„Myszka”, szczury i drogie fury. Jak naprawdę żył Julian Tuwim?

Tuwim wstydził się „myszki” na policzku i uwielbiał szczury, Lechoń miał kompleks związany ze zbyt niskim wzrostem i wciąż mówił o samobójstwie, Iwaszkiewicz żył w miłosnym „trójkącie”, Wierzyński uwielbiał alkoholowe libacje, a Słonimski był zagorzałym pacyfistą i bezlitosnym prowokatorem. Taka była „piątka” Skamandrytów. Poetów, wielkich artystów, którzy wierzyli, że świat można zmieniać nie karabinem, lecz słowem… Za niespełna trzy tygodnie obchodzić będziemy 65. rocznicę śmierci Juliana Tuwima.

***

Skamander to najbardziej wpływowa grupa poetycka Polski niepodległej. Czesław Miłosz, który formułował swój program artystyczny w opozycji do skamandrytów, po wielu latach w „Traktacie poetyckim” tak określił jej istotę: „Nigdy nie było tak pięknej plejady”. Dodajmy: plejady literatów, których twórczość stanowi dzisiaj klasykę literatury polskiej XX wieku.

Dzieje Skamandra związane były z Warszawą. To właśnie tu w latach 1916- 1919 powstawała ona wokół pisma „Pro arte et studio” i „Pro arte”. Istotne znaczenie dla jej konsolidacji miały wspólne występy – od listopada 1918 roku po marzec 1919 – w literackiej kawiarni „Pod Picadorem”. Ostateczne uformowanie się grupy nastąpiło na przełomie 1919/1920 roku. W grudniu 1919 roku po raz pierwszy wystąpili pod nazwą Skamander, natomiast w styczniu 1920 roku ukazał się pierwszy numer czasopisma „Skamander”. Nazwę tę zaczerpnięto bezpośrednio z dramatu Stanisława Wyspiańskiego „Akropolis”, jednak wywodzi się ona z geografii starożytnej – tak bowiem nazywała się rzeka opływająca antyczną Troję, o której pisał w „Iliadzie” Homer. Wybór nazwy, na trwałe wpisanej w dzieje kultury śródziemnomorskiej, dowodzi szacunku młodych poetów do tradycji i ich chęci nawiązywania do dorobku przeszłości. „Wielką piątkę” Skamandra tworzyli: Julian Tuwim, Jan Lechoń, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński oraz Antoni Słomiński.

Tuwim – jaki był naprawdę?

Rzeczywistość, w jakiej żył dla wielu może okazać się szokująca, bo o tym nie mówi się w szkołach ani nie pisze w podręcznikach do języka polskiego. Wciąż bowiem panuje mit poety – wieszcza, który „żył skromnie i romantycznie” i który wierzył „w nadprzyrodzoną misję”. Zapomina się, że artyści, podobnie jak inni, a może jeszcze bardziej (!), żyli zwyczajnie. Po prostu. Czasami może zbyt dużo pili i palili, kochali mocniej i namiętniej, ale ponoć utalentowanym zawsze wolno więcej…

Julian Tuwim to jeden z najwybitniejszych twórców polskiej literatury. Ten urodzony w Łodzi, w żydowskiej rodzinie literat, był człowiekiem o niezwykle skomplikowanej osobowości. Mówiono o nim, że był dziwakiem, cierpiącym na depresję i megalomanię, która ta zwykle ujawniała się po zbyt dużym spożyciu trunków. Pisał doskonale i był zorganizowany. Lubił ład i porządek, co dla niektórych było dowodem na to, iż miewał stany lękowe. „Bo ponoć zorganizowanie, to synonim nerwicy” – mawiano żartobliwie, co w przypadku Tuwima akurat mogło być prawdą. Wszyscy też doskonale wiedzieli, że fotografowie mogli mu robić zdjęcia tylko „z prawego profilu”. Na lewym policzku miał bowiem charakterystyczne, ciemne znamię, które nazywał „myszką”. Był brzydki – tak o koledze Tuwimie mówił Jarosław Iwaszkiewicz. I tak go nawet kiedyś opisał:

Jego dziwna, podobna do ptaka twarz, nisko cofnięte czoło, ostre, prawie drapieżne oczy, ciemna myszka na policzku – wszystko to sprawiało wrażenie, że można było rozglądać się po nim, jak po niezwykłej okolicy.

