, stały się sceną uderzająco podobnego spektaklu.
W obu tych krajach wszyscy kluczowi gracze ogłaszają swoje zwycięstwo, podważając prawomocność wygranej rywali. W efekcie pogłębiająca się niejednoznaczność wyborcza przestała być jedynie sporem politycznym, a stała się bezpośrednim zagrożeniem, które doprowadzić może oba państwa do poważnych, niekontrolowanych niepokojów wewnętrznych. U podstaw tego kryzysu leży coś więcej niż tylko ideologiczna walka o władzę.
Dla kluczowych postaci tych konfliktów – Benjamina Netanjahu w Izraelu oraz rodziny Bolsonaro w Brazylii, stawka wykracza poza kolejną kadencję. W obu przypadkach polityczne przetrwanie stało się bezpośrednio powiązane z kwestią wolności osobistej i uniknięciem kary pozbawienia wolności.
Brazylia: Sfałszowane wybory, ucieczka na Florydę i widmo politycznego dziedzictwa
W Brazylii dramatyczna druga tura wyborów prezydenckich, w której 81-letni lewicowy lider Luiz Inácio Lula da Silva zdobył 51,8% głosów, zamiast przynieść rozstrzygnięcie, zapoczątkowała kolejny rozdział głębokiego kryzysu instytucjonalnego. Pokonany prawicowy kandydat – 45-letni Flavio Bolsonaro, syn byłego prezydenta Jaira Bolsonaro, kategorycznie odmówił uznania porażki, mimo że wygrana Luli różnicą około 4,5 miliona głosów wydaje się matematycznie niepodważalna.
Flavio Bolsonaro wywołał międzynarodowy skandal, docierając prywatnym odrzutowcem do USA i lądując na lotnisku Opa-Locka niedaleko Miami, skąd ogłosił rozpoczęcie „dobrowolnego wygnania”. W oświadczeniach wydawanych na platformie X najpierw ogłosił się „wybranym prezydentem”, by później łagodzić narrację i nazywać siebie „liderem opozycji”. „Jestem wybranym prezydentem, a przestępcy, którzy sfałszowali wybory w Brazylii, są częścią organizacji przestępczej, która ustanowiła tyranię. Będę przewodził opozycji z tego miejsca” – oświadczył Bolsonaro.
Oficjalnym powodem opuszczenia kraju miała być ochrona rodziny przed „polowaniem na czarownice”, o którego prowadzenie oskarża Lulę oraz Sąd Najwyższy. Jednak kulisy wyjazdu wskazują na bezprecedensową ucieczkę przed wymiarem sprawiedliwości. Flavio Bolsonaro jest objęty śledztwem w sprawie korupcji i prania pieniędzy, a wygasający immunitet parlamentarny oznaczał realne ryzyko aresztowania. Mimo nakazu oddania paszportów wydanego przez sędziego Sądu Najwyższego Alexandre’a de Moraesa, senator zdołał opuścić kraj przez Argentynę i Ekwador, posługując się prawdopodobnie włoskim paszportem (jego brazylijskie i dyplomatyczne dokumenty zostały anulowane).
Główny wątek śledztwa dotyczy nieopublikowanego filmu biograficznego „Dark Horse” o jego ojcu (z Jimem Caviezelem w roli głównej), w którym miało dojść do wyłudzenia i nielegalnego sfinansowania produkcji, a na kwotę 24 milionów dolarów i we współpracy z uwięzionym bankierem Danielem Vorcaro oraz prawnikiem Willerem Tomazem.
Decyzja o ucieczce ma jednak głębsze, psychologiczno-polityczne tło. Flavio Bolsonaro podjął decyzję o opuszczeniu kraju, obawiając się, że podzieli los swojego ojca – byłego prezydenta Jaira Bolsonaro, którego Lula da Silva i brazylijski wymiar sprawiedliwości doprowadzili do aresztu domowego po próbie odwrócenia wyników wyborów z 2022 roku. Sam Jair Bolsonaro w przededniu inauguracji Luli również wyjechał z kraju, wracając dopiero po trzech miesiącach. Flavio wolał uniknąć powtórki tego scenariusza na terytorium Brazylii.
Narrację Bolsonaro o „sfałszowanych wyborach” podsyca dodatkowo wsparcie ze strony administracji Donalda Trumpa. Amerykański prezydent nazwał wybory w Brazylii „bardzo dziwnymi i strasznymi”, choć zaznaczył, że nie będzie bezpośrednio ingerował w starania Bolsonaro o urząd. Lula da Silva określił natomiast ucieczkę rywala jako „haniebną”, kwitując: „Ktoś, kto wymyka się ze swojego kraju, musi mieć coś do ukrycia”.
Próby unieważnienia wyników powołujące się na decyzję o przedłużeniu głosowania o dwie godziny na południu kraju są przez analityków uznawane za bezzasadne, bo w dodatkowym czasie oddano jedynie 35 000 głosów (0,03% całości). Nic nie wskazuje jednak na to, by zwolennicy prawicy zaakceptowali ten fakt, co stwarza podatny grunt pod masowe protesty i destabilizację państwa.
Izrael: Walka o bezkarność, pat w Knesecie i paraliż armii
W tym samym czasie po drugiej stronie globu Izrael zmaga się z własną wersją wyborczego paraliżu. Pierwsze wybory od tragicznych wydarzeń z 7 października 2023 roku i wybuchu wielofazowej wojny w Gazie, Libanie i z Iranem przyniosły najwyższą od dwóch dekad frekwencję (77,7%), ale nie dały stabilnego rozstrzygnięcia. Po podliczeniu niemal 86% głosów, blok prawicowo-religijny pod przewodnictwem Benjamina Netanjahu może liczyć na 53 miejsca w 120-osobowym Knesecie, podczas gdy syjonistyczna opozycja pod wodzą byłego dowódcy sił zbrojnych Gadiego Eisenkota zdobyła 48 mandatów.
