Dáil i Seanad nie będą obradować w środę 14 października. Oficjalnym powodem jest strajk pracowników sektora publicznego, który wpłynąć ma na funkcjonowanie Leinster House. Decyzja zapadła po tym, jak rząd wycofał się z planu przeprowadzenia posiedzeń mimo zapowiedzianej akcji protestacyjnej.
Parlament bez środowych obrad
Irlandzki parlament nie będzie obradował w środę 14 października. Komisja ds. biznesu Oireachtas zaakceptowała propozycję rządu, zgodnie z którą zarówno Dáil, czyli niższa izba parlamentu, jak i Seanad, izba wyższa, pozostaną tego dnia bez posiedzeń. Powodem jest całodniowy strajk pracowników sektora publicznego, który obejmie również osoby odpowiedzialne za organizację i obsługę prac parlamentu w Leinster House.
Projekt harmonogramu obrad na przyszły tydzień, do którego dotarł dziennikarz „Irish Independent”, przewiduje posiedzenia wyłącznie we wtorek i czwartek. Sprawę omówiono podczas posiedzenia komisji, a członkowie zaakceptowali rozwiązanie proponowane przez rząd. W praktyce oznacza to, że parlamentarny kalendarz został podporządkowany zapowiedzianemu protestowi. Nie chodzi przy tym wyłącznie o techniczne trudności z zapewnieniem obsługi budynku. Decyzja jest również politycznym sygnałem, że presja ze strony pracowników sektora publicznego może wpłynąć na funkcjonowanie najwyższych instytucji państwa.
Nie można jednak pomijać istotnego szczegółu, bo przedstawione informacje wskazują, że bezpośrednim powodem odwołania obrad jest wpływ strajku na funkcjonowanie Leinster House. Nie oznacza to automatycznie, że wszyscy posłowie i senatorowie osobiście obawiają się protestujących. Nie ma również podstaw, by twierdzić, że doszło do fizycznego zagrożenia dla parlamentarzystów. Polityczny wymiar tej decyzji jest jednak oczywisty, to sama zapowiedź protestu wystarczyła, by zmienić plan pracy parlamentu.
Opozycja mówi o rozsądku, ale przypomina o odpowiedzialności rządu
Wiceprzewodniczący Socjaldemokratów Cian O’Callaghan przyjął decyzję z zadowoleniem. Jak stwierdził, „cieszy się, że rząd zachował się rozsądnie”. Polityk podkreślił, że jego ugrupowanie oraz inni przedstawiciele opozycji od początku sprzeciwiali się prowadzeniu obrad w czasie protestu. Jego zdaniem problem nie ogranicza się do samego harmonogramu obrad. Zwrócił uwagę na wcześniejsze wypowiedzi premiera, które – w ocenie posła opozycji – miały protekcjonalny i kontrowersyjny charakter.
„Wydawało mu się, że Oireachtas będzie odporny na strajki, ale Oireachtas potrzebuje również pracowników sektora publicznego, aby móc funkcjonować” – zaznaczył.
To argument, którego trudno nie uznać za zasadny. Parlament nie jest samowystarczalną instytucją, zawieszoną ponad codziennym życiem kraju. Jego działalność zależy od pracy wielu osób, w tym urzędników, pracowników administracyjnych, obsługi technicznej i innych zatrudnionych, bez których nawet najbardziej dostojne gmachy stają się jedynie budynkami pełnymi pustych korytarzy. O’Callaghan zaapelował jednocześnie do rządu o przedstawienie związkom zawodowym wiarygodnej oferty płacowej. Jego zdaniem właśnie taki krok byłby logicznym rozwiązaniem sporu, zamiast prób utrzymywania normalnego trybu pracy parlamentu za wszelką cenę.
Duncan Smith: rząd nadal może uniknąć kolejnego kryzysu
Podobne stanowisko przedstawił poseł Partii Pracy Duncan Smith. Jego zdaniem zmiana harmonogramu obrad uznaje zasadność stanowiska pracowników, ale nie rozwiązuje przyczyny konfliktu. Poseł powiedział wczoraj wieczorem: „Rozesłany dziś poprawiony harmonogram Dáil uznaje to stanowisko oparte na zasadach, ale nie zmienia istoty problemu, który doprowadził do strajku” – powiedział polityk. Smith skrytykował również wypowiedzi ministra odpowiedzialnego za wydatki publiczne oraz premiera, które – jak ocenił – przyczyniły się do zaostrzenia sporu.
