Opowieści wilka morskiego, czyli za burtę

Rozmawiałem ostatnio z moim znajomym, który był wilkiem morskim, a dokładnie marynarzem na jednym ze statków pływających po całym świecie, wożąc, co tylko się dało.

 

Ciekawość, jaka mnie zjadała, bo mówił bardzo interesujące rzeczy, kazała mi zastanowić się nad kwestią marnotrawstwa, jakie spotyka się na całym świecie. Co ważne, zabronił mi pisać, a i mówić, skąd pochodzą te informacje, bo jak twierdzi, „to, co dzieje się na statku, na nim pozostaje”, a oznacza pełną tajemnicę.

Oczywiście chciałbym jeszcze posłuchać jego morskich opowieści, więc w żaden sposób nie zasugeruję, gdzie mieszka, pracuje i gdzie się z nim spotkałem, a i na torturach nie wyjawię, jak ma na imię, bo to obiecałem.

 

Przechodząc jednak do sedna, moją uwagę podczas toczącej opowieści przykuł fakt, co nawiasem mówiąc, jest zgodne z prawem morskim, wyrzucania wszystkiego za burtę. Do mórz i oceanów, a statek, na którym pływał mój znajomy, nie jest wyjątkiem, trafia wszystko, co akurat staje się zbędne na jednostce pływającej.

Do wody trafiają więc śmieci, nie wyłączając z tego plastiku, chociaż powinno się je spalać w specjalnych piecach, a popiół zdawać w pierwszym porcie, do którego zawinie statek. Oprócz tego do wody trafiają tzw. zmiotki, czyli np. resztki węgla, miedzi i wszelkich materiałów sypkich, bo nikt właściwie tego nie chce odbierać. Jedynym wyjątkiem są w tym przypadku porty niemieckie, które mają specjalne pojemniki na złom, miał, plastik, szkło oraz inne odpady ze statków powracających z kilkumiesięcznych rejsów.

Jest jeszcze jeden kraj, który lubią marynarze, a tym są Chiny, gdyż skupują tzw. śmieci, więc jest to okazja do dodatkowego zarobku.

By unaocznić ilości śmieci, jakie trafiają do wody, przypomnieć trzeba, że ładownie masowców, drobnicowców i kontenerowców, mają po kilkadziesiąt, a nawet kilkaset metrów długości, więc i ilość „zmiotek” z jednej jednostki idzie w tony. Mnożąc to przez tysiące statków, jakie pływają po całym świecie, można powiedzieć, że do oceanów trafiają miliony ton rzeczy do wykorzystania.

 

W środowisku marynarzy mówi się też, że niejeden z nich, ze śmieci, jakie zebrał podczas rejsu, wybudował sobie dom, bo miliony ton drewna, które nie trafiły akurat przypadkiem do oceanów, zostały przez marynarzy sprzedane, a pieniądze przeznaczone właśnie na budowę domów. Tak samo dzieje się ze stalą, którą przewożą statki, bo po rejsie zostaje jej mnóstwo. Jak to możliwe, że zostaje metal? To oczywiście proste, powiedział mój znajomy, bo metalowe klamry, płaskowniki i inne elementy, wykorzystywane są do zabezpieczenia ładunków, kiedy są już niepotrzebne, aby nie obciążać jednostki, trafiają za burtę, a jeden statek może pozbyć się w ten sposób od kilku do nawet kilkunastu ton żelaza, w jednym tylko podejściu.

Do wody, mówił wilk morski, trafiają też puste butle po gazach technicznych, a i doskonałe gatunki drewna, które w krajach Ameryki Południowej używane są, jako zabezpieczenie ładunków. Zdarza się, chociaż to wyjątkowe podobno przypadki, że do wody trafia zużyty olej silnikowy, chociaż tutaj przepisy są jednoznaczne i ten powinien być oddany w porcie.

Zapytałem, jak to jest możliwe, że zużyty olej wpompowywany jest do oceanu, bo przecież tłusta plama może ciągnąć się za statkiem kilometrami, więc i wskaże winnego. Praktyka jest prosta i wystarczy podpłynąć w pobliże platformy wiertniczej, tam przystanąć na kilkadziesiąt minut lub kilka godzin, spuścić zużyty olej i w drogę. Tym samym winę kieruje się na Bogu ducha winną platformę, samemu unikając podejrzeń i kar.

 

Oprócz zdziwienia, jakie wywołała u mnie opowieść, a ta jednoznacznie kojarzy mi się z marnotrawstwem, zastanawiałem się nad ekologicznym aspektem tej działalności, czyli zaśmiecaniem i to najczęściej w majestacie prawa mórz i oceanów. Szkoda, że tyle węgla, drewna i metalu trafia w głębiny, bo przecież swobodnie można by to wykorzystać, a nawet rozdać osobom, których nie stać na kupno np. opału.

 

Na zakończenie dodam, iż nie ustanę w wysiłkach i nadal będę próbował namówić mojego kolegę, aby zgodził się na wywiad w radiu WNET.FM, a może nawet na cykl o jego morskich przygodach. Zapewniam Państwa, że można tego słuchać godzinami, a forma, w jakiej toczy swoją opowieść, jest doskonałą rozrywką.

Cóż, może kiedyś usłyszę od niego to jedno słowo, na które czekam, a czekam na sakramentalne poniekąd „TAK”.

Bogdan Feręc

Znajdź nas:

FDI: pasta z fluorem
Narodowe Święto Ni
Translate »
RSS
Facebook
Facebook
LinkedIn