Państwowy system ochrony zdrowia z założenia gwarantować ma mieszkańcom Irlandii pomoc w najtrudniejszych momentach życia. Ludzie płacą na ten cel podatki, z których finansowane jest nie tylko bieżące funkcjonowanie placówek, wyposażenie czy pensje personelu, ale również cała infrastruktura towarzysząca, w tym przyległe parkingi.
Tymczasem dojazdy do szpitali stały się dla wielu pacjentów i ich rodzin źródłem dodatkowego, ogromnego obciążenia finansowego. Wokół szpitali wyrosła bezwzględna machina finansowa, która pobiera horrendalne stawki za postój. Jednak pomyli się ten, kto pomyśli, że rząd, a zauważył już problem, zamierza to zmienić. Zamiast zdecydowanej reakcji i całkowitego zakazu tej grabieży, rząd proponuje półśrodki, czyli odgórny limit cenowy, który w rzeczywistości jedynie legitymizuje wyzysk najsłabszych.
Propozycja ministerstwa zdrowia, a dotycząca wprowadzenia maksymalnego limitu opłat za parkowanie przy szpitalach, a chodzi tu o kwotę w wysokości 10 euro dziennie, spotkała się z falą uzasadnionej krytyki ze strony społeczników i organizacji reprezentujących pacjentów. Stanowisko zaprezentowane przez minister zdrowia Jennifer Carroll MacNeill dostarcza dowodów na to, jak bardzo rządowa perspektywa oderwana jest od realiów życia obywateli zmagających się z chorobami.
Wypowiadając się na antenie stacji News Talk minister Carroll MacNeill przekonywała, że w całej sprawnej polityce parkingowej: „Trzeba znaleźć równowagę”. Minister dodała, że na 45 szpitali publicznych w Irlandii dziewięć nie pobiera opłat, a stawki przekraczające 10 euro dziennie obowiązują obecnie w czterech placówkach, co służyć ma, jako usprawiedliwienie dla wprowadzanych regulacji.
W tym miejscu pozwolę sobie na komentarz, bo taka argumentacja opiera się jednak na fałszywym założeniu, że między budżetem opieki zdrowotnej a kieszenią schorowanego mieszkańca kraju, w ogóle powinna istnieć jakaś „płaszczyzna negocjacji”. Ustanowienie pułapu na poziomie 10 euro to nie żaden kompromis, lecz usankcjonowanie faktu, że państwo przyzwala na zarabianie na ludzkim nieszczęściu.
Sytuacja wygląda zupełnie inaczej z perspektywy osób, które w szpitalach spędzają całe tygodnie – czy to walcząc o własne zdrowie, czy opiekując się bliskimi. Dobitnie punktował to Bernard Mulvaney z organizacji Access for All, określając rządową propozycję jako wysoce niewystarczającą i pozbawioną wrażliwości. Mulvaney, który sam jest opiekunem pobierającym świadczenie w kwocie 270 euro tygodniowo, przedstawił brutalny rachunek ekonomiczny, jaki państwo wystawia najuboższym:
„Spędzamy w szpitalu dłuższy czas. Wydajesz więc 10 euro dziennie, czyli 70 euro tygodniowo – to szybko się sumuje. To spora część z twoich 270 euro tygodniowo”.
Dla kogoś, kto próbuje przeżyć za głodową kwotę zasiłku, oddawanie ponad czwartej części dochodu na samą możliwość zaparkowania samochodu pod placówką medyczną jest barierą nie do przebycia. Aktywista zwrócił uwagę na prosta zasadę, która powinna być fundamentem państwa opiekuńczego: „Jeśli jesteś osobą z długotrwałą chorobą, jeśli niedawno usłyszałeś diagnozę lub z jakiegokolwiek innego powodu będziesz musiał spędzić dużo czasu w szpitalu, to kwota ta powinna wynosić zero. Parking nie powinien wiązać się z żadnymi opłatami”.
Opłaty parkingowe dotykają nie tylko osób korzystających ze świadczeń socjalnych. Nagła diagnoza, ciężki wypadek czy długotrwała hospitalizacja często zmuszają pacjentów lub ich bliskich do natychmiastowego przerwania pracy zawodowej. W momencie, gdy dochody gospodarstwa domowego gwałtownie spadają, państwowa placówka medyczna zaczyna naliczać dobowe opłaty za postój.
Bernard Mulvaney podsumował postawę resortu zdrowia bez ogródek: „Na tym etapie uważam, że byłoby naprawdę leniwe mówienie o 10 euro dziennie, skoro ktoś, z jakiegokolwiek powodu, musi spędzić tak dużo czasu w szpitalu. […] To dużo pieniędzy”.
*
Ustanawianie sztucznych limitów cenowych zamiast bezwzględnego zniesienia opłat parkingowych pod państwowymi szpitalami, to dowód na niemoc i wygodnictwo polityków. Publiczna infrastruktura medyczna, wybudowana i utrzymywana z podatków obywateli, nie może służyć jako ukryte źródło dochodu ani dla szpitalnych kas, ani dla prywatnych operatorów parkingów. Dopóki rząd nie zrozumie, że darmowy dostęp do szpitala to element podstawowego prawa do ochrony zdrowia, propozycja 10 euro dziennie pozostanie symbolicznym wyrazem urzędniczej bezduszności.
Bogdan Feręc
Źr. News Talk
Fot. CC M J Roscoe Zdjęcie ilustracyjne.


