W świecie, w którym podróż lotnicza stała się codziennością, a lotniska przypominają raczej galerie handlowe niż bramy do nieba, pojawia się postulat powrotu do elementarnej dyscypliny. Michael O’Leary, czyli szef Ryanair, wzywa do wprowadzenia zakazu sprzedaży alkoholu na lotniskach przed porannymi lotami. Jego zdaniem to nie moralna krucjata, lecz zwykła konieczność operacyjna.
„Nie rozumiem, dlaczego ktokolwiek w barach na lotniskach obsługuje ludzi o piątej lub szóstej rano. Kto o tej porze musi pić piwo?” – pyta retorycznie O’Leary w rozmowie z The Times. W jego słowach pobrzmiewa coś więcej niż irytacja, to sygnał, że branża lotnicza zaczyna odczuwać skutki rosnącej pobłażliwości wobec pasażerów. Problem nie jest marginalny. Ryanair zmuszony jest zmieniać trasę średnio jednego lotu dziennie z powodu niewłaściwego zachowania pasażerów. Jeszcze dekadę temu takie sytuacje zdarzały się raz w tygodniu, a teraz to realne koszty, opóźnienia i zagrożenie dla bezpieczeństwa.
W przypadku przekierowania lotu rachunek bywa wysoki, bo od 10 000 do nawet 80 000 euro. Coraz częściej linie lotnicze próbują odzyskać te pieniądze od sprawców. W jednym z przypadków Ryanair wystąpił na drogę prawną przeciwko pasażerowi z Irlandii, domagając się 15 000 euro odszkodowania za incydent na trasie Dublin–Lanzarote.
Szczególną krytykę O’Leary kieruje pod adresem samych lotnisk. W Wielkiej Brytanii bary działające w ich obrębie nie podlegają standardowym ograniczeniom godzin sprzedaży alkoholu. Efekt? O świcie można zamówić pintę równie łatwo jak kawę. „Na lotniskach nie powinno się serwować alkoholu poza godzinami otwarcia sklepów” – przekonuje szef Ryanaira. Proponuje też wprowadzenie limitu dwóch drinków na pasażera, podobnego do tego, który stosują niektóre linie na pokładzie.
Paradoks polega na tym, że przepisy są jasne i w Irlandii, a zgodnie z ustawą o żegludze powietrznej i transporcie morskim, przebywanie na pokładzie samolotu w stanie nietrzeźwym jest przestępstwem. Grozi za to do dwóch lat więzienia oraz grzywna przekraczająca 2500 euro (a w przypadku lotów do lub z Wielkiej Brytanii – nawet 5000 funtów). Jednak prawo działa głównie po fakcie, gdy pasażer już zdąży zakłócić lot, zmusić załogę do interwencji, a pilotów do zmiany kursu.
Propozycja O’Leary’ego może brzmieć radykalnie, ale wpisuje się w starą, może dziś niemodną zasadę, że najpierw porządek, potem przyjemności. Bo o ile kieliszek wina o zachodzie słońca bywa poezją, o tyle piwo o piątej rano przed wejściem na pokład częściej kończy się prozą problemów.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Photo by Portuguese Gravity on Unsplash

