Jest w słowach Kościoła katolickiego moc. Słowa są jak nasiona. Posiane mogą wydać plon zbawienia albo z ich mąki upiec chleb kontrowersji. Gdy biskupi przemawiają, ich głos (bez względu na intencje) staje się częścią szerszej narracji społecznej i dyskusji. Ta narracja w czasach, kiedy Europa drży pod ciężarem migracji, globalizacji i społecznych lęków, ma realne konsekwencje dla wspólnoty narodowej i Kościołów lokalnych. Prawie 3 miesiąca biłem się z myślami, aby […]
Jest w słowach Kościoła katolickiego moc. Słowa są jak nasiona. Posiane mogą wydać plon zbawienia albo z ich mąki upiec chleb kontrowersji. Gdy biskupi przemawiają, ich głos (bez względu na intencje) staje się częścią szerszej narracji społecznej i dyskusji. Ta narracja w czasach, kiedy Europa drży pod ciężarem migracji, globalizacji i społecznych lęków, ma realne konsekwencje dla wspólnoty narodowej i Kościołów lokalnych.
Prawie 3 miesiąca biłem się z myślami, aby odnieść się do tego w tonie publicysty i katolika. W końcu stwierdziłem, że po prostu muszę!
W roli głównej komunikat z 402. zebrania plenarnego Konferencji Episkopatu Polski. Ów skądinąd dobrze zredagowany i intencjonalny dokument wzywa do “gościnności wobec przybyszy, uchodźców i migrantów”, przywołując słowa Jezusa: „Byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie” (Mt 25,35).
To cytat, którego echo odnajdujemy w całej tradycji Kościoła. Ale gdy przyjrzymy się bliżej stylowi, kontekstowi i konsekwencjom takiego przekazu, bez koniecznego równoważenia troski o dobro wspólne społeczności przyjmującej, to pojawia się pytanie fundamentalne: czy głos Kościoła nadal stoi na solidnych filarach mądrości chrześcijańskiej, czy też ulega duchowi czasu, który jest – jak pisał wielki G. K. Chesterton
„duchem kompromisu nowoczesnego, który niczego nie broni, oprócz momentalnej popularności”?
Pyłek słów dzisiejszych biskupów wobec mądrości olbrzymów wiary
Kiedy mówię i piszę „dzisiejsi biskupi”, nie mam na myśli ich osoby, lecz mentalną i intelektualną pozycję ich komunikatów wobec wielkich postaci polskiego Kościoła katolickiego XX wieku, które miały odwagę stać w obronie godności i tożsamości narodu polskiego oraz samego Kościoła, nawet wobec nacisków politycznych i społecznych.
Błogosławiony Stefan Kardynał Wyszyński, nasz Prymas Tysiąclecia, w czasach komunizmu znał cenę odpowiedzialności za lud Boży. Jego odwaga nie była podyktowana modą, lecz wiernością prawdzie. Wyszyński nauczał, że
„wolność nie polega na robieniu tego, co się chce, ale na byciu tym, czym się powinno być”.
To perspektywa, która dzisiaj zdaje się zaniknąć w komunikatach KEP, gdzie słowo „gościnność” bywa wyrwane z kontekstu społecznego, a interesy wspólnoty narodowej schodzą na dalszy plan. Niestety!
W sukurs przychodzi mi także św. Augustyn z Hippony w „Wyznaniach” pisał:
„Miłuj i czyń, co chcesz; jeśli milczeniem chcesz, milcz w miłości; jeśli mówieniem – mów w miłości; jeśli karaniem – karaj w miłości… miłość jest zasadą działania.”
To nie jest przyzwolenie na dowolność interpretacji Ewangelii. To wskazanie na równowagę między miłosierdziem a mądrością rozeznania. Św. Augustyn uczył, że miłość bez rozumu może łatwo stać się iluzją.
I to jest kardynalny punkt mojej krytyki: miłosierdzie, bez odniesienia do dobra wspólnego i porządku społecznego, traci grunt pod nogami i może stać się narzędziem retorycznym zamiast moralnym.
Św. Tomasz z Akwinu w „Sumie Teologicznej” przypominał:
„Prawu ludzkiemu należy przyznać moc obowiązującą wtedy, gdy jest zgodne z prawem naturalnym i celuje w dobro wspólne.”
