Irlandia pęka dziś w szwach jak stary płaszcz na nowych plecach. Kraj, który jeszcze niedawno sprzedawał światu mit „celtyckiego tygrysa”, zmaga się z brutalną codziennością, bo czynsze szybują jak mewy nad Zatoką Dublińską, a zwykły pracownik po opłaceniu najmu zostaje z portfelem cienkim jak kartka z notatnika. W tym krajobrazie pojawia się Phoenix Park, więc zielone serce stolicy, enklawa spokoju, jeleni i… państwowych przywilejów.
Oto wychodzi na jaw rzecz, która brzmi jak ponury żart opowiadany przy barze, ale niestety nim nie jest. Emerytowani urzędnicy państwowi oraz owdowiali małżonkowie pracowników, którzy niegdyś musieli mieszkać w Phoenix Park „ze względu na obowiązki służbowe”, nadal korzystają z państwowych nieruchomości. Co więcej, płacą za to czynsze, które dla przeciętnego najemcy w Dublinie wyglądają jak relikt z innej epoki. Biuro Robót Publicznych (OPW) przyznaje wprost, że jest to od 670 do 4160 euro rocznie. Podkreślmy to spokojnie, bez histerii – rocznie. W kraju, gdzie miesięczny wynajem mieszkania potrafi połknąć całą pensję.
Tu zaczyna się problem nie tylko ekonomiczny, ale moralny, bo nikt nie kwestionuje, że służba publiczna bywa wymagająca. Tradycjonalista we mnie szanuje zasadę, że państwo dotrzymuje umów, honoruje zobowiązania, nie wywraca stołu, tylko dlatego, że zmienił się klimat polityczny. Jednak tradycja bez refleksji zamienia się w skansen przywilejów, a skansen, jak wiemy, nie rozwiązuje kryzysów mieszkaniowych.
Irlandia ma dziś dramatyczny niedobór mieszkań. Młodzi ludzie odkładają dorosłość na później, bo nie stać ich na dach nad głową. Rodziny gnieżdżą się w tymczasowych lokalach, a bezdomność, także ta pracująca, w garniturach i z identyfikatorami firm, przestała być marginesem. W takim momencie informacja, że państwowe nieruchomości w jednym z najcenniejszych terenów Dublina są wynajmowane za grosze w porównaniu z rynkiem, działa jak sól sypana na otwartą ranę.
Posłowie opozycji słusznie domagają się ponownego rozpatrzenia sprawy i nie chodzi o polowanie na czarownice ani o wyrzucanie starszych ludzi na bruk. Chodzi o elementarną uczciwość i pytanie, które wisi w powietrzu jak ciężka chmura, więc dlaczego państwo potrafi być surowe wobec obywatela, a łagodne wobec samego siebie? Dlaczego pielęgniarka, nauczyciel czy pracownik sklepu ma płacić rynkowy haracz, podczas gdy emerytowany aparat władzy żyje w cieniu parkowych drzew za stawki z innej rzeczywistości?
Argument, że „tak było zawsze”, nie wytrzymuje próby czasu. Zawsze było też palenie w pubach i listy pisane ręcznie, a jednak świat poszedł dalej. Państwo, które chce być wiarygodne, musi umieć spojrzeć w lustro i powiedzieć, że to już nie jest do obrony. Pamiętajmy też, a może bardziej urzędnicy w służbie państwowej, że każdy eurocent ukryty w systemie przywilejów to eurocent odebrany zaufaniu społecznemu.
Phoenix Park jest symbolem. Pięknym, zielonym, narodowym, ale dziś staje się też metaforą odklejenia władzy od codzienności. Parkiem, w którym jedni spacerują w spokoju, a drudzy krążą po mieście w poszukiwaniu czegoś „do wynajęcia”, wiedząc, że i tak ich nie stać. Tu nie potrzeba rewolucji i wystarczy odrobina politycznej odwagi oraz proste pytanie: czy w czasie kryzysu mieszkaniowego nieruchomości państwowe powinny służyć wąskiej grupie uprzywilejowanych, czy wspólnemu interesowi? Przyszłość da odpowiedź, a czynsze, jak zwykle, policzą wszystko, i to co do centa.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Fot. CC BY-SA 2.0 William Murphy

