Trudno oprzeć się wrażeniu, że gdy dziś sięgamy po wielkanocne jajko z czekolady, w dłoni zostaje nam głównie… powietrze. Inflacja swoje zrobiła, ale prawdziwym winowajcą są dwa zjawiska, które rozpanoszyły się w branży: shrinkflation, czyli kurczenie się produktów oraz jej kuzynka, skimpflacja, polegająca na obniżaniu jakości składników. Efekt? Jajka wielkanocne są mniejsze, ale za to zdecydowanie droższe. Taki prezent od zajączka w czasach nowoczesności.
Przykład to np. duże jajko Cadbury Celebrations, które jeszcze w 2021 roku ważyło 248 gramów. W tym roku to zaledwie 189. To niemal jedna czwarta produktu wyparowała w pięć lat, jakby ktoś w fabryce zbyt mocno odkręcił sprężynę oszczędności. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja mniejszych jajek Marsa czy Cadbury’s i ich masa spadła z 130–140 gramów do niespełna 90–95. Trzecia część produktu zniknęła, ale cena? Ona akurat została, a nawet urosła, niczym drożdżowe ciasto w ciepłej kuchni. To samo dzieje się z innymi słodyczami. Snickersy w czteropaku skurczyły się o 28% w dekadę, Yorkie o 20%, Toblerone o 25%, przy czym tam postawiono na kamuflaż w postaci większych odstępów między pojedynczymi jajkami. Tradycja tradycją, ale spryt w tej branży nigdy nie wychodzi z mody.
Nie brakuje jednak opinii, że mniejsze słodycze to ukryte błogosławieństwo, czyli mniej kalorii, mniej szkody dla zdrowia, bardziej odpowiedzialne społeczeństwo. Choć rządy oraz instytucje (takie jak irlandzki Urząd Bezpieczeństwa Żywności) od lat zachęcają do reformułowania żywności, to trzeba przyznać jedno, że łatwiej jest odjąć 10 gramów produktu, niż zmniejszyć zawartość cukru czy tłuszczu, nie psując smaku. Mondelez, właściciel Cadbury, chwalił się nawet usunięciem 10 miliardów kalorii z brytyjskiego rynku, ale lwia część „odchudzania” polegała po prostu na… robieniu mniejszych batonów.
To sam w sobie niezły pomysł, ale jeśli obniżasz też cenę. Jednak ceny nie spadły i stało się wręcz przeciwnie.
Weźmy wspomniane duże jajko Cadbury Celebrations. W 2021 kosztowało 6 euro, a w tym roku to 8 euro, czyli cena wzrosła o 33%, a oferta multibuy (trzy jajka za 9 euro wtedy vs. trzy za 10 dziś) również nie ratuje sytuacji. Po uwzględnieniu gramatury mówimy już o wzroście wartości o 45–75% na gram w pięć lat, co, niestety, pokrywa się z danymi irlandzkiego CSO, według którego ceny czekolady wzrosły od lutego 2021 aż o 51%.
Przy mniejszych jajkach sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Pięć za 5 euro w 2021 roku zmieniło się w trzy za 4 euro dziś. Po uwzględnieniu masy, cena za gram po prostu się podwoiła.
Producentów tłumaczą rosnące koszty, w tym kakao, które droższe jest o 30–38%, cukier o 9,2%, produkty mleczne o 24%. Do tego energia, transport, problemy z plonami w Afryce i Ameryce Południowej, skutki wojen i pandemicznej zawieruchy. To wszystko prawda i faktycznie przekłada się na ceny. Jednak zyski branży wciąż wyglądają jak sprawozdania z krainy obfitości. Mondelez zanotował ostatnio 12,3 mld dolarów zysku netto, Nestlé – ponad 9 mld franków.
A skoro i ceny rosną, i zyski trzymają się mocno, konsumenci zaczynają pytać: czy poza wielkością nie spadła także jakość?
Tu wchodzi skimpflacja, cała na brunatno-czekoladowo. Do masy trafia więcej tańszego oleju roślinnego (w tym palmowego), masło kakaowe i masa kakaowa potrafią zamienić się miejscami na liście składników, a w niektórych słodyczach pojawiają się dodatki w rodzaju herbatników czy plastra miodu – tańsze niż sama czekolada, ale pozwalające zachować wagę produktu. Efekt? Wiele osób twierdzi, że czekolada „nie smakuje jak kiedyś”. Producenci zaprzeczają, przepisy UE stawiają swoje progi (np. 25% kakao w czekoladzie mlecznej, od którego Irlandia i Wielka Brytania mają wyjątkowe odstępstwo), ale jedno pozostaje pewne: trudno dziś dowiedzieć się, co dokładnie zmieniło się w recepturach, bo prawo nie wymaga ujawniania procentowych proporcji składników.
A co z dodatkami? Jeszcze niedawno w jajkach wielkanocnych można było znaleźć kubki, talerzyki i inne „gratisy”. Dziś gratisów brak. Najprawdopodobniej chodzi o koszty transportu, bo kubki ważyły po 200–400 gramów, potrafiąc podwoić wagę zestawu. Przy obecnych cenach paliw to koszt nie do przeskoczenia. Większe pudełka, mniejsza liczba produktów w kontenerze… To wszystko składa się na ekonomiczny rachunek, w którym kubek nie ma już szans.
***
Mniej czekolady w czekoladzie to jedno, ale ja się wciąż zastanawiam, jak długo jeszcze w tłumaczeniach, nie tylko czekoladowych, pojawiać się będzie Covid-19?
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Photo by Lisette Harzing on Unsplash

