Czy język irlandzki stanie się wreszcie żywym narzędziem komunikacji, a nie tylko szkolnym rytuałem zaliczanym z westchnieniem? Taki dylemat wraca na polityczne salony po propozycji Ryana O’Meary, rzecznika Fianna Fáil ds. edukacji i posła z Tipperary North, który zaproponował wprowadzenie obowiązkowego kursu w Gaeltacht dla wszystkich uczniów szkół średnich. Pomysł wywołał debatę znacznie szerszą niż sama reforma programu nauczania.
O’Meara nie owija w bawełnę i jego zdaniem obecny system zawiódł. Po 14 latach edukacji z językiem irlandzkim zbyt wielu absolwentów nie potrafi przeprowadzić prostej rozmowy. To zdanie, które w Irlandii słyszano już setki razy, ale rzadko przekładało się ono na realną zmianę. Tym razem propozycja idzie dalej, bo obowiązkowy pobyt w strefach Gaeltacht miałby stać się integralną częścią programu Leaving Cert, a nie dodatkiem dla wybranych lub bardziej zmotywowanych. Sedno argumentacji O’Meary nie dotyczy jednak gramatyki ani wyników egzaminów. Chodzi o nastawienie. Jak sam podkreśla, zbyt wielu uczniów kojarzy irlandzki z presją, nudą i frustracją, a nie z dumą czy poczuciem przynależności. W tym sensie problem nie jest językowy, lecz kulturowy. Język narodowy, paradoksalnie, bywa w szkołach traktowany jak obcy.
Zwolennicy propozycji widzą w niej szansę na przełamanie tego impasu. Zanurzenie językowe, codzienne używanie irlandzkiego w naturalnych sytuacjach, od dawna uznawane jest za najskuteczniejszą metodę nauki. Gaeltacht, gdzie język funkcjonuje poza podręcznikiem i arkuszem egzaminacyjnym, ma dać uczniom to, czego system klasowo-testowy nie potrafił zapewnić doświadczenie, emocję i autentyczną relację z językiem.
Pojawiają się jednak pytania, których entuzjazm nie powinien zagłuszać. Obowiązek oznacza skalę, a skala oznacza koszty, logistykę i nierówności. Czy infrastruktura Gaeltacht jest gotowa na masowy napływ uczniów? Czy każdy uczeń, niezależnie od sytuacji finansowej rodziny, będzie miał realnie równy dostęp do takiego wyjazdu? I wreszcie, czy przymus nie przyniesie efektu odwrotnego od zamierzonego, wzmacniając opór zamiast „Grá” dla języka?
O’Meara odpowiada na to pośrednio, wskazując na „renesans kulturowy” i rosnące zainteresowanie językiem irlandzkim poza szkołą. W tej narracji obowiązkowy kurs nie jest represją, lecz inwestycją w tożsamość narodową, dziedzictwo i przyszłość. To ambitna wizja, zakładająca, że państwo nie tylko wymaga, ale też potrafi stworzyć warunki, w których nauka ma sens.
Debata o obowiązkowej nauce Gaeltacht jest w gruncie rzeczy debatą o tym, czym ma być język irlandzki w XXI wieku. Czy pozostanie przedmiotem, który trzeba „zdać”, czy stanie się językiem, którym się żyje, nawet jeśli nie na co dzień, to przynajmniej bez wstydu i z dystansem do szkolnych traum. Jeśli propozycja O’Meary coś obnaża, to fakt, że obecny model nie działa. Pytanie brzmi nie tyle, czy potrzebna jest zmiana, ile, czy państwo odważy się przejść od symboliki do systemowej reformy. W przeciwnym razie irlandzki pozostanie obowiązkowy tylko z nazwy, choć obecny w planie lekcji, ale niekoniecznie w życiu.
Bogdan Feręc
Źr. Breaking News
Fot. Public domain Sheila1988

