Tanie linie lotnicze przyzwyczaiły nas do tego, że komfort pasażera jest wartością drugorzędną, a prawdziwą sztuką jest przetrwanie lotu bez dodatkowych opłat. Jednak najnowsze doniesienia z lotniskowych bramek pokazują, że irlandzki przewoźnik nie tylko dotknął absurdu, ale wzbił się na poziomy dotąd nieosiągalne dla zdrowego rozsądku.
Kiedy trzymana w ręku książka staje się w oczach personelu „nielegalnym, nadprogramowym bagażem”, trudno nie odnieść wrażenia, że Ryanair ostatecznie odleciał – i to bez paszportu. Kwestia rygorystycznego mierzenia oraz ważenia bagażu podręcznego od lat spędza sen z powiek podróżnym.
Każdy, kto choć raz stał w kolejce do wejścia na pokład, wie, z jak niesamowitą, wręcz religijną gorliwością pracownicy linii potrafią tropić centymetry wystające poza dopuszczalny limit. Okazuje się jednak, że ta pasja ma swoje bardzo wymierne, finansowe podłoże. Linie lotnicze ogłosiły niedawno, że planują zwiększyć nagrodę wypłacaną personelowi za „złapanie” pasażera z nadwymiarowym bagażem, a stawka wzrosnąć ma z 2,50 do 3,50 euro za każdą skuteczną dopłatę. Wizja dodatkowego zarobku najwyraźniej wyostrzyła zmysły pracowników, doprowadzając do sytuacji kuriozalnych.
Doświadczyła tego Julie, słuchaczka stacji News Talk, która po swoim ostatnim incydencie na lotnisku poprzysięgła, że nigdy więcej nie skorzysta z usług tego przewoźnika. Scenariusz był banalny, więc opóźniony samolot, plecak na plecach i czytana w ramach zabijania nudy książka. Problem pojawił się przy samej bramce, gdy niegrzeczny pracownik kategorycznie zażądał, aby kobieta schowała lekturę do torby.
Powód? Przepisy pozwalają na tylko jedną sztukę bagażu podręcznego, a otwarta książka najwyraźniej stanowiła jawne złamanie regulaminu i zamach na stabilność finansową linii. Julie, jako doświadczona podróżna, zdołała upchnąć tomiszcze do plecaka, ale niesmak i poczucie absurdu pozostały na tyle duże, że przewoźnik stracił klientkę na zawsze. Idąc tokiem myślenia Ryanair, lada dzień pasażerowie mogą być zmuszani do chowania w kieszeniach niedojedzonych kanapek czy trzymanych w ręku okularów przeciwsłonecznych, aby nie naruszać jakichś przepisów przewoźnika.
Ofiarą bezkompromisowego systemu padła również inna pasażerka, czyli Sheila, która została ukarana drastyczną opłatą karną w wysokości 70 funtów. Powód był równie kuriozalny, czyli walizka, z którą bezproblemowo latała od lat (w tym wielokrotnie tymi samymi liniami), nagle okazała się zbyt duża, ponieważ jej kółka nie chciały idealnie schować się w słynnym, metalowym koszu pomiarowym. Co gorsza, w obu przypadkach pasażerki zwracały uwagę nie tylko na bezwzględność przepisów, ale przede wszystkim na wyjątkowo nieprzyjemne, wręcz opryskliwe zachowanie personelu.
Sceptycy i obserwatorzy rynku zauważają jednak, że to całe polowanie na centymetry i publiczne ogłaszanie podwyżek premii za „łapanie” klientów to nic innego jak cyniczna gra marketingowa. Sheila wprost przyznaje, że to po prostu genialny w swojej prostocie sposób na utrzymanie Ryanaira w centrum uwagi mediów. Kontrowersja generuje darmowe zasięgi, a wszyscy mówią o bagażach, wszyscy żyją absurdalnymi karami, natomiast firma ma darmową reklamę, na którą nie musi wydawać ani jednego euro.
Pytanie tylko, gdzie leży granica między tanią reklamą a permanentnym zrażaniem do siebie lojalnych dotąd klientów. Jeśli czytanie literatury przed wejściem na pokład staje się wykroczeniem, to Ryanair nie tylko redefiniuje pojęcie „tanich linii”, ale też udowadnia, że dla kilku euro premii dla pracownika jest w stanie poświęcić resztki własnej powagi.
Bogdan Feręc
Źr. News Talk
Photo by Sevcan Alkan on Unsplash

