Krajobraz światowej geopolityki przeżywa potężne wstrząsy, gdy decyzje zza oceanu zaczynają otwarcie podważać dotychczasowe zasady prawa międzynarodowego. Najnowszy wpis opublikowany przez Donalda Trumpa na platformie Truth Social, na którym zaprezentowano grafikę przedstawiającą całą Amerykę Północną oraz Grenlandię w granicach Stanów Zjednoczonych, stanowi kolejny manifest o wyrazistym wydźwięku imperialnym.
Publikacja ta, a wpisująca się w tło narastającej wojny handlowej z Kanadą, wywołała natychmiastową falę oburzenia wśród politologów, dyplomatów oraz przeciwników politycznych gospodarza Białego Domu. Reakcje krytyków są niezwykle ostre i grupa Republikanie Przeciwko Trumpowi określiło zachowanie przywódcy wprost jako szaleństwo, podczas gdy badacz polityki zagranicznej Kurt Taylor Gaubatz zaproponował, by media wydzieliły stałą przestrzeń na relacjonowanie codziennych, niebezpiecznych posunięć prezydenta, aby te nie przysłaniały systematycznego demontażu fundamentów amerykańskiej demokracji i światowego ładu.
Podczas gdy środowiska konserwatywne z entuzjazmem komentują przejście administracji w swoisty tryb mocarstwowy, rzeczywistość wykracza daleko poza prowokacje w internetowej sieci. Seria cyfrowych grafik, w tym sugestie dotyczące przejęcia kontroli nad Cieśniną Ormuz czy pomysły korekty nazwy stanu Nowy Meksyk na Nową Amerykę, zbiega się w czasie z realnymi krokami podejmowanymi przez administrację USA.
Biały Dom konsekwentnie przemianowuje strategiczne akweny na mapach, co potwierdzają wcześniejsze decyzje dotyczące Zatoki Meksykańskiej oraz niedawne przekształcenie nazwy jeziora Ontario w Jezioro Ameryka.
Druga kadencja Donalda Trumpa przynosi więc zwrot ku polityce zagranicznej o wyjątkowo agresywnym i bezkompromisowym charakterze, znacząco odbiegającej od haseł izolacjonizmu. Bezpośrednie zaangażowanie militarne na Bliskim Wschodzie, obalenie władz w Wenezueli i przejęcie tamtejszych zasobów naftowych, zbrojne operacje na wodach Karaibów czy groźby kierowane pod adresem Grenlandii wywołały głębokie zaniepokojenie u dotychczasowych sprzymierzeńców Stanów Zjednoczonych.
Dania otwarcie przygotowuje warianty obronne dla swoich terytoriów zależnych, a władze w Ottawie zadeklarowały, że zdominowany przez Waszyngton porządek bezpowrotnie przeszedł do historii. Rosnąca samowola prezydenta Trumpa budzi również wątpliwości natury wewnętrznej, obniżając szanse Partii Republikańskiej przed zbliżającymi się wyborami uzupełniającymi.
Mocarstwowa przemoc, czyli dwa oblicza dyktatu: Dokąd zmierza współczesny świat?
Zestawienie postaci Donalda Trumpa z Władimirem Putinem przestaje być jedynie publicystyczną hiperbolą, a staje się pilnym zadaniem dla analityków współczesnych stosunków międzynarodowych. Na pierwszy rzut oka zbieżności bywają uderzające. Obaj przywódcy budują swoją pozycję na koncepcji bezwzględności światowego mocarstwa, opierają politykę na resentymencie, jawnie pogardzają wielostronnymi porozumieniami i uważają, że potęga militarna lub ekonomiczna zwalnia ich z przestrzegania powszechnie przyjętych norm.
Kiedy jednak państwowe decyzje skutkują operacjami zbrojnymi, w których giną ludzie, a suwerenność mniejszych lub większych sąsiadów jest bezpardonowo gwałcona, mechanizm przemocy pozostaje tożsamy. Zarówno w przypadku działań w Europie Wschodniej, jak i brutalnych interwencji w innych rejonach świata, cenę politycznych ambicji zawsze płaci ludność cywilna.
Dlaczego zatem w debacie publicznej amerykański prezydent wciąż rzadko bywa stawiany na równej półce z prezydentem Rosji? Różnica nie tkwi w samej naturze cierpienia, lecz w strukturze systemów, na których czele obaj stoją, oraz w języku, jakim posługuje się światowa dyplomacja.
Władimir Putin reprezentuje skonsolidowany system autorytarny, w którym opozycja została zgładzona lub zamknięta w więzieniach, wolne media nie istnieją, a aparat państwowy bezresztkowo podporządkowano woli jednego człowieka. Rosyjska agresja ma też charakter permanentnej, totalnej dążności do wymazania państwowości sąsiadów z mapy.
W przypadku Stanów Zjednoczonych, mimo bezprecedensowego nacisku na instytucje, wciąż funkcjonują jeszcze bezpieczniki w postaci niezależnych sądów, oporu lokalnych gubernatorów czy sporych partii politycznych, zdolnych do rozliczania władzy przy poszczególnych pomysłach. Ponadto zachodnia opinia publiczna przez dziesięciolecia przyzwyczaiła się do traktowania Waszyngtonu jako gwaranta globalnego bezpieczeństwa, co tworzy pewien bezwład pojęciowy, i każe widzieć w ekspansywnych krokach USA, zaledwie „instynkt mocarstwowy”, podczas gdy analogiczne działania Moskwy określa się mianem barbarzyństwa.
Ostatecznie jednak granica między tymi dwoma koncepcjami, a może nawet politykami, niebezpiecznie się zaciera. Gdy pojęcie suwerenności zastępuje się prawem silniejszego, a mapa świata staje się jedynie płótnem dla arbitralnych decyzji jednostki, świat wkracza w niezwykle groźne rewiry. Sprowadzanie polityki międzynarodowej do brutalnego przejmowania zasobów i dyktatu terytorialnego pokazuje, że bez względu na używaną retorykę, czy jest to doktryna imperialna z przeszłości, czy nowoczesny, populistyczny nacjonalizm, skutki dla stabilności globu pozostają destrukcyjne.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Fot. CC Presidential Press and Information Office