A to oznacza, że gościnność chrześcijańska nie może istnieć w oderwaniu od troski o dobro wspólnoty politycznej i społecznej, której Kościół katolicki także musi służyć! Owa – tak hołubiona (użyję tutaj mojego neologizmu na potrzeby tekstu – „poprawnistycznie”) przez Konferencję Episkopatu Polski gościnność – w rozumieniu wielkiego Akwinaty – nie jest tylko akceptacją inności, ale też mądrym i sprawiedliwym wkomponowaniem tej inności w dobro wspólne.
Dobro, które musi służyć wszystkim, nie tylko przybyszom.
Tymczasem dzisiejszy episkopat, w swoim tonie, czasem przypomina raczej pyłek unoszący się w eterze medialnej poprawności niż filar mądrości moralnej i społecznej.
Nowoczesność czy poprawność?
Dzisiejsi hierarchowie Kościoła (bez względu na ich osobistą pobożność) często mówią językiem, który gubi kontekst społeczny i kontekst geopolityczny. W komunikacie KEP jest wezwanie do gościnności i integracji, lecz brak tam jasnego odniesienia do potrzeb tych, którzy od pokoleń budują społeczność polską, zarówno w wymiarze duchowym, jak i materialnym.
Nie ma tam odniesienia do kwestii równowagi między pomocą a strukturami prawnymi, między solidarnością a odpowiedzialnością państwa.
To właśnie tutaj pojawia się ryzyko instrumentalizacji komunikatu, bowiem jeśli ktoś chce wykorzystać język gościnności, może to odczytywać jako przyznanie priorytetu nowym nad stałymi mieszkańcami, co w debacie publicznej może zostać użyte jako argument na rzecz polityk migracyjnych, które ignorują realia ekonomiczne i demograficzne kraju.
I to nie jest już tylko teologia, ponieważ dotykamy problematyki antropologicznej, społecznej, oraz prawa duszy i ziemi.
Filozoficzny ciężar prawdy versus slogany i propaganda
W myśli klasycznej mamy narzędzia do krytycznej analizy takiej retoryki. Arystoteles w „Etyce Nikomachejskiej” mówi o złotym środku między skrajnościami. W kontekście migracji oznaczałoby to: ani zamknięcia serca, ani bezwarunkowego otwarcia bez granic i zasad.
Hannah Arendt w swoich analizach ludzkiej kondycji przypomina, że człowiek jest przede wszystkim istotą działającą w świecie, a polityka migracyjna zawsze dotyka nie tylko pojedynczych losów, ale struktur wspólnotowych i zasad sprawiedliwości.
Jeśli Kościół głosi jedynie bezwarunkową gościnność bez odniesienia do dobra wspólnego, to nie tyle idzie za Ewangelią, ile
za mantrą poprawności, która w istocie często prowadzi do zaniku realnej troski o społeczność przyjmującą.
Kościół instytucjonalny a utrata wiernych
Nie da się pominąć faktu, że Kościół instytucjonalny w Polsce, a przede wszystkim episkopat, robią dużo, by utracić wiernych. To wierni praktykujący, często patrioci i ludzie konserwatywni, którzy konsekwentnie angażują się w życie wspólnoty, stają się ofiarą działań komunikacyjnych, które sprawiają wrażenie: „po nich to choćby potop”. Nie troszczy się o tych, którzy od lat budują wspólnotę i przekaz wiary, lecz wpycha ich w tło na rzecz abstrakcyjnej idei otwartości bez granic i rozeznania.
To jest ewidentny paradoks: instytucja powołana do ochrony i prowadzenia owiec, zatraca wrażliwość wobec tych, którzy są w jej rękach od pokoleń.
W tym kontekście rodzi się gorzka ironia:
chcemy chronić przybyszy, a zapominamy o własnych ludziach, którzy już są tu i teraz, w Ojczyźnie.
I tutaj dochodzimy do kolejnej historii, która będzie miała swoje konsekwencje i nieubłagany ciąg dalszy, jeśli (to moje mniemanie) takich komunikatów i przejawów poprawnej „letności” będzie więcej…
W ciągu 10 lat, pomiędzy spisem powszechnym z 2011 a tym z 2021 roku Kościół katolicki w Polsce utracił nie symboliczny margines, lecz całą metropolię serc i dusz. To 6,6 miliona ludzi, którzy jeszcze dekadę temu deklarowali przynależność do Kościoła katolickiego, a dziś już tego nie robią.
W procentach to tąpnięcie jeszcze bardziej wymowne. Z blisko 88 % społeczeństwa do niewiele ponad 71 %, czyli spadek o ponad 16 punktów procentowych w ciągu jednego pokolenia.