Wskazał przy tym na kolejną zaplanowaną akcję protestacyjną, wyznaczoną na 21 października. Jego zdaniem rząd nadal ma czas, aby uniknąć kolejnego dnia bez obrad parlamentu. „Konieczne jest, aby rząd porzucił swoje arbitralne warunki wstępne i zobowiązał się do współpracy w dobrej wierze ze związkami zawodowymi reprezentującymi pracowników sektora publicznego, przy czym musi on zapewnić, że przyszłe podwyżki płac będą co najmniej chronić płace przed inflacją” – podkreślił.
To właśnie kwestia wynagrodzeń stanowi sedno sporu. Pracownicy sektora publicznego nie strajkują przecież po to, by utrudnić życie parlamentarzystom. Protest jest narzędziem nacisku na pracodawcę i rząd, który odpowiada za politykę płacową oraz warunki zatrudnienia w podległych mu strukturach. Jeżeli kolejne rozmowy nie przyniosą rezultatów, środowa przerwa może okazać się jedynie zapowiedzią następnych problemów. Odwołanie jednego dnia posiedzeń nie usuwa przyczyn konfliktu, a jedynie pokazuje, że jego konsekwencje zaczynają dotykać również polityków.
Michael Collins: rząd nie powinien ignorować pracowników
Krytycznie do wcześniejszej postawy rządu odniósł się również Michael Collins z Independent Ireland. Jego ugrupowanie zadeklarowało poparcie dla pracowników sektora publicznego, wskazując na frustrację i presję, z jakimi mierzą się osoby zatrudnione w podstawowych usługach publicznych. Collins stwierdził, że rząd początkowo wydawał się zdecydowany przeprowadzić środowe obrady pomimo obaw związanych ze strajkiem. „Przewodniczący klubu parlamentarnego (Chief Whip) zasugerował, że obrady będą kontynuowane bez względu na wszystko, ale teraz okazało się, że to stanowisko jest nie do utrzymania” – powiedział.
Polityk uważa, że do obecnej sytuacji w ogóle nie powinno dojść. Zamiast ignorować zastrzeżenia pracowników i zaostrzać spór, rząd powinien był wcześniej podjąć działania zmierzające do jego rozwiązania. Collins skrytykował także budżet, który – jego zdaniem – był straconą szansą na zapewnienie pracownikom realnego wsparcia oraz poprawę sytuacji rodzin zmagających się z kosztami życia.
„Rząd musi przestać traktować ten spór jako niedogodność i zacząć traktować go z należną powagą” – podkreślił. Dodał również: „Nadszedł czas, aby usiąść, posłuchać i wypracować rozwiązanie, które będzie szanować pracowników i uwzględniać presję, z jaką się mierzą”.
W tych wypowiedziach pojawia się zasadniczy problem irlandzkiej polityki społecznej, więc rosnące oczekiwania obywateli zderzają się z ograniczoną gotowością rządu do ustępstw. Rodziny mierzą się z wysokimi kosztami utrzymania, a pracownicy oczekują, że ich wynagrodzenia nie będą systematycznie traciły na wartości. W takich warunkach spór płacowy nie jest wyłącznie wewnętrzną sprawą administracji. Staje się częścią szerszej dyskusji o tym, kto ponosi koszty ekonomicznej presji.
Parlament powinien być miejscem rozmowy, a nie demonstracji siły
W całej sprawie jest pewien paradoks. Parlament, który powinien stanowić centrum debaty publicznej, zmuszony został do zmiany własnego kalendarza przez konflikt, którego nie udało się wcześniej rozwiązać przy stole negocjacyjnym. Nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że strajk wpływa na pracę instytucji publicznych. Taki jest właśnie sens akcji protestacyjnej, by pokazać, że bez pracy konkretnych ludzi system nie działa tak sprawnie, jak oczekują tego mieszkańcy kraju i politycy. Problem zaczyna się wtedy, gdy rząd najpierw demonstruje nieustępliwość, a następnie musi korygować własne plany, ponieważ rzeczywistość okazuje się silniejsza od politycznych deklaracji.