Kluczem do jakiejkolwiek większości stają się partie reprezentujące arabskich obywateli Izraela, które zdobyły bezprecedensowe 19 miejsc.
W sytuacji braku jednoznacznej większości, obie strony ogłosiły sukces i oskarżają się nawzajem o zamach na demokrację:
- Partia Likud Netanjahu natychmiast oskarżyła partie arabskie, w tym Wspólną Listę oraz Ra’am o „kradzież wyborów” poprzez oszustwa, korupcję i zastraszanie, nazywając je ugrupowaniami wspierającymi terroryzm.
- Gadi Eisenkot wydał ostrzeżenie, że Netanjahu jest jedynie tymczasowym premierem bez mandatu społecznego i nie ma prawa wykorzystywać bezpieczeństwa kraju do celów politycznych.
- Partie arabskie pod przywództwem Yousefa Jabareena (Wspólna Lista) i Mansoura Abbasa (Ra’am), zapowiedziały dążenie do obalenia Netanjahu i obrony praw swojej społeczności, oferując ewentualne poparcie z zewnątrz dla rządu mniejszościowego Eisenkota.
Niejednoznaczność wyników wywołała natychmiastowy kryzys w strukturach bezpieczeństwa. Dochodzi więc do niebezpiecznego pęknięcia między szefostwem armii a premierem. Minister obrony Israel Katz ostro potępił Eisenkota za wzywanie dowódców wojskowych do ignorowania poleceń Netanjahu, a dotyczących ewentualnych nowych ataków na Iran. Z kolei media donoszą o sprzeciwie obecnego szefa sztabu gen. Eyala Zamira, wobec planów wojennych tymczasowego szefa rządu.
U podstaw desperackiej walki Benjamina Netanjahu o utrzymanie władzy – nawet za cenę kierowania rządem tymczasowym bez parlamentarnej większości, leży ta sama motywacja, co w przypadku brazylijskiej prawicy, czyli obawa przed sądem. Netanjahu walczy nie tylko o spuściznę polityczną, ale przede wszystkim o to, aby po utracie władzy i immunitetu nie stanąć przed izraelskim wymiarem sprawiedliwości w trwających sprawach korupcyjnych, a także przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze, który wydał nakaz jego aresztowania w związku z zarzutami o zbrodnie wojenne w Gazie.
„Netanjahu jest tymczasowym premierem, bez mandatu i zaufania społeczeństwa. Bądźcie nieugięci w obliczu wszelkich prób kwestionowania was. Macie moje jednoznaczne poparcie” – apelował Eisenkot do dowódców wojskowych.
Sygnaturą rosnącej niepewności stała się reakcja rynków finansowych, bo szekel izraelski osłabł o 1,6%, a indeksy w Tel Awiwie spadły o ponad 3%. Prezydent Isaac Herzog apeluje z kolei o uniknięcie kolejnych wyborów, lecz głębokie pęknięcia społeczne, które potęgowane są przez polityczny przesuniecie żydowskiej większości na prawo oraz całkowite odrzucenie koncepcji państwa palestyńskiego – sprawiają, że Izrael staje się państwem niezdolnym do osiągnięcia konsensusu.
Instytucjonalny demontaż i widmo niepokojów
Przypadki Izraela i Brazylii pokazują niebezpieczny globalny trend, bo wybory, które miały być mechanizmem łagodzenia napięć społecznych i przekazywania legitymizacji, stają się zarzewiem nowych, głębszych kryzysów.
Gdy liderzy polityczni uznają, że cena przegranej, jaką jest utrata wolności lub wyrok sądowy, jest zbyt wysoka, by podporządkować się regułom gry, demontażowi ulegają fundamenty państwa prawa. Zarówno w Brasilii, jak i w Tel Awiwie:
- Podważana jest niezależność instytucji: W Brazylii celem ataków jest Sąd Najwyższy, w Izraelu zaś, dowództwo wojskowe i organa ścigania.
- Postępuje dehumanizacja rywali: Prawica w obu krajach zarzuca zwycięzcom lub partnerom koalicyjnym tworzenie „organizacji przestępczych” lub „wspieranie terroryzmu”.
- Znika przestrzeń do kompromisu: Wyborcy, karmieni narracją o sfałszowanym werdykcie, przestają traktować drugą stronę jak politycznych konkurentów, a zaczynają jak wrogów państwa.
Niejednoznaczność i brak akceptacji dla wyników wyborczych pcha z kolei oba państwa w stronę głębokiego braku stabilizacji. Czy będzie to przybierało formę gwałtownych protestów ulicznych, ucieczek polityków i dyplomatycznych spięć, jak w przypadku Brazylii, czy też kryzysu konstytucyjnego połączonego z ryzykiem przewrotu lub niekontrolowanej eskalacji militarnej, jak ma to miejsce w Izraelu – efekt końcowy pozostaje ten sam. Obywatele obu państw stoją w obliczu wizji, w której stabilność wewnętrzna została poświęcona na ołtarzu politycznego przetrwania jednostek.
Bogdan Feręc
Źr. RTE/Reuters/AFP
Photo by Joshua Golde on Unsplash


