Nie „umiom” świętować

Niedziela okazała się niezwykle łaskawa dla spragnionych słońca, czyli wszystkich, których znam, wyłączając z tego redaktora Tomasza Wybranowskiego, który lubi deszcz i chłody, ale dała też możliwość poczynienia pewnych obserwacji.

Wybrałem się na niedzielny spacer i tuż po 11:00 opuściłem domowe pielesze i swoją głośną ulicę, a na tej długi weekend celebrowali moi sąsiedzi. Ci natomiast, zamiast korzystać z uroków słonecznej aury, jęli ochoczo kosić trawniki, rozwieszać pranie i pielęgnować przydomowe ogródki, jakby nie mieli na to innej pory.

Dla wyjaśnienia dodam, że znakomitą większość mieszkańców ulicy, przy której mieszkam, stanowią beneficjenci emerytalno-rentowi, a osób trudniących się pracą zarobkową tu mało, czyli nie musieli korzystać z pierwszego wolnego dnia, aby nadrobić zaległości z całego tygodnia. Cóż, ich prawo, tylko czemu zaraz kosić o 8:15 trawnik pod oknem mojej sypialni, gdzie oddawałem się niedzielnemu lenistwu?

Przeżyłem „kosiarkowe” wyczyny Michaela, a i nawet mu wybaczyłem, bo w chwilę po nim z drugiej strony zaatakował mnie Jonathan, który też chciał się pochwalić swoją kosiarką, a urządzenie wyło, jakby miało ducha wyzionąć. Taka ulica.

Po śniadaniu podanym do łóżka i nie powiem, kto komu podawał, postanowiłem udać się na przechadzkę ze swoimi myślami, a i przypomnieć sobie, jak wygląda puste Galway. Tu jednak zaskoczony zostałem, bo w chwilę po wyjściu na jedną z głównych dróg, oczom moim ukazał się sznur samochodów. Dziwne, bo długi weekend, więc mogłoby się wydawać, że miasto pojechało w świat i będzie wypoczywać. Przebiegła mi przez myśl myśl, iż może jadą dopiero na łono przyrody, ale i to przypuszczenie okazało się obarczone dużą dozą błędu.

Pierwsze oznaki „nieumienia” spędzania czasu wolnego od pracy zauważyłem już na jednym z parkingów przed sklepem rodzimej sieci, a tam kłębowisko samochodów kazało mi wejść do trzewi centrum handlu wszelakiego. Zaskoczenie moje sięgnęło zenitu, kiedy w środku, rodziny z dziećmi, pary bez potomstwa, a i osoby samotne, pakowały do wózków wiktuały, a zaznaczę, że nie były to utensylia do „barbekju”, czyli mówiąc po polsku grilla.

Lekko przerażony podreptałem dalej i nawet nie nasłuchiwałem, czy w tłumie klientów nie usłyszę przypadkiem słowiańskiej mowy.

Kolejny sklep wielkopowierzchniowy i kolejny parking, a ten także szczelnie pokryty samochodami, więc do środka wnętrza nawet nie wchodziłem, bo tego detalisty nie cenię. Centrum niewielkiego przecież Galway to normalny szał, bo sznur samochodów próbował wjechać tam, jakby nie było innego dnia, żeby postać sobie w korkach.

Wiele sklepów, co także zastanawia, było już wypełnionych klientelą, a godzina wczesna, gdyż tuż po południu.

Postanowiłem, by dać ulgę umęczonym marszrutą nogom, zasiąść w jednej z moich ulubionych kawiarni, by tam oddać się obserwacji naturalnego cyklu życia miasta. Personel przywitał mnie radośnie, bo dawno się nie widzieliśmy, a i nie wiedział, że znowu jestem na diecie, więc wraz z kawą personel przyniósł ciasto marchewkowe z bitą śmietaną. Prawie zacząłem się bronić, ale słodsze od ciasta oczęta personelu, przekonały mnie, że to nie jest kulturalnie odmawiać dziewczęciu, a w domu nie muszę się przyznać, że złamałem dietetyczny reżym. W końcu niedziela pomyślałem, czyli i mnie się od życia coś należy.

Po tej bądź co bądź zdrowej przekąsce, bo ciasto marchewkowe to w końcu warzywa, poszedłem dalej, by zaopatrzyć się w dopiero co wyłowione z morza owoce morza. Tym razem były to kalmary, gdyż te padły ofiarami rybaków, więc po krótkiej pogawędce na tematy, które w ogóle mnie nie poruszyły, a dotyczyły ławicy szprotek, jaka wpłynęła właśnie do Zatoki Galway, z zakupem udałem się w drogę powrotną.

Nie będę ukrywał, że ciasto z marchewki zrobiło swoje i po dosyć długiej przerwie w kwestiach „słodyczowych”, organizm wyrzucił z siebie sporą dawkę insuliny, co spowodowało u mnie senność. Skorzystałem więc z transportu miejskiego, by nie walczyć z naturą i na siłę usuwać z ciała produkt trzustki mej.

Na ulicy nic nowego, co oznacza ruch i rwetes, bo moi sąsiedzi przeszli do walki na sprzęt ciężki i w ruch poszła nie wiedzieć czemu, piła łańcuchowa spalinowa i betoniarka zagranicznej firmy. Pranie u sąsiadów schło na rozciągniętym w poprzek podwórka sznurze, koty wylegiwały się na nagrzanych murkach przed domami, a ja zająłem się kalmarami i nie przyznałem się przed domowym Dzierżyńskim, że zjadłem ciasto, chociaż pały niewygodne pytania.

Na koniec refleksja, a ta dotyczy również trochę i mnie. Nie umiemy chyba korzystać z czasu wolnego i odpoczywać, a podczas luźniejszych dni, czyli robimy wszystko, by nie odpoczywać, co widać na przykładzie „świętującego” w typowym zgiełku długiego weekendu Galway.

Bogdan Feręc

Znajdź nas:

Dzisiaj May Day
To rząd miesza na r
Translate »
RSS
Facebook
Facebook
LinkedIn