Osiem milionów czterysta tysięcy euro, właśnie tyle w ciągu jednego roku kosztowało podatników przewożenie po kraju premiera, wicepremiera, ministrów, wysokich urzędników i całego aparatu władzy. Liczba brzmi abstrakcyjnie, dopóki nie spróbujemy jej przełożyć na język codzienności, bo to kwota, za którą można wyremontować szkoły, sfinansować setki mieszkań socjalnych albo utrzymać przez rok niewielki szpital. Zamiast tego zamieniła się w kilometry asfaltu oglądanego zza przyciemnionych szyb.
Rządowa flota przypomina katalog niemieckiej motoryzacji klasy Premium, a dominują samochody marki Audi, są także BMW, Skody, jeden Mercedes i kilka osobowych vanów. W roku ubiegłym dokupiono jedenaście nowych Audi za ponad 910 tysięcy euro. Średnia cena jednego samochodu przekroczyła 80 tysięcy euro. Co szczególnie interesujące, część nowych pojazdów stanowiły diesle, choć ci sami politycy od lat opowiadają obywatelom o konieczności ekologicznej transformacji i ograniczania emisji.
W tym miejscu pojawia się pytanie stare jak demokracja, gdzie kończy się potrzeba sprawnego funkcjonowania państwa, a zaczyna wygoda władzy?
Nikt rozsądny nie będzie twierdził, że premier powinien jeździć komunikacją miejską albo łapać stopa przy drodze krajowej, ponieważ państwo musi zapewnić bezpieczeństwo osobom sprawującym najwyższe funkcje państwowe. To oczywiste. Problem pojawia się wtedy, gdy granica pomiędzy bezpieczeństwem a komfortem zaczyna się rozmywać jak światła miasta oglądane przez szybę limuzyny podczas deszczu.
Politycy często tłumaczą takie wydatki koniecznością reprezentacji państwa. To argument znany od dziesięcioleci, choć władza lubi wyglądać dostojnie. Limuzyna od zawsze była jednym z rekwizytów politycznego teatru. Wcześniej były to Lancie i Peugeoty, a dziś Audi i BMW. Zmieniają się marki, ale mechanizm pozostaje ten sam. Władza chce podróżować w sposób, który podkreśla jej znaczenie.
Tymczasem przeciętny obywatel coraz częściej liczy każdy wydatek związany z własnym samochodem. Ponosi wyższe koszty paliwa, ubezpieczenia, serwisu i podatków, ale słyszy też o konieczności zaciskania pasa, o odpowiedzialności budżetowej, o ekologii i racjonalizacji kosztów. Potem czyta, że państwo wydaje miliony na kolejne służbowe limuzyny. Nawet jeśli wszystkie procedury zostały zachowane, pozostaje nieprzyjemne wrażenie rozdźwięku pomiędzy tym, co mówi się obywatelom, a tym, jak funkcjonują ci, którzy nimi rządzą.
To właśnie ten rozdźwięk jest dziś najdroższy, bo nie kosztuje 8,4 mln euro. Kosztuje znacznie więcej i niestety podkopuje zaufanie do polityków. Zaufanie jest natomiast walutą, której nie da się dodrukować ani wpisać do budżetu.
Państwo nie staje się przecież silniejsze dlatego, że jego ministrowie podróżują coraz droższymi samochodami. Staje się silniejsze wtedy, gdy obywatele mają poczucie, że każda wydana publiczne euro traktowane jest z takim samym szacunkiem jak pieniądze wyciągane z własnego portfela. W przeciwnym razie pozostanie nam obraz dobrze znany z europejskiej polityki XXI wieku, czyli kolumna błyszczących limuzyn sunąca przez kraj, który coraz częściej zastanawia się, dokąd właściwie jedzie.
Bogdan Feręc
Źr. Independent/Pa Media/Irish Examiner