To nie jest statystyczny szum ani chwilowa moda, lecz proces głęboki, systemowy i – co najgroźniejsze – w dużej mierze cichy. Obok tych, którzy przestali identyfikować się z Kościołem katolickim w Polsce, szybko rośnie grupa ludzi, którzy odchodzą od religii w ogóle, wybierając obojętność zamiast buntu i milczenie zamiast deklaracji.
Te miliony Polaków nie wyszły z Kościoła drzwiami, one po prostu przestały do niego wchodzić. Bez manifestacji, bez gniewu i bez potrzeby tłumaczenia się komukolwiek. Wielu rozczarował kierunek, w którym dryfuje polski Kościół katolicki.
Coraz więcej respondentów unika nawet odpowiedzi na pytanie o wiarę, jakby sama religia przestała być dla nich punktem odniesienia w opisie własnej tożsamości. To znak, że kryzys nie dotyczy jedynie frekwencji w świątyniach, lecz zaniku więzi duchowej i kulturowej, która przez pokolenia była czymś oczywistym.
A kiedy jeszcze ich pasterze zajęci są formułowaniem abstrakcyjnych komunikatów, łowieniem nowinek, organizacją dni judaizmu i islamu w Kościele katolickim zamiast wsłuchiwać się w to milczenie, to owczarnia odchodzi. Po cichu, bez słowa, lecz często z żalem i nieodwracalnie.
Ekumenizm?! Tak, ale tylko w jedną stronę
A propos islamu. 26 stycznia 2026 roku Kościół katolicki w Polsce po raz 26. będzie obchodził Dzień Islamu, tym razem pod hasłem „Chrześcijanie i muzułmanie: Kim mamy nadzieję wspólnie się stać”, z centralnymi uroczystościami w Poznaniu.
Od 2001 roku Kościół organizuje modlitwy, spotkania i wspólne czytanie Biblii i Koranu, podkreślając dialog i szacunek wobec wyznawców islamu. Wydarzeniu towarzyszą oficjalne materiały episkopatu, modlitwy wiernych oraz gesty symboliczne, jak wspólny znak pokoju. Cytat:
/…/ „Wydarzenie będzie miało tradycyjną formułę. Rozpocznie się od zawiązania wspólnoty i muzyki Orientu. Po odczytaniu fragmentów Ksiąg Świętych – Biblii i Koranu nastąpi dwugłos chrześcijańsko-muzułmański, po którym zanoszone będą modlitwy: muzułmańska modlitwa spontaniczna „du’a” i chrześcijańska modlitwa wiernych zakończona modlitwą „Ojcze nasz”. Na koniec uczestnicy przekażą sobie nawzajem znak pokoju.”
Nie jestem przeciwnikiem ani wrogiem innych religii, ale jako katolik mam prawo pytać o symetrię i wzajemność w duchu głoszonej przez KEP gościnności oraz akceptacji uchodźców i przybyszów. Czy podobne dni, modlitwy i gesty otwartości odbywają się lub planowane są w meczetach i synagogach w Polsce? A jeśli nie tutaj, to czy można ich oczekiwać na Bliskim Wschodzie i w krajach Arabii, gdzie chrześcijanie często nie mogą liczyć na analogiczną przestrzeń dialogu i publicznej obecności?
Przypomnę tylko, że według prognoz agend ONZ do Europy może napłynąć nawet 100 milionów migrantów do 2030 roku. A jeśli dojdzie do ataku na Iran, to ta liczba może być jeszcze większa.
Czy nasz episkopat jest przygotowany, by nie tylko głosić słowa o gościnności, ale realnie nieść ciężar tej odpowiedzialności? A co z resztą owczarni? Tej polskiej, która jak się okazuje ma tylko obowiązki? I przy tej okazji przypomnę bardziej niż ważne słowa sprzed 50 lat.
