Łukasz Tygerski: Czas na tzw. Reality check

Nie okłamujmy się, to nie jest żadne zaskoczenie, że obostrzenia są przedłużane, ani to, że produkcja szczepionek nie nadąża (w sumie zaskoczeniem jest, że Orban kupuje szczepionki od Chińczyków, ale to szczegół).

Oczywiście, granica między tymi, którzy mają, a tymi, którzy nie mają, będzie się powiększać.

Jest realna szansa, że powróci coś na wzór systemu klasowego. No bo w końcu jak cię nie stać na test to, co z tego, że obczaisz lot w promocji, jak i tak mogą cię cofnąć na lotnisku po wylądowaniu. Dlatego właśnie trzeba chyba coś wyjaśnić, bo się ludziom od tej swobody, jaką mieli, w d*pkach się poprzewracało.

Kiedyś człowiek nie miał nic. Albo niczego. Choć te podwójne zaprzeczenia zaprzeczają prawom logiki: jak ktoś nie ma nic, to znaczy, że coś ma. Tym bardziej ci, których wychowano w Polsce w czasach komuny, powinni doskonale wiedzieć, że szklanki czy kubki to słoiki po musztardzie, a nie jakieś różnokształtne, różnokolorowe, każdy do czego innego wynalazki. I nie, nie musisz mieć więcej niż czterech w domu.

No ale zaraz będzie, że zbaczam z toru i się czepiam. Więc nikt nie miał niczego, wszyscy mieli tak samo (no poza tymi nielicznymi co mieli coś, bo byli w „ekipie”), ubierali się tak samo, potrafili docenić i cieszyć się, jak mieli coś więcej. Potem przyszły czasy, że każdy chciał mieć więcej… i więcej… i więcej. A potem pojawiały się ku temu sposobności. Rozpad ZSRR, upadek muru berlińskiego i te sprawy. Nagle wschód był tam, a tu… był niby zachód, niby nie wschód, ale jednak nie Eldorado.

Nagle, jakby ni stąd, ni zowąd wszyscy zapomnieli, jak to jest nie mieć nic. Oczywiście są jeszcze przypadki takich rodzin, gdzie ktoś nosi ubrania po starszym rodzeństwie, ale jednak znacznie częściej jest tendencja, by mieć wszystko ze sklepu: nowe zabawki, nowe ubranka, nowe urządzenia, nowe mebelki, remont, przeprowadzki, samochody, laptopy, telefony… to wszystko kosztuje. A to znaczy, że ludzi na to stać.

Choćby tylko dzięki temu, że wezmą pożyczkę albo kredyt, ale jednak mają… coraz więcej.

I nagle wkracza nowa dekada, jak to mówią, z buta. I się okazuje, że ludzie najzwyczajniej w świecie tak się przyzwyczaili do tego, ile mają, nie tylko rzeczy, ale też i możliwości, że nagle, gdy ich braknie, to jest oburzenie. I krzyczą, że mają jakieś prawo „by mieć”.

No i tu jest błąd. Nikt nie ma prawa, by mieć więcej niż ktokolwiek inny. I to nie socjalistyczne mambo jambo, żeby wszyscy mieli po równo (bo tak też się nie da), ale tak już jest, że żeby jeden coś miał, to ktoś inny nie dostanie. Fajnie by było, jakby dla wszystkich starczało. Ale to najpierw ludzie musieliby znać umiar.

A tu wracamy do punktu wyjścia: nie znają, bo chcą więcej i więcej. I teraz właśnie, zamiast stanąć oko w oko ze smutnym faktem, że większość tego, co posiadają, używają okazyjnie lub wcale (czyli w zasadzie nie potrzebują), to się im narzuca, by mieli mniej… wolności.

Ale czy to jest wolność, kiedy stajesz przed swoją szafą i widzisz, że nie wychodząc na te nadplanowe wypady, w zasadzie większości w tego nie potrzebujesz? I tak naprawdę nie potrzebujesz tych wszystkich wyborów, których nigdy nie wykorzystasz, bo są niczym te jeansy z szafy, w które jeszcze kiedyś na pewno wejdziesz?

Także reality check jest taki: You’re not gonna make the world great again. To jest obecnie panującą rzeczywistość. Im szybciej ją zaakceptujesz i zrobisz porządek w szafie, tym lepiej dla ciebie.

Łukasz Tygerski

Polska-IE: Udostępnij
Maski w bankach są
„Ludzie powinni pr
EnglishIrishPolishRussian
EnglishIrishPolishRussian