W noc z 24 na 25 października 2026 roku miliony Europejczyków po raz kolejny cofną wskazówki zegarów z godziny 3:00 na 2:00. Chociaż zyskamy pozorną godzinę snu, to cena tej operacji okaże się wysoka: drastycznie skrócone, mroczne popołudnia, rozregulowany rytm biologiczny oraz chaos organizacyjny w sektorze transportu i logistyki.
Najbardziej uderzający w tym corocznym rytuale nie jest jednak sam fakt przestawiania zegarków, lecz absolutna bezradność instytucji Unii Europejskiej, które od lat nie potrafią sfinalizować reformy oczekiwanej przez przeważającą większość mieszkańców Europy. Nadchodząca jesienna korekta czasu staje się natomiast wymownym symbolem biurokratycznego klinczu i decyzyjnej niemocy Brukseli.
Sprawa wydawała się przesądzona już niemal dekadę temu. W 2018 roku Komisja Europejska, odpowiadając na wyraźne apele Parlamentu Europejskiego, przeprowadziła szeroko zakrojone konsultacje społeczne. Wynik był jednoznaczny i absolutnie bezprecedensowy, bo spośród 4,6 miliona obywateli UE, aż 84% opowiedziało się za całkowitym zniesieniem sezonowej zmiany czasu, wskazując na jej destrukcyjny wpływ na zdrowie, samopoczucie oraz gospodarkę.
W odpowiedzi na te wyniki KE przygotowała projekt dyrektywy znoszącej dyrektywę 2000/84/WE. Zgodnie z pierwotnymi założeniami, państwa członkowskie miały przestawić zegarki po raz ostatni w 2019 roku. Eurodeputowani zaktualizowali ten harmonogram, przesuwając ostateczny termin na rok 2021.
Mamy jednak rok 2026, a infrastruktura Unii Europejskiej wciąż pozostaje w głębokim marazmie. Projekt utknął w korytarzach Rady UE, gdzie państwa członkowskie nie zdołały wypracować wymaganej większości kwalifikowanej. Zamiast zdecydowanych rozstrzygnięć, w marcu 2026 roku Komisja Europejska opublikowała kolejny harmonogram zmian czasu, ale tym razem rozpisany aż do 2031 roku.
Zamiast twardych politycznych decyzji, unijny aparat urzędniczy serwuje obywatelom Unii Europejskiej kolejne proceduralne pętle. Przełomem w odblokowaniu impasu miała być rzekomo inicjatywa podjęta podczas polskiej prezydencji w Radzie UE, co miało miejsce w pierwszej połowie 2025 roku. Unijny komisarz ds. transportu Apostolos Dzidzikostas zapowiedział wówczas zlecenie nowych, pogłębionych analiz.
W efekcie w lutym 2026 roku uruchomiono potężne badanie realizowane przez konsorcjum Ecorys–Capgemini–Stratec–CE Delft, którego wyniki poznamy najwcześniej pod koniec bieżącego roku. Analitycy badają aż 10 rozmaitych scenariuszy wdrożeniowych, analizując potencjalne powstawanie nowych „granic czasowych”, skutki dla rynku wewnętrznego, spójność transportu oraz konsekwencje zdrowotne. Tworzy się skomplikowane aparaty pojęciowe i wydaje ogromne środki na ekspertyzy, aby odwlec w czasie moment, w którym należy podjąć prostą decyzję polityczną.
Tymczasem dowody naukowe i dane opublikowane chociażby przez Główny Urząd Miar jednoznacznie wskazują na koszty zaniechań. Jesienna zmiana czasu odcina ludzi od naturalnego światła słonecznego w godzinach popołudniowych, sprzyjając fotodepresji i spadkowi aktywności fizycznej. Powoduje trudności adaptacyjne u osób starszych, przewlekle chorych, a także wywołuje dotkliwy stres u zwierząt hodowlanych i domowych poprzez gwałtowne zaburzenie ich dobowego rytmu.
Frustracja brakiem postępów na szczeblu brukselskim widoczna jest również na podwórku lokalnym. W Polsce od lat pojawiają się polityczne deklaracje dotyczące ukrócenia tego anachronizmu. W kwietniu 2025 roku do Sejmu wpłynął poselski projekt ustawy zakłady wprowadzenie całorocznego czasu letniego środkowoeuropejskiego. Projekt ten, po przejściu konsultacji społecznych, jesienią ubiegłego roku utknął jednak w sejmowej Komisji Gospodarki i Rozwoju. Główną barierą okazuje się tu unijna architektura prawna. Państwo członkowskie nie może jednostronnie wycofać się ze stosowania dyrektywy 2000/84/WE. Samowolna decyzja Warszawy o rezygnacji ze zmiany czasu naruszyłaby prawo Wspólnoty, co groziłoby nie tylko potężnymi karami finansowymi nakładanymi przez Trybunał Sprawiedliwości UE, ale również technicznym paraliżem w międzynarodowym transporcie lotniczym i kolejowym oraz w synchronizacji systemów informatycznych.
Polska oraz pozostałe kraje członkowskie stały się zakładnikami unijnej niemocy. Choć wszyscy mają świadomość, że dwukrotne przestawianie zegarków w ciągu roku nie ma dziś żadnego uzasadnienia ekonomicznego ani społecznego, Europejczykom pozostaje jedynie pokorne podporządkowanie się nieżyciowym przepisom.
Nadchodząca noc z 24 na 25 października po raz kolejny przypomni nam, jak długa i wyboista jest droga od woli obywateli do sprawczego działania unijnej biurokracji.
*
Czym, jak nie debilizmem władzy unijnej nazwać fakt, że nie są w stanie zmienić przepisu o zmianie czasu? Zamiast jednej decyzji, wydają pieniądze na analizy, które niczego nie wniosą. Skoro można przestawiać zegarki dwa razy w roku, do czego nie trzeba dodatkowych badań i sprawozdań o wpływie i konsekwencjach, tak samo można zmienić czas ostatni raz w przyszłym roku na wiosnę, by dalej nim nie manipulować. Proste? Dla mnie tak, ale ja nie jestem pracownikiem reżimowej Komisji Europejskiej i eurodebilem zasiadającym w Parlamencie Europejskim.
Bogdan Feręc
Źr. EU/Reuters/Infor
Photo by Abdul Artega on Unsplash