Przesłanie błogosławionego Prymasa Stefana Wyszyńskiego
Błogosławiony Prymas Stefan kardynał Wyszyński, w roku 1976 przemawiając do polskich kapłanów, mówił jasno i wprost:
„Nie oglądajmy się na wszystkie strony. Nie chciejmy żywić całego świata, nie chciejmy ratować wszystkich. Chciejmy patrzeć w ziemię ojczystą, na której wspierając się, patrzymy ku niebu. Chciejmy pomagać naszym braciom, żywić polskie dzieci, służyć im i tutaj przede wszystkim wypełniać swoje zadanie – aby nie ulec pokusie „zbawiania świata” kosztem własnej ojczyzny. Przypomina mi się tak wspaniale przedstawiony w powieści Gołubiewa „Bolesław Chrobry” i Parnickiego „Srebrne orły” fragment. Oto cesarz Otto III kusi Bolesława Chrobrego, czyni go patrycjuszem rzymskim i chce go ściągnąć do Rzymu. Ale król nie dał się wyciągnąć z Polski, z ubogiego Gniezna, na forum rzymskie. Został w swoim kraju, bo był przekonany, że jego zadanie jest tutaj. Naprzód umocnić musi swoją ojczyznę, a gdy to zrobi, pomyśli o innych, o sąsiadach. Niestety, u nas dzieje się trochę inaczej – „zbawia” się cały świat, kosztem Polski. To jest zakłócenie ładu społecznego, które musi być co tchu naprawione, jeżeli nasza Ojczyzna ma przetrwać w pokoju, w zgodnym współżyciu i współpracy, jeżeli ma osiągać upragniony ład gospodarczy. Nieszczęściem jest zajmowanie się całym światem kosztem własnej Ojczyzny.”
To słowa, które powinny być drogowskazem dla każdego, kto decyduje się głosić miłosierdzie, ale ignoruje dobro wspólnoty. Dobro Rzeczpospolitej! Zresztą, słowo Polska, Rzeczpospolita w ogóle w tym komunikacie nie padło, a POWINNO.
Miłosierdzie bez rozeznania i próby diagnozy sytuacji, nawet jeśli pięknie brzmi w komunikatach, może prowadzić do chaosu, a chrześcijańska odpowiedzialność społeczna zostaje pogrzebana.
Kościół w Polsce ma tradycję głębokiej troski o naród i kulturę, którą reprezentowali tacy olbrzymi ducha i intelektu jak Błogosławiony Stefan Wyszyński czy kardynałowie‑męczennicy. Ich głos był jasny: troska o bliźniego i troska o wspólnotę nie stoją w sprzeczności, ale są współzależne.
Komunikaty episkopatu, o którym tak się rozpisuję, choć nacechowany dobrymi intencjami, może być odczytywany i wykorzystywany jako element narracji, który nie jest w pełni zakorzeniony w tradycyjnej mądrości Kościoła katolickiego i jego nauki społecznej.
Brakuje tutaj mądrości, która umie łączyć miłosierdzie z roztropnością, gościnność z prawem, a otwartość z troską o dobro wspólne.
Ewangeliczne wezwanie do prawdziwego pasterzowania
Nie chodzi mi w tym tekście, z napisaniem którego nosiłem się omal 3 miesiące, o krytykę samych księży czy zakonników, lecz o mentalność współczesnych biskupów – pasterzy, którzy pozwalają, by ich instytucja dryfowała z prądem poprawności społecznej. Wykrzyknąć chcę teraz: Biada pasterzom Izraela, którzy sami siebie pasą!
„Czyż pasterze nie powinni paść owiec? Nakarmiliście się mlekiem, odzialiście się wełną, zabiliście tłuste zwierzęta, jednakże owiec nie paśliście.” – głosi Księga Ezechiela 34,3
Niech te prorockie słowa przypominają dzisiejszym hierarchom, że owce są w Waszej trosce, a nie abstrakcyjna idea gościnności.
Kościół powołany jest do tego, by mówić prawdę. Całą prawdę a nie tylko rzeczy o miłości. Kościół ma także obowiązek mówić (i myśleć!) o konsekwencjach społecznych i antropologicznych określonych rozwiązań. Gościnność jest cnotą, ale nie może samodzielnie stać się priorytetem przeciwstawionym dobrobytowi, ładowi i wspólnocie tych, którzy już mieszkają i pracują w Ojczyźnie od pokoleń.
Jak mawiał św. Augustyn:
„Kościół jest jedno, ale nie może być celebrowany w oderwaniu od sprawiedliwości i prawdy.”
A św. Tomasz z Akwinu dodałby, że „miłość jest prawdziwa tylko wtedy, gdy służy dobru wspólnemu”, a nie jedynie abstrakcyjnym ideałom.
Dziś przypominanie Ewangelii jest potrzebne, ale z pamięcią o tych, którzy ją noszą w sercach i w życiu, i o tych, którzy stoją u bram wspólnoty. I to jest ta równowaga, której (korzystając z tradycji i mądrości Kościoła katolickiego, oraz darów Ducha świętego) nie powinniśmy utracić.
Tomasz Wybranowski