Tuwim bardzo przejmował się swoim wyglądem. Wielu to dziwiło, bo uważano, że miał wszystko. I talent, i miłość. Wiódł szczęśliwe życie osobiste. Miał piękną, o trzy lata młodszą od siebie, żonę Stefanię, z którą ożenił się w 1919 roku w synagodze przy ulicy Kościuszki w Łodzi, był niezwykle popularny i dobrze opłacany. Niektórzy wytykali mu to, że nie skończył studiów na wydziale polonistyki, ale on bagatelizował docinki. Chciał być bogaty i sławny. A kiedy jego nazwisko zaczęto utożsamiać z sukcesem, nie wahał się to wykorzystać. Tuwimowie korzystali z uroków eleganckiego życia, odwiedzali najlepsze kurorty, posiadali najnowsze modele samochodów, kierowcę, lokaja, służącą. Iwaszkiewicz nie ukrywał zaskoczenia zachowaniem i wyglądem przyjaciela, gdy po powrocie z kilkudniowej wyprawy w góry spotkał go na Krupówkach. Ona była (Stefania) w różowej sukni jak obłoczek, on w jasnym ubraniu, tacy modni i świeżutcy. Zaczął się z nas śmiać na głos, pokazując palcami i wołając: „Dzicy ludzie! Dzicy ludzie!”. Okazało się, że mieszkał w jednym z najwykwintniejszych pensjonatów. Wtedy właśnie zaczął dobrze zarabiać w „Qui Pro Quo”. W porównaniu z tymi zarobkami inni skamandryci byli nędzarzami. 

Tuwim, poza pisaniem, miał wiele innych zainteresowań. I to niezwykłych.

Nie jest bowiem tajemnicą, że ze zwierząt najbardziej kochał szczury! Przynajmniej tak było można wnioskować po tym, jakie zdobycze przynosił z antykwariatów. Kupował, prawie hurtowo, wszystko, co napisano o tych gryzoniach. Uważał je za wyjątkowo inteligentne i „genialne” stworzenia. Nie kojarzyły mu się z roznoszeniem chorób czy epidemią dżumy, jaką wywołały w XVII wieku w Londynie. Dużo czytał na temat ich systemu nerwowego i zwinności. Nie wiadomo, skąd takie zainteresowania u artysty. Podobnie, jak nikt nie wie, dlaczego fascynowały go opowieści o diabłach? W całej Europie zbierał książki i broszury na ten temat.

Czasami też wypowiadał się o polityce, czym bulwersował przyjaciół i bliskich znajomych. Uważał, że Polska potrzebuje zbliżenia z Józefem Stalinem i całym ZSRR. Stał się twarzą ówczesnych komunistów – mawiano, kiedy po Skamandrytach nie było już śladu. Wierzył w wolną Europą, w której władzę sprawowaliby głównie robotnicy. Tuwim w tamtym okresie nie był „tym” Tuwimem sprzed wojny, tym którego znano ze sceny „Pikadora”. Zmienił się bardzo. Nic więc dziwnego, że w pewnym okresie uważano go nawet za „agenta Stalina”. Prowokował i wygłaszał tezy, które nie wszystkim się podobały. I kiedy przestał otrzymywać od rządu londyńskiego zasiłek, popadł w ubóstwo. Nie jeździł już drogimi autami, nie jeździł z małżonką do górskich kurortów.

Tuwimów uratował Artur Rubinstein, kompozytor, który wtedy był u szczytu swojej kariery.

Z dnia na dzień Tuwimowie znaleźli się w trudnej sytuacji finansowej. Artur Rubinstein, podobnie jak poeta pochodzący z żydowskiej rodziny w Łodzi, bez słowa wystawił czek na znaczną kwotę, która umożliwiła Tuwimom normalne życie.

Przez swoje poglądy wygłaszane w czasach socrealizmu Tuwim spostrzegany jest bardzo różnie. Dla jednych jest nieskazitelnym artystą, dla drugich „tym, który – jak swojego czasu określił to Czesław Miłosz – skończył swoją karierę na balu UB”.

Trudno dziś oceniać zachowanie Tuwima. Analizując jego życie można śmiało stwierdzić, że robił wszystko, aby utrzymać rodzinę (żonę i adoptowaną zaraz po wojnie małą Ewę) i zapewnić jej jak najlepszy status.

***

Artysta zmarł 27 grudnia 1953 roku w Zakopanem. Przyczyną śmierci poety był atak serca. Został pochowany w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie. Odszedł w szczytowym momencie stalinizmu, gdyby żył kilka lat dłużej, zapewne nie wypominano by mu do dzisiaj propagandowej twórczości. Sławomir Koper, historyk, autor wielu publikacji na temat okresu międzywojennego i obyczajowości XIX stulecia podkreśla, że:

„wielu innych pisarzy pisało w manierze socrealistycznej, stworzyło dużo więcej utworów niż Tuwim, ale potem skutecznie to zamazało. A on ogłosił zaledwie kilka wierszy, trochę prozy, ale do dzisiaj mu się to pamięta”.

Zapewne również dlatego, że był to Julian Tuwim, największy polski poeta XX wieku…

Agencja Informacyjna

Ewelina Rubinstein

Agencja Informacyjna, Kultura>>>

Na zdjęciu Julian Tuwim, 1930 r.

Podziel się z innymi:
REAGUJEMY NA SYGNAŁ
Wyjątkowy rok

Translate »