Z drugiej strony nie należy udawać, że sama zmiana harmonogramu dowodzi tchórzostwa wszystkich parlamentarzystów. Skoro jednak strajk obejmuje pracowników odpowiedzialnych za obsługę Leinster House, decyzja o odwołaniu obrad może mieć również praktyczne uzasadnienie. Rzetelna ocena wymaga odróżnienia problemów organizacyjnych od politycznego strachu przed protestującymi.
Jednak niezależnie od oficjalnego uzasadnienia pozostaje pytanie o sposób, w jaki rząd zarządza konfliktem. Jeżeli zapowiedziana pikieta staje się powodem do rezygnacji z normalnej pracy parlamentu, a kolejne terminy protestów wiszą nad kalendarzem obrad, to nie można ograniczać całej sprawy do trudności technicznych. To również dowód, że napięcie między władzą a częścią pracowników sektora publicznego osiągnęło poziom, którego nie da się już zignorować.
Komentarz: chowanie głowy w piasek i ucieczka przed własnym elektoratem
Środowa przerwa w obradach może mieć racjonalne uzasadnienie organizacyjne, ale polityczny obraz tej sytuacji jest niepokojący. Parlamentarzyści, którzy każdego dnia przemawiają w imieniu obywateli, nagle znajdują się w sytuacji, w której zapowiedziany protest wpływa na ich własną pracę. I właśnie wtedy widać różnicę między polityczną deklaracją a rzeczywistą gotowością do zmierzenia się z niezadowoleniem społecznym.
To wygląda jak chowanie głowy w piasek, a w wymiarze politycznym, jak ucieczka przed własnym elektoratem.
Nie wszyscy posłowie i senatorowie odpowiedzialni są za zaistniały konflikt, podobnie jak nie każdy z nich musi obawiać się protestujących. Jednak rządzący nie mogą bez końca przekonywać obywateli, że wszystko pozostaje pod kontrolą, jeśli wystarczy jeden poważniejszy spór, by zmienić plany pracy parlamentu. Nie można też oczekiwać, że pracownicy będą cierpliwie przyjmować kolejne deklaracje, podczas gdy konkretne rozwiązania pozostają poza zasięgiem. W demokracji protest nie jest zamachem na władzę. Jest jednym z narzędzi, dzięki którym obywatele mogą pokazać, że nie zgadzają się z decyzjami rządzących. Politycy powinni to rozumieć lepiej niż ktokolwiek inny. Jeżeli jednak zamiast rozmowy wybierają uniki, a zamiast rozwiązywania konfliktów próbują przeczekać najtrudniejszy moment, sami podważają autorytet instytucji, które reprezentują.
Najbardziej niepokojące jest to, że władza zaczyna zachowywać się tak, jakby obywatele stali się dla niej problemem, a nie źródłem demokratycznego mandatu.
Jeżeli rząd boi się wyjść naprzeciw protestującym, wysłuchać ich postulatów i przedstawić wiarygodną ofertę, to nie jest to oznaka siły, a bardziej słabości politycznej. Jeżeli natomiast kolejne protesty będą prowadziły do podobnych sytuacji, pytanie przestanie dotyczyć wyłącznie tego, czy parlament zbierze się w środę. Zacznie dotyczyć tego, czy irlandzka władza nadal potrafi rozmawiać z ludźmi, którzy ją wybierają i których pieniędzmi zarządza.
Demokracja nie polega na tym, że politycy pracują tylko wtedy, gdy nikt nie protestuje. Polega na tym, że potrafią wykonywać swoje obowiązki również wtedy, gdy obywatele mają do nich pretensje. Właśnie w takich chwilach sprawdza się prawdziwa odpowiedzialność za państwo, a zamykanie drzwi przed protestującymi, nawet jeśli odbywa się pod szyldem organizacyjnej konieczności, nie rozwiązuje problemu. Może jedynie sprawić, że następnym razem niezadowolenie będzie jeszcze większe.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Fot. CC David Kernan


